Wirus bardziej autorytarny

Wirus bardziej autorytarny

Wraca ryzyko zakażeniem wirusem zika. A wraz z nim dyskusja o demokracji i chorobach

To jedna z tych historii, których już nigdy nie chcielibyśmy usłyszeć, ale przeczuwaliśmy, że może się wydarzyć ponownie, i to szybciej, niż ktokolwiek zakładał. W maju 2015 r. po obu stronach Kanału Panamskiego służby sanitarne postawiono w stan najwyższej gotowości. Zika, wirus przeanalizowany co prawda już w 1947 r., ale niespecjalnie dobrze przestudiowany, zaczął się rozprzestrzeniać coraz szybciej po całej półkuli, zwłaszcza na tropikalnych i subtropikalnych szerokościach geograficznych. Jego epicentrum szybko ustabilizowało się w Brazylii, ale łącznie w ciągu zaledwie pięciu miesięcy pojawił się aż w 21 krajach w Ameryce Południowej, Centralnej i Północnej. Przenoszony przez komary, wcześniej wywołał tylko kilka lokalnych, niespecjalnie groźnych epidemii, głównie w Indiach i Azji Południowo-Wschodniej.

Nie był też uważany za przesadnie niebezpieczny. Według ówczesnego stanu wiedzy jakiekolwiek objawy – najczęściej grypopodobne, np. bóle mięśniowe i lekką gorączkę – notowano zaledwie u kilkunastu procent zakażonej populacji. Ofiar śmiertelnych nie było prawie wcale, jeśli ten wirus zabijał, to tylko jako dodatek do znacznie silniejszych. W rankingu chorób tropikalnych zika przegrywała zatem ze znacznie bardziej śmiercionośnymi, ale i bardziej znanymi malarią, dengą czy żółtą febrą.

Siedem lat temu było inaczej. Odsetek chorej populacji wprawdzie nie wzrósł znacząco, ludzie nie zaczęli umierać, ale wirus okazał się bardziej szkodliwy, choć nie od razu. Amerykańskiej CDC, federalnej agencji zajmującej się badaniem i prewencją chorób zakaźnych, mniej więcej cztery miesiące zajęło ustalenie ponad wszelką wątpliwość, że wirus może powodować głębokie zmiany neurologiczne u zakażonych. Niedowłady kończyn, problemy ze wzrokiem, niekiedy również zaburzenia poznawcze. Szczególnie niebezpieczny był jednak dla kobiet w ciąży. Jeśli zostały one ukąszone przez komara nosiciela, istniało spore ryzyko, że płód będzie miał wady rozwojowe. Najczęściej była to mikrocefalia, czyli defekt genetyczny polegający na nienaturalnym uformowaniu się kształtu czaszki. W samej Brazylii, gdzie w latach 2015-2016 ziką zaraziło się ponad 1,5 mln osób, zdiagnozowano aż 3,5 tys. przypadków mikrocefalii. W innych krajach, takich jak Salwador, Kolumbia i Nikaragua, władze otwarcie odradzały kobietom zachodzenie w ciążę, dwa pierwsze kraje uznały dopiero dwuletni horyzont czasowy – a więc rok 2018 – za bezpieczną perspektywę na macierzyństwo. Kontrolować tego oczywiście nie było jak, aczkolwiek dane dotyczące przyrostu naturalnego w Ameryce Południowej pokazują, że niejedną parę paraliżował wtedy strach przed decyzją o dziecku.

Od tego czasu zika nie była częstym gościem w mediach. Trochę miejsca poświęcały jej redakcje amerykańskie, bo choroba dotarła też do USA, choć oczywiście nie w takich rozmiarach i z proporcjonalnie mniejszymi konsekwencjami. W Europie z kolei stanowiła jedynie wakacyjną sensację tamtego lata. Przypadki były sporadyczne, czasami liczone na palcach jednej ręki, jak w Portugalii, gdzie odnotowano pięcioro nosicieli, wszystkich z historią niedawnych podróży do Brazylii. W popularnym odbiorze zika była więc kolejną tajemniczą chorobą tropików, kompletnie niezagrażającą bogatej i, co ważne dla dalszej części tekstu, demokratycznej Północy. Kiedy sezon na podróże powoli dobiegł końca, zapomniano o komarach, wadach rozwojowych płodów i strachu przed ciążą.

Wybuch pandemii koronawirusa ponad dwa lata temu sprawił jednak, że globalne myślenie o chorobach zakaźnych zmieniło się, przynajmniej na poziomie dyskursu. Covid uderzył we wszystkich, bez względu na położenie geograficzne, kolor skóry czy poziom rozwoju gospodarki. Nie wszystkich oczywiście tak samo przeorał, niektóre kraje przeszły przez zarazę prawie suchą stopą. Wiadomo, że bogatsze i sprawniej zarządzane państwa, w których społeczeństwo cechuje się dużym zaufaniem do władzy i publicznie wypowiadających się ekspertów, z zagrożeniem wywołanym przez wirusa poradziły sobie lepiej. Jednak właśnie ze względu na uniwersalizm koronawirusa Północ znów musiała spojrzeć na Południe. Co bowiem z tego, że Europa, Australia czy Stany Zjednoczone wyszczepią większość populacji, hamując w ten sposób rozprzestrzenianie się wirusa, skoro nie zrobią tego kraje afrykańskie czy latynoskie. Tam wirus będzie mógł swobodnie mutować, tworząc nowe warianty, zagrażające również bogatej, białej Północy. W interesie wszystkich było zatem, by każdy kraj otrzymał chociaż podstawowe narzędzia do ograniczenia zasięgu pandemii.

Taka narracja dominowała jeszcze latem 2021 r. Pieśń o wspólnej globalnej walce z chorobą zakaźną jak zwykle jednak ładnie się zaczęła, ale przy refrenie słychać było już fałsz. Koncerny nie chcą zdjąć patentów ze swoich technologii, Europa i USA wolą chomikować szczepionki dla siebie na kolejne lata, niż przekazać je Afryce i Azji. W efekcie świat wcale nie wygrał z pandemią koronawirusa, nawet jeśli sam dla siebie ogłosił w tej walce zwycięstwo.

Co to ma wspólnego z epidemią ziki sprzed siedmiu lat? Wbrew pozorom bardzo wiele. Po pierwsze, wirus znów zaczyna się rozpędzać. W 2021 r. ponownie pojawił się w Indiach. W stanie Kerala zaraziło się nim kilkadziesiąt osób, w tym 14 pracowników ochrony zdrowia, wysłanych przez rząd federalny ze swoistą misją edukacyjną. Mieli przekazywać lokalnej populacji informacje na temat wirusa, informować o jego konsekwencjach, a w razie zakażenia oferować diagnozy, w tym badania prenatalne. Skończyli sami w grupie zakażonych. W Indiach powtórzyła się historia z Brazylii: uszkodzenia układu nerwowego u dorosłych, mikrocefalia u noworodków. I pytanie, czy tej mikroepidemii można było zapobiec. Tegoroczne raporty mówią z kolei, że zika znów szybko rozprzestrzenia się w Brazylii, grożąc kolejną zarazą tropikalną. Najważniejsze jest jednak nie to, co się powtarza, ale to, co się zmieniło.

Opublikowane dwa miesiące temu wyniki badań przeprowadzonych przez zespół wirusologów z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin wskazują, że zika mutuje bardzo szybko. A dokładnie mówiąc, jest zaledwie „o jedną mutację” od stania się wirusem masowego rażenia. Kolejne jego warianty prowadzą do wad prenatalnych u coraz wyższego odsetka zarażonych ciężarnych kobiet. Rośnie też wachlarz samych defektów, które wirus wywołuje, oraz intensywność objawów u dorosłych. Innymi słowy, kolejna kontynentalna zaraza może nie być już tylko egzotyczną ciekawostką.

Po siedmiu latach od ostatniej epidemii kraje wówczas nią dotknięte nie są ani trochę lepiej przygotowane do walki z chorobą. Sama Brazylia została zdewastowana przez covid, przede wszystkim dlatego, że rządzący nią populistyczny autokrata Jair Bolsonaro przez długie miesiące negował zagrożenie wynikające z koronawirusa. Jego zaniechania były katastrofalne w skutkach, liczba ofiar oficjalnie wyniosła 667 tys. osób, nieoficjalnie mówi się o grubo ponad milionie. Dodatkowo pandemia mocno spolaryzowała Brazylijczyków. Zwolennicy Bolsonara, radykalizowani hasłami o globalnych marksistowskich spiskach przeciw niemu, uwierzyli w negacjonistyczną narrację. Jeszcze słabszy stał się autorytet wszelkiej władzy, nie mówiąc o świecie nauki. W dodatku głęboko niedemokratyczny charakter rządów obecnego prezydenta spowodował, że Brazylijczycy mniejszym szacunkiem darzą literę prawa. Mniej zatem prawdopodobne, by przestrzegali zasad ewentualnego kolejnego reżimu sanitarnego, bez względu na to, kto go wprowadzi.

Prezydentem Bolsonaro pozostanie pewnie do końca roku. Zaplanowane na 2 października wybory prawdopodobnie przegra, chyba że do nich w ogóle nie dopuści. Po drodze będzie jednak pora deszczowa, a więc czas namnażania się komarów. Nie da się wykluczyć, że zika znów uderzy na skalę kontynentalną. Nowa mutacja będzie zapewne groźniejsza od poprzedniej.

Złe przygotowanie to zresztą problem nie tylko tropików czy biedy, ale głównie systemów politycznych. Jak zauważa „The Economist”, kraje autorytarne lub w tę stronę dryfujące radzą sobie z chorobami zakaźnymi dużo gorzej od demokracji. Tygodnik przygotował ostatnio analizę zestawiającą te dwie zmienne na podstawie danych zbieranych przez Katolicki Uniwersytet Lowański w Belgii. Tamtejsza baza zawiera informacje o wszystkich rejestrowanych epidemiach od 1960 r. Wnioski są często niejednoznaczne, poza jednym: demokratyczne rządy, mimo zawiłej biurokracji i wielogłosu decyzyjnego, choroby zakaźne opanowują szybciej, lepiej, skuteczniej. Niezależnie od tego, ile mają pieniędzy w budżecie. Podejmując więc kolejną decyzję przy urnie, warto o tym pamiętać. Wybiera się wtedy nie tylko przywódców kraju, ale też szansę na dłuższe i zdrowsze życie.

Fot. East News

Wydanie: 25/2022

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy