Kalifat na Pacyfiku

Kalifat na Pacyfiku

Po porażkach w Iraku i Libii ISIS przenosi się na Filipiny

Choć na pierwszy rzut oka ten kierunek ekspansji wydaje się sprzeczny z popularnymi wyobrażeniami na temat bojowników Państwa Islamskiego, przemierzających w odsłoniętych toyotach pustynne bezdroża Bliskiego Wschodu z uniesionymi karabinami, wyboru przez nich wyspiarskiego kraju w Azji Południowo-Wschodniej nie można nazwać nielogicznym. Region nie jest wolny od islamskiego terroryzmu. Wystarczy wspomnieć zamachy na indonezyjskiej wyspie Bali w 2002 i 2005 r. Co więcej, nietrudno werbować tam nowych członków. Indonezja jest najliczniejszym na świecie państwem muzułmańskim, w którym nie brakuje ekstremistów. Gdy Pentagon ujawnił szczegóły wieloletnich poszukiwań Osamy Bin Ladena, okazało się, że zarówno Dżakarta, jak i sąsiednie stolice – Manila i Kuala Lumpur – widniały na mapie CIA jako siedziby ważnych komórek Al-Kaidy. Ich dowódcy mieli być w regularnym, ścisłym kontakcie z człowiekiem, który zaplanował zamachy z 11 września 2001 r. Nie powinien także dziwić wybór Filipin jako miejsca, gdzie ISIS chce się ulokować na dłużej. W kraju składającym się z ponad 7 tys. wysepek od lat panuje chaos, władza nie jest w stanie zahamować rosnącej fali przemocy związanej z przemytem narkotyków, a gangi i międzynarodowe organizacje przestępcze znajdują tu schronienie przed wymiarem sprawiedliwości i uwagą całego świata. Słowem idealne miejsce na przegrupowanie.

Mindanao – raj dla islamistów

Osobną kwestią w opisywaniu problemu bezpieczeństwa na Filipinach jest kierujący krajem od ponad roku prezydent Rodrigo Duterte. W czasie kilkunastomiesięcznej prezydentury dał się poznać jako dogmatyczny wręcz przeciwnik wszystkiego, co jest związane z wartościami liberalnego Zachodu – od związków homoseksualnych do poszanowania niezależności sądów i demokratycznego ładu instytucjonalnego. Jednak największy rozgłos – w negatywnym znaczeniu tego słowa – przyniosła mu kampania antynarkotykowa. Kilka dni po objęciu urzędu Duterte zapowiedział, że w ciągu zaledwie pół roku zamierza całkowicie wyeliminować cały system przestępczości związanej z narkotykami. Groził natychmiastowymi egzekucjami za ich posiadanie i handel, zachęcał wręcz obywateli do samosądów na ulicach. Jego radykalna polityka doprowadziła do totalnego terroru ulicznego, wielu starć z policją i setek ofiar śmiertelnych. Nic więc dziwnego, że właśnie Filipiny przyciągnęły uwagę Państwa Islamskiego.

Pierwszy raz o obecności ISIS na Filipinach zrobiło się głośno w maju, kiedy bojownicy ujawnili swoją obecność w prawie 200-tysięcznym mieście Marawi na wyspie Mindanao. To druga pod względem wielkości wyspa archipelagu, swego czasu owiana legendą jako matecznik piratów, w ostatnich dekadach znana raczej jako raj dla wszelkiego rodzaju kontrabandy. Dla władz w Manili Mindanao to bardzo niewygodny temat. Mocno separatystyczny region, w większości zamieszkany przez muzułmanów, już od lat 30. ubiegłego wieku walczy o niezależność od rządu centralnego, a starcia religijnych bojówek Islamskiego Frontu Wyzwolenia Moro (MILF) z armią federalną są tam na porządku dziennym. Sytuacja zaogniła się jeszcze w 2008 r., kiedy z szeregów MILF wyłoniła się mniejsza organizacja – BIFF, czyli ugrupowanie Islamskich Bojowników o Wolność Bangsamoro. Ta radykalna bojówka islamistyczna od prawie dekady jest w permanentnym stanie wojny z rządem w Manili, domagając się niepodległości dla całego regionu Moro, zajmującego południe Filipin, sąsiadującego z Indonezją i zamieszkanego przez większość muzułmańskiej ludności kraju. Trudno wymarzyć sobie lepsze miejsce do odrodzenia się ISIS niż ogarnięty przemocą region, zdominowany przez wyznawców islamu, nad którym centralna władza nie jest w stanie zapanować od wielu lat.

Marawi jak drugie Aleppo

Bojownicy Państwa Islamskiego, którzy na Filipiny przybyli głównie z Iraku, Jemenu i Syrii, od maja wspierają lokalnych terrorystów w walce z armią i gwardią narodową, zamieniając Marawi w drugie Aleppo – okupowaną twierdzę, której bronić będą za wszelką cenę. Początkowo wydawało się, że okupację miasta szybko uda się spacyfikować. Duterte, doskonale znający ten region i jego specyfikę (był w przeszłości kilkakrotnie wybierany na burmistrza miasta Davao, znajdującego się właśnie na Mindanao), wysłał do Marawi dodatkowe oddziały wojsk, licząc na błyskawiczne odbicie miasta. Minęło jednak ponad pięć miesięcy, kontroli nad Marawi nie udało się odzyskać, a dominacja ISIS w całym regionie jedynie się powiększa. Doszło już nawet do tego, że Duterte, wielokrotnie publicznie krytykujący Stany Zjednoczone i występujący przeciwko obecności wojsk amerykańskich w Azji Południowo-Wschodniej, zaapelował do Waszyngtonu o przysłanie wsparcia militarnego w walce z ISIS, nazywając konflikt na Mindanao „sprawą ważną dla całego świata”.

Porównania z Aleppo, Rakką czy Mosulem i zbrodniami przeciwko ludzkości popełnianymi przez ISIS na Bliskim Wschodzie nie są niestety ani trochę przesadzone. Szczątkowe raporty pojedynczych dziennikarzy, którym udało się zbliżyć do Marawi, w tym reporterów Associated Press i „New York Timesa”, donoszą o bardzo podobnym schemacie terroru. Miasto niemal masowo się wyludnia, a uciekający w popłochu mieszkańcy zostawiają za sobą dorobek życia. Im bardziej posuwa się ofensywa ISIS, tym uchodźców więcej, przez co lada moment Filipiny (a przez to i sąsiednie kraje) mogą stanąć na progu ogromnego kryzysu humanitarnego. Tym, którzy zostali w murach miasta, śmierć co chwilę zagląda w oczy. Sidney Jones z „New York Timesa” donosił w czerwcu o masowych egzekucjach dokonywanych na cywilach przez patrole islamistów, które spotkanych na ulicach mieszkańców mają odpytywać ze znajomości Koranu. Czasem jednak i bycie przykładnym muzułmaninem nie pomaga. ISIS nie oszczędza nawet wyznawców Mahometa, jeśli nie zdecydują się aktywnie wspierać działań bojówek. W dodatku miasto jest nieustannie otoczone strefą walk. Biorą w nich udział nie tylko wojska filipińskie, ale też ok. 100 żołnierzy amerykańskich sił specjalnych, którzy przed dojściem do władzy obecnego prezydenta zostali wysłani do Manili w celu wyszkolenia miejscowych komandosów.

Forteca na Pacyfiku

Front walki z ISIS rozszerza się, co negatywnie wpływa na cały kraj. Już na prawie jednej trzeciej terytorium Filipin obowiązuje stan wyjątkowy, po ulicach jeżdżą czołgi, a nad głowami nieustannie słychać przelatujące helikoptery. Według wstępnych szacunków w walkach o Marawi zginęło dotąd ponad 750 osób, choć nieoficjalne statystyki z wewnątrz miasta sugerują, że rzeczywista liczba ofiar może być nawet kilkanaście razy większa. W dodatku na Mindanao napływają coraz to nowe posiłki z Bliskiego Wschodu. Pierwsze upublicznione raporty CIA mówią o stopniowym przenoszeniu całych komórek ISIS z Iraku i Jemenu. Wśród zidentyfikowanych zabitych terrorystów byli obywatele Arabii Saudyjskiej, Malezji, Indonezji i Pakistanu. Wszystko to jednoznacznie wskazuje, że najważniejsi przywódcy kalifatu myślą o Mindanao jako trwalszej fortecy, a nie tylko chwilowym przyczółku.

Konflikt z ISIS szkodzi też krajowej gospodarce. W ostatnich latach Filipiny przechodziły okres wzrostu i ekonomicznej prosperity, głównie dzięki niezwykle taniej sile roboczej i przychylności okazywanej światowym gigantom. Kolejne, głównie amerykańskie, firmy przenosiły na Filipiny swoje centra usług, tworząc sektor zatrudniający prawie 1,2 mln osób i generujący 23 mld dol. rocznego przychodu. Wstępne dane za ostatnie kwartały pokazują jednak, że proces ten spowalnia. W ciągu ostatniego roku inwestycje w sektorze usług spadły o ponad jedną trzecią, najszybciej zwalniając właśnie po wybuchu pierwszych otwartych walk z ISIS. Inwestorzy obawiają się, że Duterte nie zdoła opanować konfliktu lub przynajmniej ograniczyć go do Mindanao. Jak pisał niedawno „Wall Street Journal”, coraz powszechniejsze stają się obawy, że Filipiny przekształcą się w drugą Syrię – upadły kraj, w którym alternatywą dla islamskich terrorystów będzie satrapa masakrujący własny naród.

Przeniesienie się ISIS na Pacyfik może również wstrząsnąć światową geopolityką. Na tysiącach małych azjatyckich wysp trudniej będzie walczyć z komórkami terrorystów, nie można też liczyć na zaangażowanie w tej części świata NATO czy choćby pojedynczych krajów europejskich. W dodatku, jak pisze w książce „Monsun. Ocean Indyjski i przyszłość amerykańskiej dominacji” Robert Kaplan, jeden z największych autorytetów w sprawach Azji Południowo-Wschodniej, właśnie w to miejsce przesuwa się światowy geopolityczny środek ciężkości. ISIS jest zatem na najlepszej drodze do tego, by ten środek zamienić w beczkę prochu z zapalonym już lontem, którego nikt nie umie zgasić.

Wydanie: 42/2017

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy