Kto sieje panikę?

Kto sieje panikę?

Czeka nas wzrost cen żywności czy nie? Eksperci uspokajają, ale w mediach mamy zupełnie sprzeczne opinie na ten temat

Dwa lata temu – wspomina prof. Mirosław Gornowicz z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie – zgłosił się do mnie znany dziennikarz. Chciał, abym potwierdził pogłoskę, że chleb latem zdrożeje dwukrotnie. Oczywiście nic takiego się nie stało, ale zdziwiła mnie chęć sztucznego podgrzania atmosfery. Po co siać panikę, skoro na nic poważnego się nie zanosi?
– Być może takie pogłoski rozpuszcza się w ściśle partykularnym interesie, aby np. pokonać konkurenta na rynku lub podważyć jego wiarygodność – snuje dalej rozważania prof. Gornowicz.
Podobne przypadki opisuje dr hab. Krystyna Świetlik z Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej. Jej zdaniem takie podgrzewanie atmosfery szczególnie w przypadku cen produktów żywnościowych może stać się samosprawdzającą się przepowiednią, bo rynek żywności jest bardzo wrażliwy i ludzie czasami ulegają sugestii.

Zima bardziej winna niż powódź

Rzeczywistość na rynkach produktów żywnościowych kieruje się jednak zupełnie innymi prawami niż tabloidy. Tutaj działają zasady podaży i popytu w skali międzynarodowej – europejskiej, a nawet światowej. Ceny żywności też są regulowane w sposób rynkowy – gdy ludzie kupują chętnie, ceny rosną, gdy się wycofują z zakupów, towar staje się niepotrzebny, musi potanieć, bo inaczej będzie do wyrzucenia.
Tak może wyglądać sytuacja na terenach zalanych przez powódź. Gdy ludzie muszą gwałtownie się zająć odbudową domów, nie myślą o tym, jakie surówki i owoce przygotować do obiadu, ale kupują tylko podstawowe produkty: chleb, kiełbasę. Zielone nowalijki, owoce, np. truskawki, znikają z lokalnego rynku nie tylko dlatego, że w tym rejonie uprawy znalazły się pod wodą, lecz także z powodu zmiany priorytetu w zakupach. Teraz bardziej poszukiwane są materiały budowlane niż luksusowa żywność. Tutaj może dojść do paradoksów – nawet jeśli w handlu znajdą się tanie sprowadzone z innych rejonów lub z zagranicy towary luksusowe, popyt będzie niski i ceny trzeba będzie jeszcze bardziej obniżyć.
Tego typu rozumowanie proponuje dr hab. Krystyna Świetlik. – Powódź nie powinna wpłynąć na wzrost cen produktów rolno-spożywczych, nie wpłynie na wzrost inflacji – mówi. – Straty, które lokalnie wyglądają tragicznie, w sumie nie wpłynęły znacząco na podaż tych produktów. Z wstępnych wyliczeń wynika, że ucierpiało ok. 2% gospodarstw rolnych na ogólną liczbę 48 tys. Jeśli więc lokalnie miałoby jakichś produktów zabraknąć, to przecież nie żyjemy na pustkowiu. Działa transport, jest możliwy import, a ceny w imporcie nie są wcale dużo wyższe. Czasem nawet niższe niż w Polsce. Wiele zależy też od aktualnego kursu złotego do euro i dolara. Europa ma spore zapasy żywności, część z nich zgromadzono w wyniku specjalnych dostaw interwencyjnych. Żywności nigdzie nie zabraknie i jej ceny też nie powinny nikogo zaskoczyć.
Zdaniem dr hab. Krystyny Świetlik, to nie powódź wpłynęła na wegetację owoców i warzyw, ale długa i mroźna zima oraz deszczowy maj. Jak będzie wyglądać urodzaj jabłek, dowiemy się za tydzień, dwa. Może być z tym gorzej, bo były trudności z opryskami i pszczoły też nie oblatywały rojnie naszych sadów, ale tych okoliczności nie można łączyć z powodzią. Wczesne warzywa i nowalijki w połowie maja zwykle taniały, teraz to się może zmienić, ale nie drastycznie, bo ruch cen w górę może zostać przyblokowany tanim importem.

Chleba nie zabraknie

Jeszcze wyraźniej widać to na rynku zbożowym. Zbiory w Europie były dobre, jeśli nasi producenci będą chcieli podnieść ceny mąki, pieczywa, towarów pierwszej potrzeby, to mogą się spotkać z reakcją importerów.
– Czy już zapomnieliśmy – pyta retorycznie prof. Gornowicz – jak właśnie z tego powodu w Polsce wysypywano zboże na tory? Bo importowane było dużo tańsze.
Prof. Gornowicz zaleca ostrożność w tworzeniu katastroficznych prognoz. Zalane obszary stanowią zaledwie ułamek procenta terenów uprawnych. Np. w województwie warmińsko-mazurskim zbiory będą dobre. Tutaj rolnicy przywołują stare przysłowie: suchy kwiecień, mokry maj – będzie zboże jako gaj.
Dr hab. Krystyna Świetlik spogląda w najnowsze notowania giełd spożywczych. Mięsa przybywa, mamy większy skup wieprzowiny, większą produkcję drobiu, choć wiele tych produktów wysyłanych jest na eksport. Także na rynku mleczarskim ceny sezonowo ulegają redukcji, co może również wpłynąć na obniżkę cen detalicznych. Żadnych gwałtownych ruchów cen w lecie nie można się spodziewać. Nasza gospodarka jest coraz bardziej otwarta i bardziej na wzrost cen wpływają ceny paliw, ropy, gazu, a nawet to, co się dzieje w gospodarce w Chinach niż okresowe i lokalne podtopienia w dorzeczach Wisły i Odry.

Ceny i polityka

Mimo tak zdecydowanie uspokajających opinii specjalistów w mediach pojawiły się sprzeczne przewidywania. Większość tytułów obiegła wiadomość agencyjna zatytułowana: „Czeka nas wzrost cen żywności”. Tytuł informacji został wypreparowany z wypowiedzi jednego z ekspertów, który najwyraźniej nie wiedział, co ma odpowiedzieć, i zaczął snuć „luźne przypuszczenia”. Chodzi o Roberta Gwiazdowskiego z Centrum im. Adama Smitha. – Przy tych stratach powodziowych ja bym się zdziwił, gdyby się zrealizowało założenie mówiące o tym, że ceny wzrosnąć nie powinny – powiedział. W innym miejscu tego samego tekstu inny ekonomista wskazuje jednak, że choć dla poszczególnych rolników skutki powodzi są katastrofalne, to w skali całej gospodarki żywioł nie poczynił wielkich szkód.
Dlaczego więc mimo takiego zestawu opinii redakcja zdecydowała się na tytuł: „Czeka nas wzrost cen żywności”? Pewnie dlatego, że budzi on większe zainteresowanie odbiorców niż uspokajające opinie rzeczoznawców. Żeby było ciekawiej, dokładnie w tym samym czasie pojawiła się również w tych samych mediach wiadomość o zupełnie odwrotnym tytule: „Powódź nie doprowadzi do wzrostu cen żywności”.
Proponujemy jednak bacznie obserwować to, co rzeczywiście dzieje się na rynkach, a także to, co znajduje odbicie w informacjach medialnych i wypowiedziach polityków. Nie jest bowiem wcale wykluczone, że stworzenie atmosfery zagrożenia kolejną katastrofą może mieć znaczenie instrumentalne w kampanii wyborczej. Za tydzień się przekonamy, czy kasandryczne wizje były oparte na prawdzie.

Wydanie: 24/2010

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy