Konkordat do zmiany – rozmowa z dr Pawłem Boreckim

Konkordat do zmiany – rozmowa z dr Pawłem Boreckim

Konkordat gwarantuje więcej Kościołowi niż państwu

Czy konkordat jest listkiem figowym zasłaniającym prawdziwe relacje między państwem a Kościołem katolickim, między Kościołem
a politykami?
– Konkordat, w ogóle prawo, w stosunkach wyznaniowych w Polsce wykazuje się ograniczoną skutecznością. Gdy dobiegła końca debata nad ratyfikacją konkordatu, a następnie zakończył się proces jego częściowego, nie pełnego, urzeczywistnienia, traktat ten w zasadzie zniknął z debaty publicznej. Obecnie tę umowę międzynarodową przywołują przede wszystkim niektórzy działacze laiccy oraz politycy o orientacji antyklerykalnej, którzy często, posługując się skrótem myślowym, uznają ją za instrument klerykalizacji państwa i prawa w Polsce. Uważam, że to tylko częściowo prawda, ponieważ wiele istotnych zmian w stosunkach wyznaniowych zachodzi na poziomie ustaw, rozporządzeń i innych aktów normatywnych, w tym porozumień między naczelnymi organami administracji państwowej a np. Konferencją Episkopatu Polski.
Czy konkordat jest listkiem figowym? Powiedziałbym, że nawet tej funkcji nie pełni, gdyż po burzliwym okresie debaty nad ratyfikacją pewne nawyki w stosunkach państwo-Kościół, znane ze schyłkowego okresu Polski Ludowej, nie zniknęły.

Historia świata i prawa pokazuje, że z dwóch układających się stron zawsze jedna więcej zyskuje, a druga traci. W przypadku konkordatu większe korzyści osiągnęła, osiąga i zapewne jeszcze osiągnie strona kościelna.
– Zgadzam się z tym. Trzeba pamiętać o grzechu „pierworodnym” popełnionym przez osoby, które negocjowały konkordat – popełnionym świadomie. Wyznał mi to kilka lat temu Jan Maria Rokita. W momencie podpisywania dokumentu strona rządowa, czyli rząd Hanny Suchockiej, liczyła się z tym, że po wyborach parlamentarnych nowy rząd będzie w jakiejś mierze lewicowy. Chciano tę nową ekipę postawić przed faktem dokonanym i tak się stało. To się okazało skuteczne, ale czy dobre? Nie sądzę, bo konkordat nie jest traktatem równoważnym, który gwarantowałby państwu tyle samo, ile Kościołowi.

ZŁAMANA ZASADA NIEZALEŻNOŚCI

Czy można powiedzieć, że najczęściej łamanym przepisem owego traktatu jest art. 1, mówiący o rozdziale i niezależności państwa i Kościoła katolickiego?
– Tak. Ważę słowa, bo „łamany” to mocne słowo, ale obserwując przez lata działania Episkopatu i poszczególnych hierarchów, muszę przyznać, że Episkopat bardzo często ignoruje zasadę wzajemnej niezależności i autonomii państwa i Kościoła. Wyraża się to przede wszystkim, szczególnie w ostatnich latach, w wyraźnym zaangażowaniu Episkopatu, jego poszczególnych organów czy w ogóle duchowieństwa, w proces sprawowania władzy w państwie. Pragnę podkreślić, że Kościół katolicki jest w pełni uprawniony do oceniania działań państwa, jego prawa przez pryzmat swojej doktryny społecznej czy moralnej. Wynika to chociażby z wolności sumienia i wyznania czy z wolności słowa, ale zasada wzajemnej niezależności i autonomii oznacza jedno: państwo nie ingeruje w sprawy kościelne, a Kościół instytucjonalny nie ingeruje w proces sprawowania władzy państwowej.

W czym ta ingerencja się wyraża?
– Choćby w tym, że jesienią 2012 r. została zorganizowana w Warszawie kilkudziesięciotysięczna manifestacja przeciwników rządu, która uzyskała oprawę religijną i której jednym z głównych uczestników był o. Tadeusz Rydzyk. Co więcej – widziałem to na własne oczy – niektóre grupy demonstrantów były prowadzone przez duchownych w sutannach. To otwarte zaangażowanie się w walkę polityczną. Tak samo należy oceniać nacisk Episkopatu na niezależny organ państwowy, czyli Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, w celu przyznania miejsca na multipleksie naziemnej telewizji cyfrowej konkretnej stacji telewizyjnej, to znaczy TV Trwam.

Moim zdaniem bp Antoni Dydycz poszedł dalej, wzywając w Częstochowie do rozwiązania Sejmu.
– To już był skandal. Proszę sobie wyobrazić, że prezydent RP, premier lub jeden z jego ministrów wzywa do rozwiązania Konferencji Episkopatu Polski. To byłby absurd. A w Polsce takie zachowanie duchowieństwa uchodzi płazem. Do pewnych praktyk kleru po prostu się przyzwyczailiśmy. Ale to jest nie do zaakceptowania z punktu widzenia fundamentalnych zasad konkordatu.

Miejscem, gdzie w największym stopniu łamie się konkordat, jest Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu. Głównie Kościół narzuca, czym ona ma się zajmować.
– Widać wyraźnie, że Kościół ma tu większą inicjatywę w formułowaniu tematów prac, natomiast co do efektywności oddziaływania za pośrednictwem Komisji Wspólnej na stronę rządową, nie jest to już takie jednoznaczne. Owa efektywność zależała od ekipy rządzącej. W latach 1993-1997, kiedy rządziła ekipa lewicowa, skuteczność oddziaływania Kościoła była bardzo ograniczona i hierarchowie wielokrotnie wyrażali wręcz irytację. Za rządów prawicy, szczególnie Jerzego Buzka, można zaobserwować uległą postawę strony rządowej wobec kościelnej.

Jak jest teraz, w okresie rządów PO?
– Różnie, ponieważ Komisja Wspólna nie zbiera się już tak często jak w poprzednich latach. Poza tym jest ona tylko jednym z kanałów oddziaływania Kościoła instytucjonalnego na państwo. Drugim są wspólne obrady komisji konkordatowych. Następnym listy, orędzia i inne wystąpienia publiczne poszczególnych biskupów czy organów Episkopatu.

PRAWO KOŚCIELNE NAJWAŻNIEJSZE?

Jakie są główne punkty, w których praktyka mija się z przepisami konkordatu?
– Najbardziej bolą niezgodne z zasadą niezależności formy oddziaływania Kościoła instytucjonalnego na organy państwa i jego politykę. Poza tym chodzi o respektowanie zasady autonomii państwa i Kościoła, czyli o swobodę tworzenia własnego prawa i kierowania się nim przez państwo i Kościół. Otóż Episkopat stara się oddziaływać, na ile może, na proces ustawodawczy w dziedzinach, które sam uważa za leżące w sferze jego kompetencji. Episkopat interweniował w zagadnieniach związanych z moralnością seksualną i prokreacją, w sprawie związków partnerskich, podpisania konwencji o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, a nawet dopuszczalności sprzedaży piwa na stadionach. Mamy więc do czynienia z dążeniem do sprawowania przez Episkopat nadzoru nad procesem prawotwórczym. Ostatnio mieliśmy przykład ex post takiego działania, mianowicie pochwaleni zostali posłowie, którzy głosowali przeciw związkom partnerskim.
Muszę jednak wspomnieć o winach aparatu władzy państwowej. Otóż od 1997 r. w orzecznictwie Sądu Najwyższego Izba Cywilna ukształtowało się przekonanie, że przewidziane przez prawo kanoniczne ograniczenia w zakresie reprezentacji kościelnych osób prawnych przez ich organy wywierają bezpośrednio skutki w prawie polskim. Przyjęcie takiego stanowiska jest niezgodne z zasadą autonomii państwa i Kościoła.

A nie jest złamaniem zasady niezawisłości władzy sądowniczej?
– Raczej nie albo może jeszcze nie. To, że prawo kanoniczne samo z siebie wywołuje skutki w prawie państwowym, jest jedną z cech państwa wyznaniowego. Inny przykład naruszenia konkordatu to wprowadzenie Dnia Objawienia Pańskiego, czyli Święta Trzech Króli, jako dnia wolnego od pracy bez porozumienia rządu i Stolicy Apostolskiej.

W konkordacie wylicza się kościelne dni wolne i tam Święta Trzech Króli nie ma.
– Konkordat w art. 9 wymienia dni świąteczne wolne od pracy. W ust. 2 mówi wyraźnie: „Rozszerzenie powyższego wykazu może nastąpić po porozumieniu układających się stron”. Ten przepis został wprowadzony przez polskich negocjatorów jako gwarancja, że nie będą ustanawiane, na szkodę interesów finansowych państwa, dodatkowe dni ustawowo wolne będące świętami katolickimi. I oto w 2010 r. dodano Święto Trzech Króli jako dzień ustawowo wolny od pracy w drodze zmiany ustawy o dniach wolnych od pracy, bez żadnego porozumienia między układającymi się stronami.

STARE NAWYKI

W jakich jeszcze punktach złamano konkordat?
– Art. 16 mówi o duszpasterstwie wojskowym. Wspomina również o statucie Ordynariatu Polowego WP. Otóż w tym artykule powiedziano wyraźnie, że statut jest zatwierdzony przez Stolicę Apostolską z kompetentnymi władzami polskimi. Obecnie obowiązujący statut z 1991 r. został nadany jednostronnie przez Jana Pawła II bez porozumienia z władzami RP. Po wejściu w życie konkordatu powinien zostać ustanowiony nowy statut, już w porozumieniu z naszymi władzami. Poza tym konkordat w art. 16 mówi wyraźnie, że Ordynariat Polowy WP ogranicza się do sił zbrojnych, tymczasem Konferencja Episkopatu Polski wprowadziła sobie jednostronnie pełnomocnika Konferencji ds. duszpasterstwa w policji, w straży granicznej czy w służbie celnej. I jest nim biskup polowy WP. Konkordat nic o takich duszpasterstwach nie wspomina. To mogłoby nas mało odchodzić, ale kapelani poszczególnych duszpasterstw są funkcjonariuszami państwowymi wynagradzanymi z budżetu państwa. Inny przypadek naruszenia konkordatu to nieuzgodnienie do dziś przez władze państwowe oraz KEP wymaganej przez art. 25 ust. 2 konkordatu zasady udostępniania dóbr kultury będących własnością lub pozostających we władaniu Kościoła. Nie powołano kościelno-rządowej komisji do przygotowania reformy finansowania instytucji kościelnych i duchowieństwa. Działają za to komisje konkordatowe – kościelna i państwowa, których konkordat nie przewiduje.

Pierwszą powołał przecież Jan Paweł II, czyli on pierwszy złamał konkordat.
– Z papieżem się nie dyskutowało. Nikt na to papieskie ominięcie konkordatu wówczas nie zwrócił albo nie chciał zwrócić uwagi. Ostatnio, pewnie pod wpływem ekspertów strony kościelnej, próbuje się tę kościelną komisję konkordatową jakoś umocować na podstawie art. 22 konkordatu, ale po stronie rządu nie widać woli powołania komisji, która zajęłaby się reformą finansowania duchowieństwa i instytucji kościelnych.

Przecież to jest straszna mina dla polityków.
– Konkordat jednak zawarto i powinno się w pełni realizować traktat.

Tylko że Stolica Apostolska, zawierając konkordat z Rzecząpospolitą, de facto wycofała się z tego, co się nazywa stroną. Dziś wbrew traktatowi tą stroną jest przede wszystkim Kościół w Polsce, dokładnie Episkopat.
– W przeważającej mierze tak jest. Co to oznacza? Zawarto traktat, ale w porównaniu z okresem schyłku PRL nie wszystko się zmieniło. Stare nawyki, że premier spotka się z biskupami i się dogadają, pozostały. Zapomina się albo nie chce się pamiętać o wydanej przez rząd Włodzimierza Cimoszewicza – w uzgodnieniu ze Stolicą Apostolską, a tak naprawdę też z polskim Episkopatem – Deklaracji wyjaśniającej do konkordatu, której np. pkt 6 mówi wyraźnie, że uprawnienia do decydowania w sprawach finansowych i podatkowych duchowieństwa oraz instytucji kościelnych należą do państwa. Wymagane jest zasięgnięcie opinii strony kościelnej, ale decydentem jest państwo. Druga sprawa to wszelkiego rodzaju porozumienia rządu i Episkopatu. Jeśli ten drugi nie ma upoważnienia Stolicy Apostolskiej, są one niezgodne z konkordatem. Traktat mówi bowiem wyraźnie w art. 27, że wszelkie dodatkowe porozumienia mogą być zawierane między rządem i Stolicą Apostolską bądź między rządem i, uwaga, upoważnioną do tego przez Watykan Konferencją Episkopatu Polski.

O czym to świadczy?
– O ograniczonym legalizmie, zarówno po stronie Episkopatu, jak i po stronie rządu. Świadczy też o tym, że w stosunkach wyznaniowych racje polityczne, i to często bieżące, biorą górę nad prawnymi.

MILCZENIE WATYKANU

Czy nieliczenie się z literą prawa przez Watykan należy wiązać z tym, że przez długie lata nuncjuszem był abp Kowalczyk? Mówiąc inaczej, Watykan odpuścił sobie Polskę, oświadczając: niech Polacy sami to sobie rozstrzygają.
– Moja refleksja opiera się na poszlakach i przypuszczeniach. Po pierwsze, skończył się pewnego rodzaju polonocentryzm w Stolicy Apostolskiej. Odszedł Jan Paweł II, a po jego śmierci Watykan opuściło wielu polskich hierarchów, ze Stanisławem Dziwiszem na czele. Siłą rzeczy polityka Watykanu musiała się zmienić i nie jest już tak skoncentrowana na aspektach polskich. Polska stała się jej elementem, nadal ważnym, ale już nie pierwszorzędnym. Po drugie, papież Benedykt XVI jest człowiekiem wiekowym, schorowanym, co wpłynęło na jego decyzję o abdykacji. To nie jest administrator, lecz nade wszystko teolog. Zrozumiałe więc, że w Stolicy Apostolskiej główną rolę od miesięcy odgrywa Kuria Rzymska, wewnętrznie skonfliktowana.
I jeszcze jedna kwestia. Odnoszę wrażenie, że Kościół współczesny to nie jest Kościół Jana Pawła II. Cokolwiek by mówić o tym papieżu i jego konserwatyzmie w sprawach moralności seksualnej, to jednak wyraźnie nawiązywał on do idei Soboru Watykańskiego II. Myślę, że teraz w Watykanie dochodzi do głosu opcja mówiąca, że oto Kościół jest zagrożony przez walec laicyzacji i antyklerykalizmu. Nie da się ukryć, że Kościół w ostatnich latach, za pontyfikatu Benedykta XVI, znalazł się na cenzurowanym, w fazie wyludniania się kościołów.

W znacznej mierze zapracował sobie na to, choćby poprzez tuszowanie skandali pedofilskich.
– Oraz nieprzejrzyste operacje finansowe, pazerność w sprawach majątkowych itp. Innymi słowy, w praktyce zaprzeczając własnemu przesłaniu.

To nie są symptomy z ostatnich kilku lat, lecz z dziesięcioleci.
– Ale dziś to wychodzi na jaw. Dlatego Kościół czuje się zagrożony i można to zaobserwować także w Stolicy Apostolskiej, która wybiera pozycję obronną. W związku z tym postawa polskiego Episkopatu odpowiada zapewne niektórym wpływowym hierarchom w Watykanie. Jest to jednak postawa walczącej, oblężonej twierdzy. Coraz dokładniej opisana postawa krystalizuje się. Skoro tak, to może Watykan ze względów strategicznych nie jest zainteresowany takim pryncypialnym przestrzeganiem konkordatu, zwłaszcza zasady niezależności i autonomii państwa i Kościoła.

Wróćmy do konkordatu, do tego, do czego państwo zobowiązuje się w nim w stosunku do uczelni kościelnych. Gdy popatrzymy, co się stało, trudno nie zauważyć, że doszło już nie tyle do obejścia, ile do złamania tego traktatu.
– Konkordat nie wymaga od państwa takiego stopnia finansowania uczelni kościelnych jak obecnie. Przewiduje dotowanie z budżetu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, ale nie mówi, na jakich zasadach – czy mają to być dotacje pełne czy tylko w przeliczeniu na studenta itd. Poza tym, jeśli chodzi o finansowanie odrębnych wydziałów teologicznych, konkordat takiego obowiązku nie nakłada na państwo, mówi jedynie, że państwo rozważy dofinansowanie tego rodzaju placówek. W 2006 r. Sejm zdecydował się dofinansować te wydziały. Poza tym Papieska Akademia Teologiczna została przekształcona w Uniwersytet Papieski Jana Pawła II w Krakowie, uczelnię niepodlegającą ustawie o szkolnictwie wyższym. Jest to uniwersytet z ustanowienia papieskiego. Skoro tak, państwo traci kontrolę nad tą placówką naukową, a więc traci w jakimś stopniu kontrolę nad jej wydatkami, czyli swoimi pieniędzmi. KUL, mimo że jest uczelnią prywatną, kościelną, podlega ustawie o szkolnictwie wyższym.

UNIWERSYTET Z IMMUNITETEM

Mamy więc do czynienia z quasi-immunitetem uniwersytetu JP II.
– Można tak powiedzieć. Proszę też zwrócić uwagę na to, że na papieskich wydziałach teologicznych kształcą się klerycy seminariów duchownych.
Przy Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie są afiliowane seminaria duchowne od Drohiczyna po Łowicz. Finansujemy zatem z budżetu państwa kształcenie kleryków. Na tym wydziale jest również misyjne seminarium duchowne, czyli finansujemy i misjonarzy, ludzi, którzy mają krzewić religię katolicką. To nijak się ma do zasady bezstronności światopoglądowej władz publicznych, o której mowa w art. 25 ust. 2 konstytucji.

Przejdźmy do zależności między konkordatem a lekcjami religii.
– Konkordat wprowadza jako fakultatywną naukę religii katolickiej w szkołach i w przedszkolach publicznych. O placówkach prywatnych nie wspomina. Według Deklaracji wyjaśniającej do konkordatu z 1997 r. nauka religii jest przedmiotem formacyjnym, mówi się wyraźnie, że to katecheza. Zgodnie z konkordatem nie ma żadnych przeszkód, by lekcje religii odbywały się na pierwszej bądź na ostatniej godzinie lekcyjnej, dzięki czemu nie będą stygmatyzowani uczniowie nieuczęszczający na nie. Nie ma przeszkód, żeby było osobne świadectwo z religii, tak by uczeń bez adnotacji w rubryce etyka/religia nie był stygmatyzowany w dalszym procesie nauczania bądź przy poszukiwaniu pracy.

Tu dochodzimy do wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka odnoszącego się do religii na świadectwie.
– W wyroku w sprawie Grzelak przeciwko Polsce z 2010 r. Trybunał stanął na stanowisku, że brak oceny w rubryce religia/etyka albo kreska w odpowiednim miejscu stanowi w warunkach polskich stygmatyzującą ucznia informację, że zapewne nie jest katolikiem.

I dopowiedzmy: po wyroku ETPC nic się nie dzieje.
– To prawda, rozporządzenie ministra edukacji z 1992 r. nie zmieniło się. Ten wyrok można by wykonać w bardzo prosty sposób, nie łamiąc konkordatu, nie naruszając także ustawy o systemie oświaty. Po prostu można wprowadzić odrębne świadectwo z oceną z religii/etyki, nawet tak jak dotychczas świadectwo o charakterze państwowym. Konkordat nie wprowadza też obowiązku wliczania oceny z religii do średniej na świadectwie. Tymczasem Kościół katolicki dąży do tego, by nadać katechezie, na ile to możliwe, wszystkie cechy przedmiotu obowiązkowego, żeby była traktowana tak samo jak np. matematyka. Mało tego, teraz jest lansowany postulat wprowadzenia matury z religii. Widać zatem, jak Kościół konsekwentnie, od lat, stosuje taktykę salami, brania po kawałku kolejnych zdobyczy, ustępstwa po ustępstwie ze strony władz państwowych.

W raporcie wymieniona jest kwota 1,8 mld zł, które w 2011 r. Kościół otrzymał od państwa.
– Została ona podana przez wiarygodne tygodniki opinii jesienią 2011 r., na podstawie informacji z właściwych resortów. To kwota, którą państwo z różnych tytułów wspiera Kościół katolicki oraz duchowieństwo.

Skoro państwo tyle łoży na Kościół, można powiedzieć, że ma w ręku ważny instrument, kartę przetargową, z której nie korzysta.
– Nie korzysta i nie za bardzo jest w stanie korzystać. W Sejmie jest bardzo duża grupa posłów klerykalnych, którzy związki z Kościołem traktują instrumentalnie lub ideowo, mniejsza z tym, ale są gotowi bronić interesów Kościoła. I druga rzecz. Przychylny Kościołowi, praktycznie od początku istnienia III RP, jest Trybunał Konstytucyjny. W związku z tym zmiana ustawodawstwa stanowiącego podstawy dofinansowania Kościoła bez zgody strony kościelnej mogłaby być zaskarżona do TK, który mógłby, co bardzo prawdopodobne, taką ustawę uchwaloną bez uzgodnienia z Kościołem uchylić. Z tym trzeba się liczyć.

LUSTRACJĄ W KONKORDAT

W paru przypadkach państwo złamało zasadę niezależności Kościoła. Najśmieszniejsze jest to, że doszło do tego za rządów PiS. Czy czynnik lustracyjny nie sprawił, że hierarchia się przestraszyła i robiła tak, jak chcieli bracia Kaczyńscy?
– Jarosław Kaczyński już w exposé w 2006 r. wyraźnie dał do zrozumienia, że traktuje religię, szczególnie katolicyzm, jak instrument rządzenia. Zapewne jest człowiekiem wierzącym, ale wie doskonale, że katolicyzm – czy szerzej religię – można wykorzystywać do celów państwowych i politycznych. Robił to i nadal robi. Kaczyński nie miał kompleksów wobec Episkopatu. Pewne kompleksy dały się zaobserwować po stronie ekip lewicowych. Od jednego z urzędników Nuncjatury Apostolskiej w Polsce usłyszałem, że Kościołowi lepiej się rozmawiało z lewicową ekipą Leszka Millera niż z ekipą prawicową Jarosława Kaczyńskiego. Rzeczywiście obawa przed lustracją mogła powodować, że Episkopat był powolny działaniom Kaczyńskiego. Proszę zwrócić uwagę, że premier Kaczyński miał, nie mówię czelność, ale odwagę i tupet zasugerować samemu Benedyktowi XVI, że stolica prymasowska powinna zostać w Warszawie. Podobno nawet wysuwał sugestie co do obsady godności metropolity warszawskiego. Władze komunistyczne już pod koniec lat 70. XX w. w praktyce wycofały się z bezpośredniego wpływu na obsadę godności biskupich. Tymczasem bracia Kaczyńscy w 2007 r. doprowadzili do dymisji abp. Stanisława Wielgusa. Mieliśmy do czynienia z sytuacją, która w Polsce chyba się nie zdarzyła od czasów późnego Gierka. Poza tym prawicowe środki masowego przekazu zaczęły podawać w wątpliwość przeszłość lustracyjną nuncjusza abp. Józefa Kowalczyka, abp. Józefa Michalika i abp. Józefa Życińskiego. Być może hierarchowie poczuli się zagrożeni i to osłabiło ich wolę oporu.

Prezydent Lech Kaczyński nie chcę powiedzieć namaścił ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, ale de facto uznał, że to, co on robi, jest wskazane.
– Lech Kaczyński zaangażował się w spór między ks. Isakowiczem-Zaleskim a kard. Dziwiszem, udzielił mu czytelnego poparcia, przyjmując go na audiencji i przyznając mu wysokie odznaczenie państwowe. Te działania, co też znamienne, wywarły wpływ na postawę kardynała. Dzisiejsi hierarchowie to nie są ludzie, którzy mają kręgosłup kard. Stefana Wyszyńskiego.

Co należy zrobić z konkordatem? To, co postuluje wiele środowisk antyklerykalnych, a także lewicowych, czyli wypowiedzieć go? A może w majestacie prawa podjąć się jego renegocjacji?
– Wypowiedzenie konkordatu to bardzo ważki fakt, który nie służyłby Polsce i stabilności wewnętrznej kraju, również naszym interesom na arenie międzynarodowej. Wypowiedzenie konkordatu oznacza otwarty konflikt w stosunkach państwo-Kościół i jest bardzo trudne z politycznego punktu widzenia, ponieważ wymagałoby większości głosów w obu izbach parlamentu oraz aprobaty prezydenta. Należałoby również liczyć się z tym, że ustawa upoważniająca prezydenta do wypowiedzenia tego traktatu będzie zaskarżona do TK. Jestem zwolennikiem renegocjacji konkordatu. Tę ewentualność uważam za o wiele realniejszą. Renegocjacja powinna służyć sprecyzowaniu wielu kwestii, zwłaszcza finansowych. Jestem zwolennikiem usunięcia pewnych przepisów, niezgodnych z interesem państwa. Ale nie może być tak, że po jednej i drugiej stronie spotykają się synowie czy córki Kościoła katolickiego. Przedstawiciele strony państwowej powinni rzeczywiście stać na straży interesów państwa, dobra wspólnego wszystkich obywateli, a nie tylko katolików.

Jest klimat, by dokonać czegoś takiego?
– Nie, ponieważ rząd prawdopodobnie nie chce otwierać nowego frontu konfliktu z Kościołem. Ze względu na pogarszającą się sytuację ekonomiczną państwa, wzrost negatywnych nastrojów społecznych w stosunku do rządu i spadek popularności partii rządzącej tego rodzaju inicjatywa nie zostanie podjęta. Słowem – bieżąca polityka oddziałuje na stosowanie konkordatu jako traktatu międzynarodowego.

Czy takie status quo, legalne, półlegalne, nielegalne, w relacjach państwo Kościół sprawi, że przybędzie postaw antyklerykalnych?
– Będzie przybywać, jeżeli hierarchia katolicka nie zmieni taktyki i strategii, ponieważ widać już wyraźnie, że postulaty hierarchii katolickiej kolidują z aspiracjami coraz większych grup społecznych: kobiet, mniejszości seksualnych czy niewierzących. Obserwujemy w Polsce wyraźną polaryzację sceny religijno-światopoglądowej. Z jednej strony Kościół, grupa katolicka, staje się coraz bardziej zamknięta, integrystyczna. To integryści katoliccy narzucają dziś ton wypowiedzi Kościoła, są jego coraz brzydszą twarzą. Twarzą polskiego Kościoła są ks. Tadeusz Rydzyk i red. Tomasz Terlikowski, a nie o. Wacław Oszajca czy redaktorzy „Tygodnika Powszechnego”. Po drugiej stronie, laickiej, feministycznej, antyklerykalnej, postawy też się wyostrzają. W takich warunkach dialog jest utrudniony i z czasem stanie się niemożliwy.

Dr Paweł Borecki – adiunkt w Katedrze Prawa Wyznaniowego Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, autor kilkudziesięciu publikacji naukowych dotyczących prawa wyznaniowego, prawa konstytucyjnego oraz historii ustroju i prawa Polski. Ostatnio przygotował raport na temat konkordatu w 20. rocznicę jego podpisania i w 15. rocznicę ratyfikacji.

Wydanie: 8/2013

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy