Infamia

Infamia

Prawo i obyczaje

Infamia była w dawnej Polsce karą na czci. Pisał o niej Władysław Łoziński, że „skazywała na śmierć cywilną, moralną i fizyczną zarazem, wyrzucała ze społeczeństwa, robiła z winowajcy dzikiego zwierza…” („Prawem i lewem”, t. I, Kraków 1957, s. 33). Dekret skazujący na infamię odejmował cześć osobistą, wszelkie zaszczyty, zabraniał wszystkim utrzymywania ze skazanym jakichkolwiek stosunków.
W cywilizacji współczesnej nie ma miejsca na stosowanie tak okrutnej kary, jaką była infamia. Myśl ludzka nie zrezygnowała jednak z dążeń do zadawania cierpień psychicznych jednostkom potępianym przez opinię ogółu. Infamię zastąpił łagodniejszy ostracyzm będący formą bojkotu towarzyskiego osoby, która zhańbiła się czynem niegodnym człowieka honoru. Odosobnienie tego rodzaju występowało tradycyjnie w środowiskach ludzi z tzw. wyższych sfer.
Ostracyzm jest zjawiskiem obyczajowym, a nie prawnym. Może jednak w przypadkach szczególnych godzić w prawa człowieka, którego wina nie została sądownie dowiedziona. Obrona przed zbiorowym, nieuzasadnionym podejrzeniem jest trudna, a często nawet niemożliwa. W takiej właśnie sytuacji znalazł się Lew Rywin. Opinia publiczna manipulowana przez media skazała go na śmierć cywilną bez sądu. Sprawie nadano niebywały rozgłos. Huczały o niej wszystkie gazety, grzmiało radio. W relacjach z telewizyjnych posiedzeń Komisji Śledczej pisano o Rywinie nihil nisi male (tylko źle). Nic dziwnego, że zmasowany atak doprowadził do powszechnego przekonania, że wybitny producent filmowy dopuścił się „zbrodni” przekupstwa. Czytelnicy codziennej prasy karmieni są nieustannie szyderstwami z człowieka, który nie może się bronić. Ukazują się niewybredne żarty i prześmiewcze rysunki ukazujące „zbrodniarza” w upokarzających pozycjach. Poniewieranie godności człowieka, choćby najgorszego, to ciężkie naruszenie zasad ustroju demokratycznego.
Wymowną ilustracją nagannych nastrojów społecznych wytworzonych przez histerię powstałą wokół słynnej, nie do końca wyjaśnionej propozycji Rywina złożonej Agorze, stał się niedawny wywiad, jakiego udzielił wicemarszałek Senatu, K. Kutz, w „Przekroju” (nr 12 z 13.07.br.). Powiedział, że Rywinowi będzie zawsze towarzyszyła „potężna dawka pogardy przy każdym wejściu w jakąkolwiek sferę towarzyską i publiczną. On będzie żył jak skazaniec, gdyż zawsze ciążyć będzie na nim niemy wyrok, od którego nie ma nic gorszego”.
Z całą mocą protestuję, jako jeden z członków założycieli Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w Polsce, przeciw tego rodzaju infamii, jaka jest stosowana wobec jednostki, która zgodnie z konstytucją musi być uważana za niewinną, dopóki jej wina nie zostanie stwierdzona prawomocnym wyrokiem sądu (art. 42 ust. 3). W państwie prawnym nikt nie jest wyjęty spod prawa. Nie wolno tego czynić zbiorowości obywateli. Znęcanie się nad człowiekiem bezbronnym i pokonanym jest czynem haniebnym (dawno już stwierdził to Seneka). Zbiorowość ludzka nie ma sumienia. Sprawa ta pokazała, ile podłości drzemie w naturze ludzkiej.
Szkoda, jaką poniósł już L. Rywin, jest nieodwracalna. Nigdy też się nie dowiemy, co straciła polska kultura z powodu tej niesamowitej sprawy.
Czy L. Rywin zasłużył na tak bezwzględne potępienie i uznanie jego czynu za największy kazus korupcyjny w Trzeciej Rzeczypospolitej współczesnej doby? Takie wrażenie można odnieść wskutek bezprecedensowego uruchomienia do jej nagłośnienia potężnej machiny medialnej niedostosowanej do rangi sprawy. Niezwykle emocjonalne wystąpienie naczelnego „Wyborczej” nadało jej z miejsca ostry kurs i padło na podatny grunt. Bowiem przeciętny Polak kieruje się bardziej uczuciami i pozorami niż chłodnym rozumem.
Czyn zarzucany L. Rywinowi (tzw. płatna protekcja) wcale nie należy do katalogu ciężkich przestępstw. Zagrożony jest karą pozbawienia wolności do lat trzech, czyli jest występkiem, a nie zbrodnią, jak błędnie próbuje się wmówić to obywatelom RP.
Pod nazwą „afery Rywina” sejmowa Komisja Śledcza prowadzi równocześnie przesłuchania na temat ewentualnych uchybień w pracach nad projektem ustawy o radiofonii i telewizji. Lew Rywin nie miał z tymi pracami nic wspólnego, ale wykrywane nieprawidłowości tak są przedstawiane, jakby to on był winien tego, co się działo w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji oraz w Rządowym Centrum Legislacji.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że cała ta sprawa została wykorzystana do rozgrywek politycznych. Są na to dowody w postaci rażąco stronniczych zachowań niektórych posłów, członków Komisji Śledczej. Oznacza to, że Rywin został politycznie wyzyskany do celów, które nie są jego celami. To bardzo poważne wykroczenie przeciw prawom człowieka. Nikt nie może być w demokracji traktowany instrumentalnie jako środek do realizowania cudzych zamiarów.
Przewidywania, jaki będzie dalszy tok sprawy, są raczej pesymistyczne. Przeważa dziś z gruntu fałszywa ocena stopnia szkodliwości tego czynu. Nie jest brany pod uwagę moment czasowy, w którym padła propozycja uznana za korupcyjną, lecz czas, w którym czyn ten stał się przedmiotem skrajnie negatywnych ocen. To błąd. Od tamtego feralnego dnia poglądy na szkodliwość korupcji wyraźnie się zaostrzyły. Mówi się nawet o konieczności znowelizowania na niekorzyść sprawców płatnej protekcji odnośnego przepisu kodeksu karnego (zapowiadał to m.in. minister sprawiedliwości, Grzegorz Kurczuk). W żadnym wypadku te nowe nurty nie mogą wpłynąć na surowsze potraktowanie człowieka, który według aktu oskarżenia dopuścił się zakazanego czynu w innym, wcześniejszym czasie. W prawie karnym obowiązuje zasada stosowania zawsze ustawy obowiązującej poprzednio, jeśli była dla sprawcy względniejsza.
W państwie prawnym każdy obywatel ma prawo do sprawiedliwej oceny swych czynów, czyli proporcjonalnej do stopnia indywidualnego zawinienia. Arystoteles uczył 2,3 tys. lat temu, że „sprawiedliwe jest to, co proporcjonalne, a to, co wykracza przeciw proporcji, jest niesprawiedliwe” („Etyka nikomachejska”, Warszawa 1956, s. 17). Komisja Śledcza prowadziła postępowanie proporcjonalnie do zapotrzebowania na polityczny sukces w postaci zniszczenia partyjnych przeciwników.
Rozprawa przeciw oskarżonemu powinna się toczyć w trybie zwykłym, gdyż sprawa nie jest wcale nadzwyczajna z punktu widzenia kodeksowego zagrożenia stosunkowo niewysoką karą pozbawienia wolności. Nie wolno go sądzić jak jakiegoś zwyrodniałego zbrodniarza w ogromnej sali, wypełnionej po brzegi dziennikarzami, w świetle jupiterów itd. Rozdęta forma rozprawy nie może dominować nad jej merytoryczną treścią. Tak było w procesach pokazowych za czasów tzw. komuny, kiedy sądzono „wrogów ludu pracującego miast i wsi”…
Ciężar gatunkowy sprawy karnej zależy od istoty zarzutu, a nie od formalnej oprawy. Fakt, że przed Komisją Śledczą składały zeznania wysoko postawione osoby publiczne (ministrowie i in.), nie może rzutować na ocenę prawną postawionego oskarżonemu zarzutu.

 

Wydanie: 34/2003

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy