Islandia znaczy równość

Islandia znaczy równość

Od początku roku mała wyspa realizuje sen o równości płac między płciami

Poza szanowaną w świecie eklektyczną sceną muzyczną, niesamowitymi widokami i naturą oraz ostatnimi, dość niespodziewanymi sukcesami drużyny piłkarskiej w mistrzostwach Europy jednym z największych źródeł dumy narodowej Islandczyków jest zdecydowanie równość kobiet i mężczyzn. W styczniu zeszłego roku, po raz dziewiąty z rzędu, ten mający nieco ponad 330 tys. mieszkańców kraj został uznany przez badaczy Światowego Forum Ekonomicznego za państwo z najwyższym wskaźnikiem równości płci. W badaniu uwzględniono nie tylko zarobki, ale i dostęp do edukacji, opieki medycznej czy role odgrywane w tworzeniu prawa i polityki. W większości tych kategorii, zwłaszcza w edukacji i dostępności służby zdrowia, wynik Islandii był bliski ocenom maksymalnym.

Z początkiem bieżącego roku rząd w Rejkiawiku poszedł jednak krok dalej. Według nowo obowiązującego prawa wszyscy pracodawcy zatrudniający w tym kraju co najmniej 25 pracowników muszą się ubiegać o specjalny certyfikat wydawany przez islandzkie ministerstwo pracy. Ale dopiero po udowodnieniu, że w firmie nie ma dyskryminacji płci pod kątem wypłacanych wynagrodzeń – na żadnym stanowisku, wobec żadnego pracownika. Innymi słowy, Islandia jako pierwsza na świecie wpisała równość pensji kobiet i mężczyzn do swojego porządku prawnego.

Płace prawie równe

Krytycy, a przede wszystkim osoby sceptyczne wobec koncepcji równości wynagrodzeń mogą natychmiast uznać to prawo za efekciarstwo. Skoro Islandia jest rzeczywiście od wielu lat niemal perfekcyjnie równym społeczeństwem, to po co kodyfikować wysokość płac? Otóż, wbrew pozorom, pomysł ten jest nie tylko zasadny, ale i potrzebny. Mimo najlepszych na świecie wyników w badaniach ekspertów z Davos wciąż ok. 15% kobiet zarabia tu mniej niż ich koledzy na tych samych stanowiskach. I choć może same różnice w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn rzeczywiście są mniejsze niż w innych krajach, fakt pozostaje faktem. Nierówności, nawet jeśli mniejsze, nadal istnieją – nowe prawo ma służyć całkowitemu ich wyeliminowaniu.

Poza tym przepisy przydadzą się w narzucaniu standardów zagranicznym firmom i koncernom, coraz chętniej otwierającym biura i przedstawicielstwa na wyspie. Dla wielu dużych korporacji równość wynagrodzeń jest pustym hasłem, a dysproporcje bywają olbrzymie. Obejmując prawem wszystkie firmy działające w kraju, również te zagraniczne, rząd w Rejkiawiku pokazał, że naprawdę zależy mu na każdym obywatelu.

Na razie za wcześnie na ocenę skutków nowych regulacji. Wiadomo jednak, że na Islandii nikogo one nie zaskoczyły. Wpisanie równości wynagrodzeń do islandzkiego prawa zapowiadano od dawna. Wybrana na szefową rządu pod koniec 2017 r. Katrín Jakobsdóttir, druga w historii kraju kobieta na stanowisku premiera, jest znaną orędowniczką równości płci i z walki o jej całościowe wprowadzenie uczyniła jeden z motywów przewodnich kampanii wyborczej. Co więcej, nawet zanim ustanowiono obowiązek udowadniania wyrównanych płac kobiet i mężczyzn, pracodawcy na wyspie i tak byli obwarowani licznymi przepisami regulującymi kwestię równouprawnienia, m.in. odnośnie do urlopów zdrowotnych i wychowawczych, dostępu do szkoleń czy dalszego rozwoju pracowników. Wielu uznało zatem przepis o certyfikatach za jeszcze jeden z długiej listy warunków, które muszą spełnić.

Wreszcie usankcjonowanie prawne równości zarobków kobiet i mężczyzn nikogo specjalnie nie zdziwiło, bo jest logicznym krokiem na dawno obranej ścieżce do pełnego równouprawnienia.

Wyspa silnych kobiet

Jednakowe prawa obu płci są integralną częścią islandzkiej kultury, historii i norm społecznych. Wbrew obiegowej opinii i dość powierzchownemu patrzeniu na tę małą wyspiarską społeczność przez pryzmat skandynawskich państw opiekuńczych równość kobiet i mężczyzn na Islandii nie jest wytworem czasów współczesnych. Jej korzenie sięgają ponad tysiąca lat w głąb dziejów islandzkiej nacji, w której kobiety tradycyjnie były silne, miały znaczenie i budziły szacunek.

Rory McTurk, językoznawca i badacz dawnej literatury nordyckiej, zwraca uwagę, że przed przybyciem na wyspę chrześcijańskich misjonarzy kobiety odgrywały w społeczeństwach północy, w tym na Islandii, niezwykle ważną rolę jako przywódczynie swoich społeczności. Wiele z nich było wróżbitkami, znachorkami czy przewodniczkami wypraw morskich. Kobiety brały też czynny udział w walkach i wyprawach, plądrując u boku mężczyzn kraje na kontynencie. Co więcej, religie przedchrześcijańskie dopuszczały kapłaństwo zarówno kobiet, jak i mężczyzn. Religijne równouprawnienie wprawdzie skończyło się z przyjęciem chrztu w roku 1000, ale pamięć o roli kobiet w społeczeństwie i religii nie została całkowicie wymazana.

Na powrót do kapłaństwa kobietom przyszło czekać setki lat. Niemniej jednak gdy wywalczyły to prawo na początku XX w., uruchomiły lawinę, której ostatnią odsłoną jest właśnie nowe prawo o obowiązku równych wynagrodzeń. W 1914 r. na Islandii pozwolono kobietom na kapłaństwo w Kościołach protestanckich, rok później zyskały one prawo nie tylko głosowania, ale i czynnego kandydowania w wyborach. Rodzący się wówczas feminizm stopniowo penetrował też warstwę językową. Jak pisze McTurk, w latach 60. kobiety wywalczyły nawet prawo do określenia Boga rodzajem żeńskim, co stanowiło ważny krok w kierunku zmiany sposobu mówienia o roli płci w grupach religijnych.

Na niwie politycznej zmiany postępowały znacznie szybciej. Pierwszą kobietę do islandzkiego parlamentu (najstarszej tego typu instytucji na świecie) wybrano już w 1922 r. Co ciekawe, nie startowała ona z listy żadnej ówczesnej partii politycznej, tylko z tzw. listy kobiecej, czyli luźnej grupy kandydatek, czegoś na kształt pierwszej partii kobiet.

Ten eksperyment wyborczy powtórzono w 1983 r., formując pierwsze oficjalne Porozumienie Kobiet. Jego dość niespodziewany sukces przyniósł prawdziwą rewolucję w islandzkiej polityce. Choć kobiety były w niej cały czas obecne, pełniły funkcję raczej marginalną, stanowiąc 2-5% deputowanych do parlamentu i okazjonalnie wchodząc do rządu. Jednak dzięki Porozumieniu liczba posłanek zwiększyła się aż czterokrotnie – z 15 do 60 – w ciągu zaledwie jednego cyklu wyborczego. Obecnie, po zeszłorocznych wyborach, aż 38% zasiadających w islandzkim parlamencie to kobiety. Ale wynik ten wcale nie napawa Islandczyków dumą – w poprzedniej kadencji stanowiły w parlamencie prawie połowę – 49%. Tak silna reprezentacja spowodowała, że postulaty polityczne niegdyś wypisywane tylko na transparentach takich partii jak Porozumienie Kobiet, w tym zrównanie urlopów wychowawczych, ochrona praw pracowniczych kobiet w ciąży czy dostęp do edukacji, dziś stanowią podstawę w programach partii głównego nurtu. Walka o prawa kobiet stała się zresztą na tyle popularna i oczywista, że samo Porozumienie zostało rozwiązane w 1999 r.

Islandzkie marzenie

Nie wszyscy jednak są tak optymistycznie nastawieni do islandzkiego podejścia do równości płci. Wśród tamtejszych konserwatywnych ekonomistów i polityków pojawiają się coraz częściej głosy przeciwne prawnemu sankcjonowaniu równouprawnienia w miejscu pracy, wywoływane obawą przed odpływem zagranicznych inwestorów. Należy dodać, że akurat na Islandii inwestorzy ci są szczególnie potrzebni i mile widziani ze względu na straty, jakie poniosła tamtejsza gospodarka w czasie ostatniego kryzysu finansowego. W dodatku część pracodawców boi się, że nowe przepisy doprowadzą do odpływu z kraju najbardziej utalentowanych i wykwalifikowanych pracowników, którym nie będzie można już zaproponować wyższych pensji bez podnoszenia wynagrodzeń wszystkim na tych samych stanowiskach. Zdaniem prawicy doprowadzi to do sztucznego zawyżania pensji, co zaszkodzi wciąż nie w pełni uzdrowionej islandzkiej ekonomii.

Islandzki sen o równouprawnieniu wydaje się jednak falą nie do zatrzymania. Argumenty przeciwko niemu, niczym nieróżniące się od głosów przeciwników równości płci w innych krajach, na Islandii nie mają ani poklasku, ani politycznej siły przekonywania. Zresztą tamtejsze kobiety są w pełni świadome swojej siły i nie boją się brać spraw w swoje ręce, co pokazały przy okazji słynnego protestu, zwanego Długim Piątkiem. 24 października 1975 r. ponad 90% islandzkich kobiet zaniechało wykonywania swoich obowiązków w domu i w miejscu pracy. Akcję tę przypominano wielokrotnie w Polsce przy pierwszych odsłonach Czarnego Protestu. Niestety, wszystko wskazuje na to, że w naszym kraju jeszcze przez wiele lat Islandia pozostanie przykładem jedynie dla protestujących, a nie dla ustawodawców.

Wydanie: 4/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy