Role, które dają w kość – rozmowa z Kingą Preis

Role, które dają w kość – rozmowa z Kingą Preis

Jestem uważana za aktorkę dramatyczną, która gra „krew, pot i łzy”, tarzając się w błocie

Kinga Preis – aktorka teatralna i filmowa, w 1996 r. ukończyła wrocławską PWST. Gra w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Uzyskała wiele nagród. W 2001 r. czytelnicy miesięcznika „Film” przyznali jej Złotą Kaczkę dla najlepszej aktorki. Za role w „Poniedziałku” i „Ciszy” otrzymała nagrody na festiwalu w Gdyni. W 2006 r. została laureatką Nagrody im. Zbyszka Cybulskiego, przeznaczonej dla „młodych aktorów wyróżniających się wybitną indywidualnością”. W 2008 r. nagrodzona za rolę Wandy Boniszewskiej w spektaklu „Stygmatyczka” Sceny Faktu Teatru Telewizji. Zagrała w ok. 40 filmach, m.in. w „Czterech nocach z Anną” (2008), „Domu złym” (2009), „Joannie” (2010), „Róży” (2011) i „W ciemności” (2011).

Rozmawia Katarzyna Szeloch

Ostatnio można było panią zobaczyć w dwóch znakomitych filmach: „W ciemności” Agnieszki Holland i w „Róży” Wojciecha Smarzowskiego. Starannie selekcjonuje pani propozycje?
– Za każdym razem dokładnie czytam scenariusz, staram się poznać historię, ale byłoby nieprawdą, gdybym powiedziała, że mam mnóstwo propozycji i przebieram w nich jak w ulęgałkach! Myślę, że to dotyczy nie tylko mnie, ale po prostu kobiet aktorek, które mają ogromny problem z tym, żeby istnieć w kinie. Nie mówię o propozycjach ról teatralnych, na ich brak nie narzekam. Niestety, jeśli chodzi o ciekawe propozycje filmowe, to zdarzają się one niezwykle rzadko.
Jak pani wspomina pracę z Agnieszką Holland?
– Zanim zagrałam u Agnieszki Holland, znałam jej fabuły i spektakle Teatru Telewizji. Zawsze jawiła mi się jako szalenie inteligentna kobieta, która wie, co mówi; odczuwałam lęk przed spotkaniem z osobą obdarzoną tak wielką charyzmą. Tymczasem po pierwszych sekundach okazało się, że mam do czynienia z serdecznym, ciepłym człowiekiem, otwartym i twórczym.
A jak współpracowało się pani z Wojtkiem Smarzowskim?
– Wojtek to zupełnie inny typ. Wydaje się wycofany, introwertyczny. Znam niewiele osób obdarzonych takim rodzajem empatii jak on. Jest wrażliwy na to, co czuje i niesie ze sobą aktor. Nie widać go na planie, nie zajmuje – jak niektórzy reżyserzy – centralnego miejsca, nie jest władczy, ale i tak wszyscy go słuchają i chcą być jak najbliżej. Dzięki niemu cała ekipa ma poczucie współtworzenia. U Wojtka każdy kreuje jakiś fragment, jest to bardzo ważne i powoduje, że ludzie dają z siebie dużo więcej.
Jednak w „Róży” zagrała pani małą rolę. Widzowie czuli niedosyt…
– Ostatnio mam szczęście w nieszczęściu, bo zdarzają mi się role bardzo dla mnie ważne, ale nie takie, w których mogłabym się wyszaleć, „wygrać” porządnie.
Jak to się dzieje, że tak genialnie wychodzą pani role prostych kobiet, szczególnie kobiet z Kresów, wystarczy przypomnieć Maryśkę w „Bożej podszewce”, Amelkę w „Róży” czy Wandę Boniszewską w „Stygmatyczce”.
– Wywodzę się z domu „wschodniaków”, moja babcia pochodzi ze Lwowa, śmiejemy się zresztą, że we Wrocławiu wszyscy są gdzieś ze Wschodu. Z rodzinnego domu wyniosłam ciepło, otwartość i poczucie wspólnoty, którą mają ludzie z tamtych stron.

W ŚWIECIE SERIALI

W jednym z wywiadów powiedziała pani: „Nigdy nie pociągały mnie studia historyczne nad postacią”. Jak przygotowuje się pani do ról?
– Najpierw czytam scenariusz, rejestruję w myślach, gdzie i kiedy to się dzieje, ale tło historyczne nie warunkuje ostatecznie tego, jak zachowują się moi bohaterowie. Oczywiście ja w roku 2012 nie muszę dokonywać wyborów, jakich dokonywały Wanda Boniszewska czy w czasie wojny Wanda Socha z „W ciemności” albo Amelka z „Róży”. Jest mi dużo łatwiej, niż było moim bohaterkom. Aktorstwo to praca wyobraźni. Inspirują mnie książki, podobnie jak inspiruje mnie muzyka, bo gdy jej słucham, wyświetla mi się w głowie cały film, ale tak naprawdę najwięcej czerpię od partnera.
Wróćmy do roli Wandy Sochy i pani filmowego partnera Roberta Więckiewicza.
– U nas mówi się „aktor drugiego planu”, a na Zachodzie bardzo słusznie support, czyli aktor wspierający, i właśnie na tym polega rola drugoplanowa – ma wspierać głównego bohatera. Jej istotą jest skromność. Kiedy się z kimś gra, trzeba zapomnieć o sobie i chcieć być pomocą i natchnieniem dla drugiego człowieka. W każdej roli dostaję coś takiego od moich filmowych partnerów, tak było w przypadku Roberta Więckiewicza. Trzeba mieć świadomość, że ile damy, tyle otrzymamy.

Z DOMU SILNYCH KOBIET

Jakie jeszcze cechy, które dają pani siłę i pomagają w aktorstwie, wyniosła pani z domu?
– Myślę, że poczucie wolności i niezależności, które są bardzo ważne w aktorstwie. Jesteśmy zależni od tak wielu elementów. Niepodporządkowanie się opiniom, chęciom, potrzebom i marzeniom różnych ludzi jest więc bardzo istotne.
Mówi pani o niezależności kobiet – po drodze pani z feministkami?
– Jestem daleka od tego, żeby wypowiadać się w czyimś imieniu, nieważne, czy jest to kobieta czy mężczyzna. Jeśli komuś dzieje się źle, trzeba o tym mówić niezależnie od tego, kogo to spotyka. Jeżeli kobietom jest źle, trzeba walczyć o to, żeby było im lepiej, i tyle.
Czego jeszcze pani nie lubi?
– Nienawidzę wtrącania się i komentowania życia innych. Nie obchodzi mnie, co robią ani jak się ubierają, czy występują w „Tańcu z gwiazdami”! To ich sprawa! I nie chciałabym, żeby mnie z tego samego rozliczać. Każdy działa i żyje na własny rachunek. Niestety, sama jestem czasem obiektem takiego „zainteresowania”. Przeszkadza mi to, bo jestem wszędzie bez mojej chęci i wiedzy.
Kiedyś powiedziała pani, że nie wybiera drogi na skróty, jaką są seriale, a jednak zdecydowała się pani zagrać Natalię Borowik, gospodynię księdza w „Ojcu Mateuszu”, i ostatnio w serialu „Ja to mam szczęście”. Dlaczego?
– To zdanie jest wyciągnięte z kontekstu, bo przecież jeszcze przed skończeniem szkoły teatralnej zagrałam w serialu! Zadebiutowałam w „Pokoju 107” u boku Jacka Braciaka i od tego momentu gram w serialach. Oczywiście nie chciałabym grać w serialu, w którym problem z odcinka 110. rozwiązuje się w odcinku 1000. Dla aktora nie jest to nic przyjemnego, choć to oczywiście forma uprawiania zawodu. Nie ma powodu do wstydu, pod warunkiem że gra się dobrze w serialu. Mówiąc szczerze, byłoby mi bardzo trudno w życiu, gdybym grała tylko w teatrze i tylko w ambitnych filmach. Nie mogę powiedzieć, że serial uratował mi życie, ale to właśnie on pozwala mi przeczekać od filmu do filmu. Ostatnio gram w serialu „Ja to mam szczęście”, znalazłam w nim coś dla siebie. Dla mnie jest on czysto aktorskim sprawdzianem, bo opiera się na grze kilku aktorów w jednej przestrzeni – nie ma gdzie uciec ani gdzie się schować. Decydując się na rolę w serialu, staram się dokonywać selekcji, wybierać takie, którą są dla mnie pewnym wyzwaniem.
Co daje pani największą satysfakcję w „Ojcu Mateuszu”?
– Tworzymy ten serial od czterech lat, to naprawdę długo. Kiedy się pracuje w zamkniętym gronie tak intensywnie, zaczynamy dostrzegać wady i można się znielubić. Tymczasem w „Ojcu Mateuszu” jest zupełnie inaczej. Znalazłam na planie ludzi, których serdecznie lubię. Poza tym grana przeze mnie Natalia jest tak napisana, że mam wielką frajdę ze śmiania się z mojej bohaterki, tym bardziej że jestem uważana za aktorkę stricte dramatyczną, która gra „krew, pot i łzy”, tarzając się w błocie! Naprawdę lubię Natalię!

KOSZTOWNE ROLE

Nigdy nie bała się pani ról, które wymagały oszpecenia i obrzydzenia. Która z nich była dla pani najtrudniejsza?
– Rola w „Stygmatyczce” była dla mnie ogromnym przeżyciem emocjonalnym, także dlatego, że mam w sobie sprzeciw i bunt wobec cierpienia. Gram tam zakonnicę, która zdecydowała się na podjęcie niesamowitego cierpienia, poniżenia, z którego dla nas nic nie wynika, a dla niej była to najwyższa potrzeba. Trudno jest wejść w tak uduchowioną postać, nie akceptując tego, jak ona postępuje! Dlatego musiałam w sobie przejść drogę pogodzenia się z tym, co przeżywa moja bohaterka. Kiedy byłam na premierze „Stygmatyczki” z mamą, zrozumiałam, że zafundowałam jej najgorszy wieczór w życiu, ponieważ nie była w stanie oddzielić cierpienia mojej bohaterki od mojego. Inną rolą emocjonalnie „kosztowną” był na pewno „Dom zły” i kilka nocy w błocie, zimnie, z emocjami na wierzchu, bólem fizycznym, który przekładał się na psychikę. Z kolei w „Bożej podszewce” moja bohaterka przeżywa dojmujące poczucie samotności, wędrówki przez świat w pustce, odrzuceniu i upokorzeniu. Tymi rolami dostałam naprawdę w kość, ale są dla mnie ogromną wartością, bo zbudowały mnie nie tylko jako aktora, ale też jako człowieka.
W każdą rolę wchodzi pani emocjonalnie. Jak po zakończeniu zdjęć dochodzi pani do siebie i odreagowuje napięcie?
– Różnie bywa, bo kiedy schodzę z planu „Ojca Mateusza”, nie muszę niczego odreagowywać. Ale za każdym razem wszystko zależy od ludzi, z którymi jestem na planie. Myślę, że zawód reżysera jest także w pewnym sensie zawodem psychologa, doskonałymi terapeutami są Agnieszka Holland i Wojtek Smarzowski. I jeśli ktoś jest dobrym psychologiem, to nawet gdy zabiera nas w trudną i męczącą podróż, potrafi nas potem z naszych przeżyć umiejętnie wydobyć i pomaga „wrócić do siebie”. Dla mnie ogromnym wsparciem jest rodzina: mama, mąż i syn. Wiem, że na mnie czekają, są w stosunku do mnie delikatni, dają mi czas. Bywa, że po filmie czuję się jak po maratonie: dopóki biegnę, czuję adrenalinę, potem wypluta z sił padam na ziemię i ledwo dyszę. Żeby odreagować, idę na spacer.
Spaceruje pani sama?
– Różnie, czasami z psem, czasami z mężem. Ale ważne jest, że idę, idę przed siebie. Mąż mówi, że nie lubi ze mną wtedy chodzić na spacery, bo ja tak naprawdę idę sama, na oślep.
Jako jedna z nielicznych polskich aktorek odżegnuje się pani od bycia celebrytką, od udziału w reklamach, sitcomach i programach o milionowej oglądalności.
– Wiele razy mnie o to pytano, a ja myślę, że udział w „Tańcu z gwiazdami” czy w „Jak oni śpiewają” nie jest miarą ani sukcesu, ani porażki. Absolutnie o niczym nie świadczy, a już na pewno nie o wartości aktora. Ja nie tańczę! Po prostu! I umarłabym ze wstydu, gdybym musiała przed kimś zatańczyć. Niemniej nie uważam, żeby udział w takich programach czy reklamach był upokorzeniem zawodowym. Lubiłam patrzeć, jak tańczyła Agata Kulesza, ponieważ jej aktorstwo i emocje przekładały się na to, jak tańczy. Granie w reklamie jest takim samym zadaniem aktorskim jak rola Natalii w serialu. Nie wiem, dlaczego niektórzy czują dyskomfort z powodu udziału innych w takich przedsięwzięciach, a może to po prostu zawiść? Hańbą jest jedynie to, że ktoś tańczy źle, ale pcha się do programów tanecznych, albo źle gra.

Wydanie: 22/2012

Kategorie: Kultura

Komentarze

  1. ann13
    ann13 6 września, 2013, 17:50

    Moja ulubiona ,wspaniała,cudowna Aktorka,dobrze zagrała swoją rolę w spektaklu „Pielgrzymka” i wielu innych.Pozdrawiam Panią Kingę i życzę dużo zdrowia do grania dalszych ról.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy