Laguny są tam, gdzie jesteśmy my

Laguny są tam, gdzie jesteśmy my

Andrzej Kondratiuk powtarzał, że to on decyduje,  bo jest reżyserem. Ale to ja sterowałam wszystkim

„Jesteśmy jak Adam i Ewa, żadne z nas bez siebie by nie istniało”, powiedziała pani kiedyś o sobie i Andrzeju Kondratiuku.

– Dzisiaj mogę to powtórzyć. My odnaleźliśmy się naprawdę. To jest miłość i ten właściwy drugi człowiek. Od ponad 40 lat. Każdy marzy, by spotkać w życiu swoją drugą połowę. Ja znalazłam. Nie wyobrażam sobie życia bez Andrzeja. Jest dla mnie najważniejszy. Zrobiliśmy razem wiele filmów, bardzo dla nas ważnych. „Skorpion, panna i łucznik”, „Gwiezdny pył”, „Pełnia”, „Cztery pory roku”, „Wrzeciono czasu”, „Słoneczny zegar”. (…)

Wszystko zaczęło się od „Hydrozagadki”, kultowego dziś filmu. Reżyser Andrzej Kondratiuk szukał blondynki do roli kelnerki i ktoś mu podpowiedział, że idealna będzie Iga Cembrzyńska. Był 1970 r.

– Jeszcze przed „Hydrozagadką” znałam go i jego filmy, wiedziałam, jak wygląda. Podobał mi się, choć nie był w moim typie. Tutaj byłam aktorką grającą w filmie reżysera. To wszystko. Andrzej opiekował się całą ekipą. Mną także. Nigdy nie zapomnę, jak w jednej ze scen filmu strasznie zmarzłam, a on w przerwie narzucił mi kożuch na ramiona i poprosił obsługę o „herbatę z rumem dla pani Igi”. Zerkałam na niego, obserwowałam. My bardzo podobaliśmy się sobie już wtedy, ale na tym się skończyło, bo oboje byliśmy jeszcze w związkach. Nasza miłość wybuchła rok później.

Gdzie spotkała pani Andrzeja Kondratiuka po raz drugi?

– A mogło wcale do tego nie dojść. Gdy moje małżeństwo z Andrzejem Kasią legło w gruzach, wyprowadziłam się z domu i zamieszkałam w hotelu. (…) Pewnego dnia Staszek Grochowiak, mój ulubiony poeta, zaprosił mnie do SPATiF-u. Wahałam się, bo niezbyt dobrze się czułam. Namawiał. Nie wiem, co mną kierowało, ale z niewiadomych powodów poczułam, że muszę pójść. To był impuls. Zebrałam się w sobie. Spojrzałam w lustro z przerażeniem: Nie, nie, do SPATiF-u to ja taka nie pójdę. Odwiedziłam fryzjerkę, zrobiłam manikiur, umalowałam się ładnie. I poszłam. Przy jednym ze stolików siedział Andrzej. To była magia. Czułam, że w powietrzu unoszą się zapowiedzi tego, co ma się wydarzyć i zmienić moje życie. (…)

Czym panią ujął?

– Potwierdziło mi się to, co zaobserwowałam na planie „Hydrozagadki” – że jest męski. Czarujący. Obdarzony niesamowitą fantazją. (…) Powiedział, że pochodzi ze Wschodu, z Pińska, który dziś leży na terenie Białorusi. Odkryłam, że ma piękną, głęboką duszę, kocha przyrodę, zwierzęta. Śmiał się, że do szczęścia potrzebne mu bagna, błota, woda. Prawdziwy człowiek puszczy. Spodobała mi się jego energia, ciepło, niebanalne widzenie świata. W filmie robił wyjątkowe rzeczy. Byłam zachwycona. Reżyser, operator, scenarzysta w jednej osobie. Filmowiec totalny, który nie umiałby robić w życiu nic innego. (…)

Mówiono, że Iga i Andrzej to najbardziej odjazdowa para w kraju. Dwie silne osobowości. (…)

– Brzmi szałowo. Miło dla ucha. Mieliśmy wspólną pasję, robiliśmy razem filmy, prowadziliśmy życie może nie do końca zrozumiałe dla innych, ale z poczuciem spełnienia w środku. Nie potrzebowaliśmy żadnego dokumentu, żeby ze sobą być. Ślub wzięliśmy w końcu po dziesięciu latach, bo o ile dobrze pamiętam, potrzebny był do jakichś urzędowych spraw. Żyliśmy w swoim świecie i dla siebie. Zapraszaliśmy przyjaciół, znajomych, właściwie każdy mógł do nas wpaść bez zapowiedzi. Zdzisio Maklakiewicz, Romek Wilhelmi, Janek Himilsbach byli u nas zadomowieni. Organizowaliśmy przyjęcia, na przykład sylwestrowe, w fajnym gronie. Mieliśmy zwierzęta. Pasje. Dużo się działo. Czułam, że żyję. (…)!

Odnalazła pani swoje szczęście.

– Zrozumiałam, że zawsze szukałam kogoś takiego jak Andrzej. Czułam się przy nim sobą i nareszcie u siebie. Niczego i nikogo nie udawałam. Nie zakładałam masek. Mogłam rozmawiać z nim bez końca. Opowiedzieliśmy sobie wszystko, aż do bólu. (…)

Andrzej zawsze przy mnie był. Jego bliscy stali się moimi bliskimi. Podziwiałam Janusza, jego młodszego brata, również świetnego i znanego reżysera, w którego filmach później grałam. Zaprzyjaźniłam się z mamą Andrzeja, cudowną kobietą. (…) To od niej się dowiedziałam, że Andrzej ma za sobą trudną przeszłość, przeżycia z dzieciństwa, których nie powinno doświadczyć żadne dziecko. Wszystko wiem od niej.

Mówiąc o dramatycznych przeżyciach rodziny Kondratiuków, zapewne ma pani na myśli wywózkę na Syberię.

– Tak, to był dla nich najcięższy czas. Andrzej miał sześć lat, gdy enkawudziści wywieźli całą rodzinę wagonami bydlęcymi z Pińska na Syberię, potem do Kazachstanu. Ponad dwa lata żyli w lepiankach. Andrzej musiał patrzeć, jak jego rodzice pracują katorżniczo przy zwałce drewna, ojciec dodatkowo przy załadunku świń zabijanych i wywożonych na front. Jędrek mówił mi, że na początku nie rozumiał grozy sytuacji, był dzieckiem i myślał, że tak wygląda świat. Strach przyszedł później. Kiedy pojawił się głód, 40-stopniowy mróz, pogarda dla matki i ojca, dla niego samego, kiedy słyszał: Paliak durak, widział niemieckich jeńców, na torach trupy, wrzucanie ciał do dołów, po uprzednim wyrwaniu złotych zębów. Pamięta, jak ten, który je wyrywał, przyszedł raz do nich, śmierdział trupami, fetorem wywołującym nudności, trzymał w dłoniach słoiki pełne zębów i bardzo się nimi chwalił. Oświadczył się cioci Natalii, dorodnej dziewczynie z rodziny ojca. Natalia go nie przyjęła. Mały Andrzej bał się, że ten człowiek się zemści, że coś im złego zrobi.

Od tych koszmarnych obrazów i przeżyć pozostał mu strach na całe życie. O to, że za chwilę coś się wydarzy – na przykład, że wyjdę z domu i przejedzie mnie samochód… Kiedy Kondratiukowie z Andrzejem i maleńkim Januszkiem, który przyszedł na świat w Kazachstanie, wrócili do Pińska, miasto należało już do Związku Radzieckiego. Andrzej miał wtedy dziewięć lat. Powinien pójść do szkoły. Nie poszedł. Jego dzielna mama zrobiła wszystko, by Jędrka nie zrusyfikowano. Uczyła go w domu. A potem wyjechali do Łodzi. Udało im się cudem. Tam zamieszkali i powoli zaczęli się odnajdywać w nowym życiu.

Łódź, miasto filmowców. Idealne dla przyszłego reżysera.

– O, tak. Andrzej studiował reżyserię w łódzkiej Filmówce. Ale powtarza, że przeznaczenie przyszło do niego dużo wcześniej, na Syberii, na wygnaniu. Proszę sobie wyobrazić, że jego wspaniały ojciec, a mój teść Arkadiusz, w tej strasznej, nędznej, przepełnionej śmiercią i strachem rzeczywistości, jakimś cudem zdobył dla synka rzutnik na karbidową lampkę i przezrocza malowane na szkle przez prawdziwych artystów. Jędrek ma te cudeńka do dziś, przywiózł je stamtąd, przechowuje jak relikwie. Tata, który je wyczarował, wymyślił dla syna też ekran – oszronioną ścianę ich lepianki. Mały Jędruś wpatrywał się w te obrazy urzeczony.

A w dorosłym życiu realizował zachwycające, głębokie, ważne filmy. Mistyczne, z przyrodą w roli głównej, dotykające spraw ostatecznych, odwiecznych prawd, poszukujące sensu, odpowiedzi. O szczęściu, miłości, przemijaniu.

– On w filmach opowiadał o swoim życiu, zmagał się z tamtymi wspomnieniami, są w nich jego myśli, przeżycia, emocje. A przyroda? Przecież ten człowiek cały jest przyrodą. On nawet na zesłaniu w Kazachstanie, mimo strasznych warunków, chłonął piękno stepów. To wschodnia dusza, natura, krew. Ciągnie do kawałka ziemi, rzeki, drzew, przestrzeni. Andrzej w warszawskich mieszkaniach po prostu się dusił. Musiał mieć wolność do życia, tworzenia. A wolność w jego pojmowaniu świata to natura. Kocham to w nim. I jestem wdzięczna losowi, że wiele filmów zrobiliśmy razem, że byłam jego aktorką.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 18/2016

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 13 lutego, 2019, 16:22

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy