Imigranci tak, ale nie wszyscy

Imigranci tak, ale nie wszyscy

Cała idea Unii Europejskiej jest oparta na otwartości wobec obcych i tolerancji

Polska stanęła przed problemem, którym zachodnia część Europy żyje od dobrych kilkudziesięciu lat. Oto na skutek wojen i niepokojów na Bliskim Wschodzie do drzwi naszego kraju pukają uchodźcy, którzy uciekli przed śmiercią, wojną i głodem we własnych krajach. Znamy to dosyć dobrze z historii, a nawet teraźniejszości. Wszak miliony Polaków w okresach wojen, prześladowań czy zwykłej niemożności znalezienia godnej pracy schroniły się w innych krajach i bardzo często otrzymywały pomoc od tamtejszych rządów. Teraz role się odwracają i to od nas oczekują pomocy ofiary prześladowań. Jednak niektórzy z nas zachowują się niestety tak, jakby naukę historii zakończyli na dynastii Piastów, a wiadomości o milionach aktualnych polskich emigrantów interesowały ich tylko w kontekście złego traktowania rodaków, co oczywiście jest oburzające. Ludzie ci nie potrafią lub nie chcą porównać tej sytuacji do własnej postawy. A wygląda ona następująco: „Polaków dyskryminować za granicą – źle. Polacy dyskryminować przyjezdnych – mieć prawo”. Typowy przykład moralności Kalego, gdzie  nasz interes jest dobrem absolutnym. Nie rozumiem, jak podłym trzeba być, żeby widząc rodzinę, która przebyła tysiące kilometrów, aby uciec do lepszego świata, powiedzieć jej: „Wracajcie do siebie”.

Zdrowa nietolerancja?

Od dawna istnieje teoria, przytoczona ostatnio przez jedną z gazet, która mówi, że nietolerancja jest „cechą zdrowej ludzkiej psychiki”. Sam artykuł zresztą nosił znamienny tytuł: „Obcy. Dlaczego ich nie lubimy?”. Zawsze w takich przypadkach mam ochotę powiedzieć: „Mówcie za siebie” i zapytać, czy jeśli ja lubię obcych, to jestem chory. Nie rozumiem, jak ksenofobię można nazywać zdrową cechą ludzkiej psychiki. Może to cecha częsta, nawet w niektórych kręgach typowa, ale zdrowa?
Cała idea Unii Europejskiej jest wręcz w fundamentalny sposób oparta na otwartości wobec obcych i tolerancji, bo czego niby objawem jest likwidacja granic, otwieranie rynków pracy czy choćby program wymiany studentów Socrates-Erasmus. I to działa. Paradoksalna jest sytuacja, gdy polscy nacjonaliści demonstracje urządzają w… Londynie. Oznacza to, że w gruncie rzeczy przestaliśmy traktować resztę Europejczyków jak obcych. Idąc tropem wcześniej wspomnianej teorii, ktoś, kto nie lubi studentów z wymiany czy zagranicznych turystów, jest zdrowy i normalny.
To chyba dość dziwna definicja normalności, oparta na twierdzeniu, że „tak myśleli nasi pradawni przodkowie i dzięki temu przeżyli”. Nasi pradawni przodkowie nie myli zębów, zabijali chore dzieci i walczyli o ogień, zamiast się nim podzielić, nie mówiąc o tym, że odprawiali rytuały mające im zapewnić dobrobyt czy uważali, że w pobliskim stawie mieszka demon, i dlatego tam nie chodzili. Słowem, robili wiele rzeczy, które z pewnością normalne czy racjonalne nie są. Nie rozumiem, dlaczego za wyznacznik normalności albo naturalności stawia się nam jaskiniowców. Chyba po to od tysięcy lat się rozwijamy, żeby nie być jak ludzie pierwotni? Dlaczego więc prymitywne, atawistyczne i niemoralne cechy natury, które przyznam, że u niektórych (ale nie u wszystkich!) zdają się dominujące, nazywa się zdrowymi? Moim zdaniem, to właśnie pomaganie i ludzka solidarność są naturalnym i normalnym odruchem i jeżeli odruch ten nie zostanie stłumiony przez społeczeństwo – czy to pierwotne, czy kapitalistyczne – będzie dominował nawet mimo ewentualnych uprzedzeń.

Przekleństwo getta

W Polsce od dłuższego czasu mieszka pewna liczba przyjezdnych i nie odczuwamy żadnych problemów z nimi związanych. To nie tylko Grecy, którzy uciekli przed wojskową juntą w swoim kraju, ale też bardziej odlegli kulturowo Syryjczycy, Wietnamczycy czy Afrykanie, którzy przyjechali do nas na studia. Nie tworzą oni gangów ani organizacji terrorystycznych i chyba nikt normalny, widząc czarnoskórego na ulicy, nie odczuwa strachu. Podstawowym błędem, jaki popełniły kraje Zachodu, była ich izolacja od społeczeństwa, stworzenie dla nich osobnych osiedli, które zmieniły się w getta. Dodatkowo asymilację utrudniła ogromna ich liczba oraz zatrudnianie do najmniej pożądanych prac. Pierwsze pokolenie miało w pamięci sytuację w swoim rodzinnym kraju i to z nią porównywało obecny los, a porównanie to oczywiście wypadało korzystnie. Dzieci, które urodziły się już w nowych krajach, zaczęły jednak, co zrozumiałe, przyrównywać swoje położenie do sytuacji innych mieszkańców kraju, w którym przecież się urodziły. Chciały mieć te same prawa, a ich brak rodzi bunt i napięcia.
Jednak nie każdy kraj ma takie problemy. W Norwegii mimo dużej liczby imigrantów praktycznie nie ma gangów – ani białych, ani czarnych. Wprawdzie w Oslo widać tego typu grupy, najczęściej zaczepiające przechodniów, oferujące narkotyki, jednak przez dzielnicę imigrantów można przejść w środku nocy, natykając się na tabuny młodych hiphopowców, i najprawdopodobniej nie spadnie nam włos z głowy. Pewna starsza Norweżka oburzała się na „falę przestępstw” popełnianych przez imigrantów, na przepełnione za ich sprawą jedyne więzienie w promieniu wielu kilometrów oraz na to, że nie może już zostawiać otwartego garażu. Jednak moje pytanie: „Czy idąc ulicą w nocy, jestem bezpieczny?” zdziwiło ją. Doprecyzowałem, pytając, czy ktoś mnie może napaść. Odpowiedziała stanowczo, że oczywiście nie. Nie miała chyba nic przeciwko imigrantom w ogóle, w końcu mnie zatrudniła, stwierdzając, że jeśli ktoś chce przyjechać i pracować, jest witany z otwartymi ramionami.
Moje stanowisko jest podobne, problem jest natomiast z odróżnieniem tych, którzy chcą przyjechać i pracować, od tych, którzy mają zamiar tworzyć u nas gangi albo co gorsza nawracać nas na jedynie słuszną wiarę. Rozumiem lewicowy idealizm, który nakazuje się tolerować, a nie dzielić, nie rozumiem jednak absolutnego braku wątpliwości przy ściąganiu do nas ludzi, jeśli wiemy, że są wśród nich tacy, przy których ojciec Rydzyk czy biskupi to wolnomyśliciele i rozwiąźli hipisi. Naprawdę nie wiem, czy jest to margines, czy nie.
Oczywiście zawsze fanatycy stanowią mniejszość, ale w krajach Bliskiego Wschodu jest to mniejszość, która tam de facto rządzi. To tak, jakby u nas prawo ustalało środowisko Radia Maryja. Gdy widzę, jak ta część muzułmanów organizuje demonstracje w centrum Londynu, krzycząc Freedom go to hell, czuję tylko odrazę, szczególnie patrząc na pełne nienawiści fanatyczne twarze ludzi przekonanych o własnej racji. To samo czułem, gdy młoda Angielka, która przyszła filmować demonstrację, została zaatakowana przez kobiety, zarzucające jej, że ubrała się rozwiąźle i na pewno przyszła uwodzić ich mężczyzn. Z pewnością jest to margines, pytanie tylko, jak duży i jak wpływowy. Nie pojmuję, jak można potępiać naszych biskupów, a bronić ludzi tego typu.

Wartości uniwersalne

Głęboko wierzę w uniwersalizm „naszych” wartości, takich jak wolność i tolerancja, prawa człowieka. Naszych w cudzysłowie, ponieważ nie należą one tylko do nas, my je po prostu wyznajemy, nawet jeśli często nie są respektowane. Jeśli te wartości nie są uniwersalne, to dlaczego na całym świecie, w każdym, nawet najbardziej zamordystycznym reżimie są ludzie, którzy o nie walczą i za nie cierpią? Może jakiś relatywista im powie, że cierpieli za wymysły europejskie, które znikną tak samo, jak się pojawiły. Nie zapominajmy jednak, że jedną z tych uniwersalnych wartości jest pomoc drugiemu człowiekowi, który znalazł się w potrzebie.

Autor jest socjologiem i publicystą

Wydanie: 38/2015

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy