Fascynacja złym kinem

Fascynacja złym kinem

Polska idzie w świat z zestawem Złotych Malin i filmem, który pokazuje wszystko to, od czego Zachód właśnie odchodzi

Joanna Malicka – filmoznawczyni, producentka filmowa, członkini kapituły Węży przyznawanych najgorszym polskim filmom

Jaka jest różnica między złym a dobrym filmem?
– Nie ma niczego bardziej płynnego niż gust oraz kategorie estetyczne, decydujące o tym, czy coś jest złym, czy dobrym filmem. W historii kina było wiele filmów, które zyskiwały niesamowitą popularność, podobały się i były uznawane za arcydzieła, a potem kompletnie nie przetrwały próby czasu. Z kolei ówczesne katastrofy zyskiwały na popularności. Filmem, który nie podobał się absolutnie nikomu (a najbardziej producentom, którzy go przemontowali) i zebrał masę złych recenzji, był „Łowca androidów” Ridleya Scotta, dziś jedno z arcydzieł światowego kina, nominowany ostatecznie do Oscara. Podobny los spotkał „Obywatela Kane’a” Orsona Wellesa. Kolejnym przykładem są filmy z lat 70. i 80., w perspektywie lat 90. postrzegane jako kompletne gnioty, które nagle dzięki twórczości postmodernistów czy Quentina Tarantino zostały wyniesione do bardzo wysokiej pozycji. To jednak nie jest przypadek „365 dni”, o których mamy rozmawiać.

365 dni” to pierwszy polski film, który został nominowany do Złotych Malin, w aż sześciu kategoriach, a dotykająca go krytyka wykracza poza kategorie estetyczne. Jednocześnie nie można mu odmówić ogromnej popularności. Został najchętniej oglądanym filmem na Netfliksie w 2020 r.
– Dla mnie „365 dni” to rodzaj soft porno zmieszanego z bollywoodzkim sposobem prowadzenia narracji, w której musi być głośno, dosadnie i bez żadnych niedopowiedzeń. Sama fabuła – dziewczyna zostaje porwana przez mężczyznę, który daje jej 365 dni na zakochanie się w nim – jest również bardzo miałka i prymitywna. Wszedł on jednak na ekrany w szczególnym momencie pandemii, szybko po premierze trafił do internetu i został obejrzany tak, jak się ogląda materiały w sieci – powierzchownie i, użyjmy takiego sformułowania, dla beki. Także za sprawą challengu, który pojawił się na TikToku. Widzowie z całego świata rzucali sobie wyzwanie, żeby nagrać swoją reakcję na scenę seksu głównych bohaterów na jachcie, która rozpoczyna się w bardzo przemocowy sposób. W moim ulubionym nagraniu z tego cyklu kobieta zasłania oczy swojemu psu. To również sprawiło, że filmowi skoczyła popularność. Szczególnie że Netflix uznaje za obejrzany materiał, który widz oglądał powyżej trzech minut. Wśród oglądających „365 dni”, którzy zostali ujęci w statystykach, są więc głównie ludzie z TikToka i każdy, kto po prostu chciał przez chwilę sprawdzić, o czym jest tak głośno.

Wyobrażam sobie, że decyzja producenta – róbmy „365 dni” Blanki Lipińskiej – z powodów rynkowych nie była głupia. To popularna autorka, popularna książka, która ma swoją grupę odbiorców. Zastanawiam się, czy reżyserzy, dysponując taką fabułą, mogli z niej wyciągnąć coś więcej, czy był to projekt od razu skazany na bycie złym.
– Na pewno historia jest tu ogromnym problemem – film jest nudny, losy bohaterów nas nie interesują, jedyne, na czym on stoi, to kilka scen rodem z filmów porno. Najgorszy jest jednak jego przemocowy charakter. Mężczyzna porywa kobietę, więzi ją wbrew jej woli, a na końcu tej relacji pojawia się wielka miłość i spełnienie. W dzisiejszych czasach po #MeToo, po wszystkich zmianach, które przeszły przez Hollywood, ta fabuła jest po pierwsze niestosowna, a po drugie archaiczna.

Jednocześnie uważam, że reżyserka Barbara Białowąs (drugim reżyserem filmu był Tomasz Mandes) nie jest osobą pozbawioną gustu i pomysłu na kino. Stworzyła pewien zamówiony u niej produkt. Trzeba jednak zauważyć, że produkt produktowi nierówny. „365 dni” często porównuje się z „50 twarzami Greya”. Ten drugi film można jednak uznać za sukces. Miał dobry scenariusz, fabułę, nad którą można dyskutować, całkiem niezłe aktorstwo. Możemy go nie lubić, ale w kategorii swojego gatunku był to dobry produkt.

W recenzjach zaznacza się również, że w „Greyu” nikt nikogo do niczego nie zmuszał.
– Tak, to ważne. Metaforycznie fabułę można tam opisać jako dojrzewanie do własnej seksualności, zwiedzanie brudnych rejonów własnej duszy. Powstała nawet taka komedia „Pozycja obowiązkowa”, w której cztery starsze panie czytają „50 twarzy Greya” i dzięki tej lekturze zmieniają swoje życie seksualno-uczuciowe. A nie chcę wiedzieć, co by się z nimi stało, gdyby zobaczyły film Barbary Białowąs.

Dodasz coś jeszcze do listy grzechów tej produkcji?
– Realizacja jest tam bardzo kiepska, kamera cały czas ruchoma, muzyka to przypadkowy zlepek listy przebojów, aktorstwo fatalne. Jedyne, co się tam broni, to rozbuchana scenografia. Film jest posklejany ze schematów, kalek i stereotypów. Bardziej podniecające są serwisy pornograficzne, na których możemy oglądać wszystko, co chcemy. Są ludzie, którzy uważają, że to dobrze, że o tym filmie jest głośno, bo nieważne, co mówią, ważne, że mówią. Dla mnie to nie jest jednak oczywiste. Smutno mi, że Polska idzie w świat z zestawem Złotych Malin i filmem, który pokazuje wszystko to, od czego Zachód właśnie odchodzi.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 18/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Anna Jochymek


Joanna Malicka – wykładowczyni w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego w Katowicach, Szkole Wajdy w Warszawie oraz w Gdyńskiej Szkole Filmowej. Od 2005 r. współpracuje z festiwalem Nowe Horyzonty. W radiu TOK FM współprowadzi audycję „Po sezonie”, poświęconą serialom.


 

Wydanie: 18/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy