Laguny są tam, gdzie jesteśmy my

Laguny są tam, gdzie jesteśmy my

Z umiłowania wolności wziął się pomysł na Gzowo, wieś pod Pułtuskiem, miejsce z dala od Warszawy, wśród łąk, pól, lasu.

– Tak. Najpierw szukaliśmy kawałka ziemi. O kupnie zdecydował Andrzej, z wdziękiem i szaleństwem, które może czasem irytować, ale i to w nim kocham. Pewnego dnia wyruszyliśmy łodzią po Narwi łowić ryby, płynęliśmy i podziwialiśmy krajobrazy. Gdy Andrzej zobaczył uroczysko Gzowo, oszalał. Powiedział, że jak złowi złotą rybkę, natychmiast rozejrzymy się za kawałkiem ziemi właśnie tam. Los chciał, że złowił złotego okonia, wypuścił go do rzeki i ze mną u boku ruszył na poszukiwania naszej Arkadii. Trafiliśmy na panią Jakubowską, miała do sprzedania mokradła, teren ze stawem, żabowiskiem, częścią starego młyna, skarpą. Kupiliśmy je. Andrzej był w siódmym niebie. Ja również. Gzowo nas oczarowało. Spodobał mi się jego pomysł na to miejsce. Kocham przyrodę od dzieciństwa, tej miłości nauczył mnie ojciec. Zawsze byłam za pan brat z lasem, zwierzętami…

Na kupionej przez nas ziemi wkrótce stanął namiot, góry piachu i wszystko, co potrzebne do osuszenia terenu. Wiedliśmy więc życie namiotowe, pozbawione wszelkich wygód. Zakasaliśmy rękawy i sami zbudowaliśmy drewnianą chatę, odciski na dłoniach długo się goiły. Chatka stanęła nad samą wodą, nazywaliśmy ją Dziuplą albo Rybaczówką. W budowie pomagał nam Janusz, brat Andrzeja, oraz kilku przyjaciół. Janek Himilsbach doradził, by chata stanęła na palach, trzech konarach z przodu i trzech z tyłu, ustawionych w stawie. Śmiałam się, że Dziupla stoi na najmniejszej na świecie wyspie: z jednej strony rzeczka, z drugiej staw. (…) Chatkę zmieniliśmy z czasem na murowany dom z kuchnią i łazienką, ale nigdy nie stał się on nowobogacką willą. Nigdy też w nim nie zamieszkaliśmy na dobre, bo zmieniły się okoliczności. Andrzej poważnie się rozchorował. (…)

Co dawało pani Gzowo? Z czasem centrum pani życia powoli zaczęło przenosić się z Warszawy właśnie tam.

– Postrzegam to jako naturalną kolej rzeczy. Andrzej pokazał mi, że ludziom potrzebny jest spokój, cisza, tylko uwikłani w szum, chaos nie zdają sobie z tego sprawy. I to jest prawda. Przyroda wyznacza inny rytm, inne poczucie czasu. Człowiek zagląda nagle w głąb siebie, do środka, i widzi, kim jest. Piękne. (…) Wcześniej nie wyobrażałam sobie, że obcowanie z przyrodą stanie się mi niezbędne w życiu pełnym stresów. Gzowo było odtrutką na głośną, rozpędzoną Warszawę. Andrzej pokazał mi też, że można połączyć pasję, pracę, film, aktorstwo z przyrodą, naturą, jakoś to razem pogodzić. Zachwyciłam się tym. Czułam, że mimo swojej dynamiczności, potrzeby miejskiej adrenaliny, potrzebuję spokoju, wyciszenia.

Przyszedł czas, kiedy zrezygnowałam z teatru, do Warszawy jeździłam coraz rzadziej i skoncentrowałam się na pracy przy naszych wspólnych filmach. (…)

Nie korciło pani, by zostać w Warszawie i już więcej nie wracać na wieś?

– Korciło. Jak chyba każdą kobietę na moim miejscu. (…) W Warszawie miałam zapewniony komfort, nasze przestronne mieszkanie w kamienicy na Ochocie, a w Gzowie prymitywną chatkę. Czarne myśli kłębiły się zwłaszcza podczas srogiej zimy, a w latach 70. i 80. były tylko srogie, samochód zakopywał się w zaspach śniegu i nie dało się wyjechać bez pomocy traktora czy dywanów podkładanych pod koła, albo gdy trzeba było narąbać drewna, żeby napalić, przynieść wodę ze studni, a ja akurat pragnęłam wanny, normalnych mebli, tego wszystkiego, co czekało na mnie w warszawskim mieszkaniu. Czułam bezsilność, wściekłość, żal. Po takich myślach, najczęściej przychodzących wieczorem, następnego dnia przychodziły kolejne: przecież to też jest mój świat i mój wybór. A prymitywne warunki wcale nie są złe, pomagają lepiej zrozumieć życie. Żadnych zdobyczy cywilizacji, snobizmu, agresji. Wszystko proste, naturalne, oczywiste. Każdy człowiek szuka swojego świata, lecz nie zawsze znajduje. Ja mam gdzie się wyciszyć, zatrzymać, złapać oddech. I to właśnie jest szczęście.

W filmie „Wrzeciono czasu” jest taka scena, w której Marynia pyta Andrzeja: „Nie marzą ci się morza południowe, laguny, rafy koralowe?”. Andrzej na to odpowiada: „Nie tam są laguny, gdzie są laguny, ale tam są laguny, gdzie jesteśmy my”.

– No właśnie, to odpowiedź na wszystkie moje dylematy. Dla Andrzeja Gzowo było centrum świata. Nie opuścił go nawet dla Kairu, gdy dostaliśmy zaproszenie na festiwal filmowy, właśnie z „Wrzecionem czasu”. Powiedział, że Gzowa nie zostawi, jest ważniejsze niż festiwale. Ja kochałam naszą Dziuplę, ale nigdy nie zrezygnowałam tak całkowicie z miasta, nie sprzedałam naszego warszawskiego mieszkania, aby żyć wyłącznie na wsi. W Gzowie ładowałam akumulatory i pracowałam z Andrzejem. Warszawa stała się w tamtym czasie już tylko moim światem. (…)

Artystycznym osobowościom trudniej odnaleźć się w szarej codzienności. Nie jest łatwo być żoną artysty, zwłaszcza artystce. Ktoś jednak musiał nad wszystkim czuwać i grać pierwsze skrzypce.
– Oboje byliśmy szczęśliwi, gdy mogliśmy zająć się wyłącznie tworzeniem. Ale na dłuższą metę tak się nie da. Andrzej, świetny organizator planu filmowego, w realnym życiu gubił się w papierach, terminach, datach spotkań. Zdecydowałam, że to ja będę z obłoków schodzić na ziemię i załatwiać przyziemne sprawy, bo miałam zmysł organizatorski i doświadczenie z poprzedniego małżeństwa. (…)

Strony: 1 2 3

Wydanie: 18/2016

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 13 lutego, 2019, 16:22

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy