Horror nad Wisłą

Horror nad Wisłą

Takie filmy mają coś do powiedzenia. Mówią o nietolerancji, rasizmie, ekologii, konsumpcjonizmie, lęku przed rzeczywistością polityczno-społeczną

Bartosz M. Kowalski – reżyser i scenarzysta

„W lesie dziś nie zaśnie nikt” to pierwszy w historii polskiego kina slasher, a więc krwawy, brutalny, przy tym nakręcony z przymrużeniem oka horror, w którym na grupę przebywających na odludziu nastolatków czyha śmiertelne niebezpieczeństwo. Takie filmy od dawna cię kręcą?
– Od najmłodszych lat, właściwie odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do wszystkiego, co potworne, ciemne i mroczne. Podobały mi się najbrzydsze i najbardziej kuriozalne zabawki, więc to wszystko zaprowadziło mnie w końcu do wypożyczalni kaset VHS na osiedlu. Pamiętam, że w rogu była półka z samymi horrorami, wybór był o tyle naturalny, że te okładki zawsze wydawały mi się po prostu najciekawsze. Chyba takim pierwszym filmem, który wypożyczyłem jako szczyl po kryjomu, był „Maniakalny gliniarz” o zamordowanym funkcjonariuszu nowojorskiej policji, który powraca z zaświatów i domaga się krwawej zemsty. Umówmy się, nie jest to wybitny tytuł, ale swego czasu zrobił na mnie ogromne wrażenie.

I rodzice nie protestowali?
– O dziwo, nie musiałem długo się z tym kryć, a moi rodzice bardzo szybko zaakceptowali tę fascynację horrorem. Co więcej, po jakimś czasie zaczęliśmy oglądać te filmy wspólnie. Mama jakoś szczególnie za nimi nie przepadała, ale taki weekendowy rytuał wypożyczania tytułów mniej lub bardziej pokręconych w naszym domu funkcjonował. Na potwierdzenie tych słów mogę powiedzieć, że jako 13-latek dostałem w prezencie od ojca model laleczki Chucky. Zresztą mam ją do dziś. Stoi na parapecie obok Obcego, Predatora, maski Jasona, rękawicy Freddy’ego…

Chyba całe życie chciałeś zrobić horror.
– Dokładnie tak. Tym bardziej że od najmłodszych lat bolało mnie to, że w Polsce takich filmów nie ma i nigdy nie było. Albo inaczej – może i były, ale dziś policzy się je na palcach jednej ręki. Z odważnymi pomysłami pojawił się Marek Piestrak, Jacek Koprowicz. Taka „Wilczyca” po latach może się podobać lub nie, ale trzeba reżyserowi oddać, że czuł klimat i konwencję. I to tyle. Chciałbym jeszcze móc coś powiedzieć o genialnych „Nieustraszonych pogromcach wampirów” Romana Polańskiego z 1967 r., ale przecież to nie jest polski film. Dlatego zawsze z zazdrością patrzyłem na rynek za oceanem, gdzie tego typu filmy nie dość, że mogą się pochwalić stuletnią tradycją, to jeszcze przez lata ewoluowały pod wpływem panujących na świecie nastrojów politycznych i społecznych. To temat rzeka, któremu poświęciłem zresztą pracę magisterską na reżyserii.

Jaki miałeś temat?
– Wpływ sytuacji politycznych i społecznych na amerykańskie kino grozy XX w. Można o tym mówić godzinami – począwszy od „Nosferatu” Murnaua, przez Universal Monster Movies wyrastające jak grzyby po deszczu po II wojnie światowej, falę horrorów science fiction z lat 60., które metaforyzowały zimną wojnę, aż po erę remake’ów, którą zapoczątkowały zamachy z 11 września. Ten gatunek to ogromny kawał historii kina, który niestety na naszym gruncie nie istnieje. A oprócz tego, że nie istnieje, to człowiek, który z wielkim uśmiechem na ustach powołuje się na takie tytuły jak „Inwazja porywaczy ciał”, „Fright night” czy „Martwe zło 2”, naraża się na ostracyzm.

To znaczy?
– Szczerze, zawsze miałem obawy, że ta moja zajawka na horrory będzie kulą u nogi. Podskórnie czułem, że jeśli wystartuję do łódzkiej Filmówki i na egzaminach wstępnych powiem, że moim ukochanym filmem jest wspomniane „Martwe zło 2” – jeden z najbardziej powalonych horrorów w historii kina, który łamie wszelkie konwencje – to mnie stamtąd wyrzucą. Ostatecznie trafiłem na studia w Paryżu, gdzie też nie było mi łatwo z tym tematem. Pamiętam moje pierwsze ćwiczenie filmowe. Napisałem krótki scenariusz o facecie w poczekalni u lekarza, kaszlącym tak długo, aż mu głowa eksploduje. To była reklama syropu na kaszel. Naprawdę uważałem, że była to zabawna i przewrotna historyjka. Wykładowcy oczywiście mi tego nie zaliczyli.

Musieli być albo pozbawieni poczucia humoru, albo wyjątkowo delikatni. Już pomijam fakt, że zaproponowałeś rodzaj filmowego żartu, ale przecież uniwersalnym językiem współczesnego kina jest właśnie przemoc. Na każdym kroku mamy do czynienia ze śmiercią pokazywaną z najdrastyczniejszymi detalami, niektórzy twórcy – jak Tarantino – doprowadzili do granic zdrowego rozsądku porządek zbudowany na okrucieństwie.
– Wielokrotnie nagradzany i uznany za mistrza współczesnego kina Michael Haneke też posługuje się językiem potworności, agresji i terroru. Mój pierwszy film, czyli „Plac zabaw”, opierał się zresztą na podobnych mechanizmach, a całość była krzykiem przeciwko przemocy i kinem bardzo zaangażowanym społecznie. W obrębie horroru działa to oczywiście nieco inaczej, poza tym przedstawiciele tego gatunku prezentują różne, niekiedy całkowicie sprzeczne warianty przemocy. Nie ukrywam, że sam mam ogromny problem z filmami pokroju „Piły” (mówię tu o sequelach, nie o pierwszej części), gdzie przez dwie godziny obcujemy na ekranie z nieustanną torturą, która jest wyłącznie wypruwaniem flaków przedstawionym w sposób śmiertelnie poważny. Tego typu pornografia zbrodni nigdy mnie w kinie nie fascynowała. Natomiast czym innym jest przemoc w kręconych z przymrużeniem oka slasherach, gdzie cały świat zostaje wzięty w nawias konwencji. Gdzie mamy do czynienia z czystą fantastyką wypełnioną monstrami z zaświatów, mutantami z kosmosu, klaunami demonami i typami w rękawicach z nożami zamiast palców, którzy w naszym świecie nie mają przecież racji bytu. To po prostu rodzaj fikcji i rozrywki, przy których mamy dobrze się bawić.

U ciebie mordercą nie jest jednak ktoś typu Freddy’ego Kruegera z „Koszmaru z Ulicy Wiązów” Wesa Cravena czy Pennywise’a z powieści „To” Stephena Kinga, za wszystkim stoją natomiast bliźniacy mutanci zbliżeni raczej do leśnych trolli. Skąd wziął się ten pomysł?
– Trzeba w ogóle zaznaczyć, że takie kino ma to do siebie, że jest niskobudżetowe i pozbawione splendoru wielkoformatowego widowiska. Kiedy więc zaczęliśmy pisać scenariusz, wszystkie nasze pomysły były równocześnie przesiewane przez to, na co tak naprawdę mogliśmy sobie pozwolić. W ramach dostępnego budżetu i logistyki musieliśmy postawić na coś humanoidalnego, żadne wymyślne kreatury nie wchodziły w grę. Chcieliśmy też, żeby dla odmiany zabijało dwóch. Ostatecznie stanęło na ogromnych bliźniakach, których napędza czyste zło. Na pewno były w tym wszystkim podskórne inspiracje – jak byłem mały, to na moim osiedlu grasował duet gnojków, którzy trzęśli całym podwórkiem. Jakoś tak to się wszystko do kupy złożyło.

Ale do tego tanga trzeba oczywiście dwojga – mamy oprawców, potrzebne są i ofiary. W filmie pod topór idzie grupa nastolatków przebywająca w środku lasu. A dokładnie – uczestnicy obozu offline, którzy nie mogą korzystać z tabletów ani smartfonów.
– Takie wędrowne obozy offline istnieją naprawdę i są organizowane w każde wakacje. Dzieciaki wysyła się do lasu na tydzień i zabiera im telefony. To od razu stworzyło podstawę do wplecenia w całą historię mikrokomentarza społecznego na temat wszechobecnej technologii. Ale to jest, rzecz jasna, punkt wyjścia filmu, broń Boże żaden moralitet. Poza tym potrzebowaliśmy sposobu na całkowite odcięcie naszych bohaterów od świata. Fabularną siłę napędową każdego slashera stanowi przecież sytuacja, w której grupa młodych ludzi jest zdana tylko na siebie w obliczu niebezpieczeństwa, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. A umówmy się, że dziś trudno o takie warunki. Zasięg jest wszędzie. Wystarczy kliknąć w mapy na telefonie, które pokazują twoją lokalizację, albo zadzwonić z FaceTime’a, żeby połączyć się z całym światem.

A ciebie te wszechobecne zdobycze technologii przerażają?
– Generalnie nie mam z tym problemu, w końcu ze swoim telefonem praktycznie się nie rozstaję, jestem również fanem gier wideo. Zdarza mi się czasem przesiedzieć cały wolny dzień przed komputerem, grając w Warcrafta. Dla mnie to odskocznia i hobby, które pozwala odbić się od wszystkiego. Tak naprawdę chyba jedyne, czego nie rozumiem i co mnie trochę przeraża, to wszechobecne selfie, relacje na Instastories. Siedzisz w knajpie, dostajesz sushi, ale najpierw musisz zrobić sobie cztery foty nad talerzem, zatagować towarzysza, a dopiero później możesz zacząć jeść. Tego nie czaję, to wszystko wydaje się dość absurdalne. Natomiast przy pracy nad filmem ta opozycja online/offline nigdy nie była narracyjnym motorem napędowym fabuły. Tak jak mówiłem – to przede wszystkim punkt wyjścia, służy odpaleniu historii. Jeśli już, to ważniejsze wydają mi się minikomentarze okołospołeczne, które pojawiają się w dalszej części filmu.

No właśnie, my tu o morderstwach i braku zasięgu, a w twoim filmie aż roi się od kwestii i aluzji wyższej wagi. Wśród bohaterów pojawia się chłopak, który ma problem z przekonaniem ojca do swojej orientacji seksualnej.
– Dialog, o którym mówisz, jest niemal żywcem wyjęty z historii rodzinnej mojego kumpla. On naprawdę nie wiedział, co musiałby zrobić i jaki sygnał wysłać ojcu, by ten w ogóle załapał. No a powiedzieć wprost, że jest gejem, bał się. I nawet jak zapraszał do domu chłopaka, który potrafił go klepnąć w tyłek, ojciec traktował to jako żart. Co więcej, był przekonany, że jego synowi bliżej będzie do narodowców wyciągających dłoń w geście, którym pozdrawiano Hitlera, piewców zamkniętych granic i tradycyjnych rodzin niż do bycia homoseksualistą.

„I bądź pedałem w tym kraju”, kwituje bohater, obrazując dobitnie, jaki horror przeżywają osoby LGBT w Polsce. Zajmujesz w tej sprawie jasno określone stanowisko.
– Nigdy nie zrozumiem braku tolerancji dla inności, a u nas to dość powszechne zjawisko. Ale nie o tym jest film, a giną przecież wszyscy niezależnie od orientacji i poglądów (śmiech). Poza tym najciekawsze horrory, które pamiętam sprzed lat, zawsze coś między wierszami przemycały. Weźmy „Inwazję porywaczy ciał” Dona Siegela – niby głupkowaty tytuł, historia o przybyszach z obcej planety, którzy przejmują ciała i umysły mieszkańców amerykańskiego miasteczka, a można to odczytywać jako zawoalowaną metaforę makkartyzmu i przestrogi przed komunizmem. Mimo że mamy do czynienia z rozrywką, która polega w głównej mierze na oglądaniu litrów sikającej krwi i wsuwaniu popcornu, te filmy mają coś do powiedzenia. Mówią o nietolerancji, rasizmie, ekologii, konsumpcjonizmie, lęku przed określoną rzeczywistością polityczno-społeczną. Ja mogłem powiedzieć coś o swoich niepokojach związanych z krajem, w którym żyję.

Wygląda więc na to, że twoje marzenie o przeniesieniu na polski grunt rasowego slashera, czyli horroru z humorem, a zarazem odbiciem tego, co się dzieje w społeczeństwie, właśnie się ziściło. Myślisz, że gatunek ten ma szansę u nas się przyjąć na dobre?
– Marzyłbym o tym. Mam też nadzieję, że próba uchylenia tych gatunkowych drzwi sprowokuje inne, podobne próby. Sam jako widz, który ogląda praktycznie wszystkie rodzime produkcje, zawsze chciałem móc wybrać polski horror czy SF spośród dziesięciu komedii romantycznych i sensacji. Kino jest szerokim pojęciem, ta różnorodność zawsze mnie w nim kręciła. A miejsce znajdzie się dla każdego.


Bartosz M. Kowalski – absolwent szkół filmowych w Paryżu i Los Angeles. Autor nagradzanych dokumentów HBO „Moja Wola” oraz „Niepowstrzymani”. Zwycięzca Konkursu Scenariuszowego Script Pro 2014. Nominowany do Paszportu „Polityki” i nagrody Gildii Reżyserów Polskich. Jego debiut fabularny „Plac zabaw” miał premierę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w San Sebastián, wyróżniony został m.in. na festiwalach w Gdyni, Warszawie, Koszalinie, Londynie czy Melbourne.


Fot. Michał Chojnacki

Wydanie: 14/2020

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy