Kłopoty z Szekspirem

Kłopoty z Szekspirem

Przewodnik po aktorach (nie tylko) warszawskich. Sezon 2009/2010

Piękno Szekspira to jego prostota i zrozumiałość. Mam tu na myśli postaci. Są one łatwe do zrozumienia i zawsze da się znaleźć klucz do nich w samej sztuce.
Helena Modrzejewska

Słowa Modrzejewskiej przytaczam jedynie ku przestrodze i nauce, bo Szekspira w Warszawie było w tym sezonie jak na lekarstwo (tylko „Opowieść zimowa” w reż. Jarosława Kiliana w Teatrze Polskim), a jeśli bywał w kraju, to jako Szekspir „przepisywany”. Kłopoty z Szekspirem najlepiej ilustrują trudności jury festiwalu w Gdańsku, które nie zdecydowało się przyznać nagrody głównej, Yoricka, dla najlepszego polskiego spektaklu szekspirowskiego, kontentując się wyróżnieniem („Co chcecie albo Wieczór Trzech Króli” w reżyserii Michała Borczucha w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu).
Szekspira zabrakło, ale nie brakowało spektakli aktorskich – w tym mieliśmy dwie zachwycające solówki: „Białą bluzkę” Krystyny Jandy i „Dozorcę” Janusza Gajosa (w towarzystwie utalentowanych młodych aktorów) i kilka co najmniej wycyzelowanych koncertów aktorskich: „Tango” Jerzego Jarockiego i „Księżniczkę na opak wywróconą” Jana Englerta w Narodowym, spektakle Iwana Wyrypajewa – „Lipiec” w Teatrze Na Woli i „Taniec „Delhi”” w Narodowym, oba z Karoliną Gruszką – „Według Agafii” na podstawie „Ożenku” Gogola w reżyserii Agaty Dudy-Gracz w łódzkim Teatrze im. Stefana Jaracza, „Sztukę bez tytułu” Czechowa w reżyserii Agnieszki Glińskiej w warszawskim Teatrze Współczesnym i przede wszystkim idealnie aktorsko zestrojony „Lobotomobil” w Teatrze Nowym w Poznaniu. To były krzepiące dowody, że możliwy jest „gwiazdorski” teatr „antygwiazdorski”, że zespołowy wysiłek nie musi wcale unieważniać osiągnięć poszczególnych artystów, a przeciwnie – wzmacnia je. W niniejszym sprawozdaniu, jak co roku, posłużyłem się przyjętymi w politycznych rankingach określeniami: w górę, w dół, bez zmian. Przegląd jest wysoce niesprawiedliwy, bo nie uwzględnia wielu nazwisk. Skupiłem uwagę na osiągnięciach i potknięciach, pomijając na ogół tzw. solidną średnią. Przegląd musi być niesprawiedliwy – odnosi się do polskich spektakli, które oglądałem (ponad 100 w minionym sezonie).

(w górę) (w dół) (bez zmian)

Kamilla Baar – stworzyła epizod tajemniczej, hipnotyzującej widzów Olgi w „Tańcu „Delhi”” Iwana Wyrypajewa na Scenie Studio Teatru Narodowego. Jako Ala w „Tangu” w reżyserii Jerzego Jarockiego (także Teatr Narodowy) jest dziewczyną wyzwoloną, ale przede wszystkim dziewczyną zakochaną. Aktorka zabarwiła swoją postać liryzmem, a to w „Tangu” odkrywcze. (w górę)

Piotr Bajtlik – wyborny jako tytułowy „Pinokio” w spektaklu w reżyserii Jarosława Kiliana w Teatrze Polskim, stworzony do roli naiwnego lekkoducha o złotym sercu, któremu niełatwo się odnaleźć wśród niebezpieczeństw tego świata. Udana była też rola stęsknionego świata i poezji Giovanniego, syna Petrarki z „Krainy kłamczuchów” Macieja Wojtyszki na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego, gdzie z powodzeniem wystąpił także w spektaklu śpiewanym według Brela „Do Amsterdamu”. (w górę)

Artur Barciś – w roli Henryka z „Mojej córeczki” według Tadeusza Różewicza w reżyserii Marka Fiedora poniósł porażkę – dramat ojca wyzutego z córki nie mógł poruszać, bo zgodnie z koncepcją tego przedstawienia Henryk miał być człowiekiem szarym, czyli nijakim, w rezultacie i jego dramat okazał się szary. Szkoda, bo aktor dysponuje środkami, które pozwoliłyby ukazać, jakie namiętności miotają bohaterem. (w dół)

Grażyna Barszczewska – nieustępliwa Paulina w „Opowieści zimowej” Szekspira w reżyserii Jarosława Kiliana w Teatrze Polskim, usiłująca dowieść niewinności królowej Hermiony. Demonstrowała hart ducha i odwagę, daleką jednak od monumentalnego heroizmu – przeżywała chwile lęku, wątpliwości, niepewności, dawała przykłady twardej walki na słowa. Dojrzała rola aktorki w rozkwicie talentu. (w górę)

Mariusz Benoit – aktor wyśmienity, a nie poradził sobie z retoryczną rolą w „Wilku” według Hermanna Hessego Marcina Libera w Teatrze Dramatycznym. Prawdopodobnie nikt nie poradziłby sobie z publicystyką polityczną, która próbowała uchodzić za wyznanie osobiste. Doklejoną do Hessego opowieść o katowni w Abu Ghraib Benoit deklamuje jak heksametr. (w dół)

Przemysław Bluszcz – bliski doskonałości w epizodach rodzajowych w „Mojej córeczce” nie sprostał jednak tytułowej roli Judaszka w adaptacji powieści Sałtykowa-Szczedrina w Ateneum (reżyseria Andrzej Bubień) – był tylko poprawny, gdy tymczasem powinien kusić i przerażać albo odstręczać, słowem budzić gwałtowne uczucia. (bez zmian)

Tomasz Borkowski – puszczoną rolę Prokuratora Roberta Scurvy równoważy znakomita rola Madame Divine la Peste, wdowca z „Dżumy” (w reżyserii Marty Ogrodzińskiej na Scenie Kameralnej Teatru Polskiego) utożsamiającego się ze zmarłą żoną, jedną z pierwszych ofiar zarazy. Jego pełna bólu wokaliza, skowyt duszy, silniej niż słowa wyraża stan duchowego zamroczenia i bólu. (bez zmian)

Ewa Konstancja Bułhak – jako Gileta w „Księżniczce na opak wywróconej” według Calderóna de la Barki w reżyserii Jana Englerta w Teatrze Narodowym, fałszywa księżniczka wożona na wózku widłowym, swoją przebojowością kradnie wszystkim show – to ona jest prawdziwą bohaterką tej komedii, pod koniec smutnej, kiedy Giletę pozbawiają książęcej sukni i okazuje się, że człowiek to strój. Doskonały duet wokalny z Grzegorzem Małeckim. (w górę)

Janusz Chabior – nie przekonał jako Miland w „Oczarowaniu”, główny oponent przybyłego do wioski Mariusza, ale zachwycił jako Szmuel Sprol ze sztuki Hanocha Levina „Sprzedawcy gumek” (Teatr IMKA, reżyseria Artur Tyszkiewicz), który odziedziczył po ojcu 10 tys. opakowań pierwszorzędnych prezerwatyw produkcji australijskiej i przez dwie godziny na oczach publiczności usiłuje na tym spadku ubić interes, roztaczając miraże przed potencjalnymi klientami. (bez zmian)

Anna Chodakowska – jako Breda w „Elektrycznym parkiecie” Endy Walsha w reżyserii Andrzeja Domalika (Teatr Narodowy, Scena Przy Wierzbowej) prowadzi swój teatr pamięci, który służy manipulacji i panowaniu nad innymi – charakterystyczne dla Chodakowskiej dwuznaczność i niepokój wzmacnia początkowe wyciszenie postaci, która wchodzi na coraz wyższe obroty psychiczne wraz z rozwojem akcji. (w górę)

Sambor Czarnota – w nietypowej dla siebie roli antyamanta Podkolesina w „Według Agafii” na podstawie Gogolowskiego „Ożenku” (reżyseria Agata Duda-Gracz, łódzki Teatr im. Stefana Jaracza) jest skoncentrowany na sobie, obżerający się bez miary, zaniedbany, wycofany, bardziej zainteresowany kwaszonym ogórkiem niż ponętną dziewicą, niemal bezwolny gamoń w rękach sprytnego Koczkariowa. (w górę)

Marta Dąbrowska – jeden z najbardziej obiecujących debiutów roku. Jako Maria w „Gwiazdach na porannym niebie” Aleksandra Galina (Scena Kameralna Teatru Polskiego, reżyseria Andrzej Pieczyński) pokazała przejmujący dramat wykluczonej przez otoczenie, bez szansy na przyszłość – złamaną u progu życia dziewczynę, której nawet miłość nie może pomóc. (w górę)

Joanna Drozda – jako Emma w „Madame Bovary” w reżyserii Radosława Rychcika w Teatrze Dramatycznym w Warszawie napracowała się bardzo – rola wymagała poświęceń, aby utrzymać się w formalistycznym gorsecie narzuconym przez reżysera. W rezultacie powstał zarys erotycznej histeryczki, odtrącanej przez mężczyzn (dosłownie rzucanej na podłogę), obarczonej nadruchami. Niektórych to zachwyciło, choć wygląda na dziwaczenie. (w dół)

Radosław Elis – jako adwokat Moon w „Lobotomilu” Janusza Wiśniewskiego w poznańskim Teatrze Nowym zaskakuje niepochwytnością proteuszowej osobowości, której niepokojąco rozdwojony erotyzm wabi mężczyzn i kobiety – bezbłędny w ariach i tańcu, do końca stanowi w tym przedstawieniu zagadkę kapryśnej Sprawiedliwości. (w górę)

Jan Englert – jako „awaryjny” wuj Eugeniusz w „Tangu” Sławomira Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego w Teatrze Narodowym (podobno rolę przygotował w dwa tygodnie) pokazał wysoką klasę. Jego Eugeniusz to mistrz stwarzania pozorów, dostosowujący się do rozmaitych sytuacji za każdą cenę. Tchórz upozowany na moralistę, właściwie nigdzie nie pasuje. Nawet kiedy wracają jego „stare, dobre czasy”, też niezadowolony. Natura kolaboranta, spryciarz w todze zatroskanego obywatela. (w górę)

Janusz Gajos – fascynująca rola tytułowa w „Dozorcy” Harolda Pintera w reżyserii Piotra Cieślaka w Teatrze Narodowym. Gajos jest do niej wręcz stworzony, potrafi budować niejednoznaczne, wewnętrznie złamane portrety swych bohaterów. Jego Dozorca jest płochliwym, ciężko doświadczonym bezdomnym, który swoją bojaźń osłania maską bywalca i silnego człowieka. Uosabia wszystkie lęki tego świata. Nagroda Boya za kreację aktorską. (w górę)

Ignacy Gogolewski – jako Mazarin w „Diable w purpurze” Antoine’a Raulta w reżyserii Romualda Szejda (Scena Prezentacje). Jego portret kardynała odznacza się finezyjnym cieniowaniem, delikatną kreską. Są w tej roli momenty błyskotliwe i pełne wigoru, jak choćby misterna gra starego wygi o zachowanie zgromadzonego majątku dla rodziny, są też wzniosłe – taka jest symboliczna scena śmierci, kiedy jego ciało przykrywa całunem wierny sługa. (w górę)

Karolina Gruszka – dwie świetne role w sztukach Iwana Wyrypajewa (w jego reżyserii), w „Lipcu” i w „Tańcu „Delhi””. W obu gra aktorkę – w „Tańcu” tancerkę zachwyconą rytmem wielkiego miasta Delhi, w „Lipcu” aktorkę, która opowiada o zbrodniarzu, o bezmiarze zła, które sieje. Każdy jej gest jest mierzony, każde spojrzenie i pauza. Ale najważniejsza jest melodia wypowiadanego tekstu, brzmiąca jak pieśń o miłości i nienawiści, głos aktorki modulowany wedle rytmów tekstu, niemal wyprany z emocji. (w górę)

Oskar Hamerski – jako Aston w „Dozorcy” zadziwia bezgranicznym zaufaniem do trampa, powoli odsłaniając swoje drobne dziwactwa, obsesje, przedłużone reakcje – sposób, w jaki budzi włóczęgę, wywijając nad głową szalikiem, to wspomnienie dawnej nadpobudliwości. Poruszający monolog, w którym opowiada o swojej kuracji, która pozbawiła go poczucia własnego ja, wyjaśnia, dlaczego nie może wejść w rzeczywisty kontakt z innymi. (w górę)

Paulina Holtz – Profesor w „Lekcji” Ionesco („Lekcja szaleństwa”, reżyseria Waldemar Śmigasiewicz, Teatr Nowy w Zabrzu), rola nietypowa, bo zwykle obsadzana przez starszych aktorów/aktorki, ale tym razem w duecie z mamą Joanną Żółkowską – młodsza poucza starszą, a w końcu eliminuje. Jak w życiu. (w górę)

Marcin Hycnar – jego Artur w „Tangu” to natura histeryczna, reagująca gwałtownie na opór, a zarazem niedojrzały chłopiec, który stroi groźne miny, ale nie wie, co począć z wolnością. Miota się między napadami buntu i rezygnacji, nieodrodne dziecko romantycznych bohaterów ze skazą przegranej. Kiedy na koniec tuli się do piersi matki, staje się na powrót bezradnym oseskiem. To wielkie osiągnięcie w karierze aktora, na którego tle blednie przyzwoita rola Kostryna w „Balladynie” Juliusza Słowackiego w reżyserii Artura Tyszkiewicza (Teatr Narodowy). (w górę)

Krystyna Janda – świetny sezon. W spektaklu „Biała bluzka” w reżyserii Magdy Umer w Och-Teatrze wielka, świadoma kreacja Jandy. Ci, którzy widzieli „Białą bluzkę” przed laty, odnajdą i w tym przedstawieniu wspomnienie ówczesnej opowieści, ale zauważą jednocześnie, jak rozkwitł talent i warsztat artystki, która przez dwie godziny niepodzielnie panuje nad publicznością. W tym sezonie Janda ma za sobą także mocną tytułową rolę w „Wassie Żeleznowej” Maksyma Gorkiego w Och-Teatrze (w reżyserii i przekładzie Waldemara Raźniaka) i zabawną Szambelanową w „Panu Jowialskim”. (w górę)

Jadwiga Jankowska-Cieślak – przekonująca w roli despotycznej Matki w „Judaszku”, która przechodzi widowiskową metamorfozę z tyranki w poddankę. Twarda, wydawałoby się, nie do pokonania kobieta, z której nagle wycieka siła przetrwania. (w górę)

Andrzej Konopka – nijaki jako Mąż w „Yermie” w reżyserii Wojtka Klemma w Studiu, któremu reżyser (tak jak innym aktorom) kazał poruszać się po gąbczastym, pochylonym rombie wybudowanym jako podest sceniczny – widz drży, czy aktor nie spadnie z tej konstrukcji. (w dół)

Mirosław Kropielnicki – wyciszony, grany niemal na biało Salomon Nash z „Lobotomobilu” Janusza Wiśniewskiego – jakby skamieniały i nieporadny w szpitalnym odzieniu o tonacji buro-niebieskiej, obwisłym, brzydkim, byle jakim. Somnambuliczne próby przygarnięcia żony, bezradność wobec ciężaru doświadczeń i obcości świata paraliżuje bohatera, niezdolnego do wyrażenia czułości. Dowód, jak wiele można osiągnąć, tak radykalnie redukując aktorskie środki. (w górę)

Krzysztof Kwiatkowski – miał pecha, debiutując w Warszawie rolą Genezypa w nudziarskim „Nienasyceniu” według Witkacego – młody aktor okazał odwagę i wrażliwość, a w scenie „narodzin” umiejętności tancerza. Przegadany spektakl zagłuszył jego rolę, która powinna być początkiem obiecującej kariery. Dla zachęty w górę. (w górę)

Milena Lisiecka – jako tytułowa Agafia w „Według Agafii” króluje na scenie mimo pozorów zagubienia, przytulona do jednorożca z plastiku. Niepewnie krąży w przedgodowym tańcu wokół kanapy, gotowa powierzyć swe ciało wymarzonemu księciu. Nie osiągnie jednak oczekiwanego raju, to będzie katastrofa, klęska, upadek marzeń. Ogarnięta miłosnym uniesieniem upada nisko i zostaje z niczym. (w górę)

Halina Łabonarska – zamiast pełnej uroku Lulu, która budzi zainteresowanie młodego mężczyzny, stworzyła w „Skizie” w Teatrze Ateneum postać obrażonej małżonki, która ulega pokusie swawoli jak małolata – rola najwyraźniej uproszczona. (w dół)

Dominik Łoś – jako dr Bernard Rieux, lekarz ratujący innych z oddaniem w „Dżumie” (Scena Kameralna Teatru Polskiego, reżyseria Marta Ogrodzińska), centralna postać spektaklu. W jego wykonaniu Rieux nie jest bohaterem papierowym, ma chwile załamania, ale i wewnętrzny pion, który pozwala prostować się w najtrudniejszych sytuacjach. Zwycięstwo polega na tym, że Łoś nie gra bohatera monumentalnego, ale po prostu zapracowanego, z poczuciem obowiązku. (w górę)

Wojciech Malajkat – stworzył najlepszą rolę komediową w stolicy jako Szambelan Jowialski w „Panu Jowialskim” w reżyserii Anny Polony i Józefa Opalskiego w Teatrze Polonia, dając popis siły komicznej. Gapiostwo i safandułowatość Jowialskiego, strachliwość i pełna uroku przyrodzona (lub udawana, bo tego nie można być pewnym) ociężałość budzą na widowni huragany śmiechu, a kiedy opowiada o struganiu patyczków, w oczach widzów z rozbawienia pojawiają się łzy. (w górę)

Grzegorz Małecki – świetny sezon. Jako Edek w „Tangu” przyrodzonej tępocie bohatera dodaje instynktowny zmysł obserwacji. Od początku z przymilnym uśmieszkiem świdruje oczami otoczenie i szybko wyprowadza korzystne dla siebie wnioski na prawach mimikry. Za zdolnością przeczekania kryje się butny cham, który bez zmrużenia oka zdolny jest ukatrupić każdego, kto stanie mu na drodze. Przezabawny w „Księżniczce na opak wywróconej” jako sprytny i kochliwy Perote. (w górę)

Jerzy R. Nowicki – w roli tytułowej w „Merlinie” Tadeusza Słobodzianka (reżyseria Ondrej Spišák w Laboratorium Dramatu) panuje nad sceną, nadając opowieści wyższy, poetycki ton. Natchniony, poważny i śmiały – naturalny duchowy przywódca poszukiwaczy świętego Graala. Jako Dawid Cukier, mistrz z podupadającej firmy gorseciarskiej ze sztuki „Cukier Stanik” Zyty Rudzkiej (reżyseria Gabriel Gietzky, też Laboratorium), portretuje jego rozmiłowanie w zawodzie i nostalgię świadka odchodzącej epoki. Poważne, wyraziste role. (w górę)

Maja Ostaszewska – jako Marianne w „Wiarołomnych” według Ingmara Bergmana (w reżyserii Artura Urbańskiego, TR Warszawa) buduje rozedrgany portret psychologiczny kobiety przekraczającej niebezpieczny próg zdrady – szczególnego klimatu tej opowieści i postaci przydaje konwencja – Marianne to aktorka i jej zachowania pokazywane są w podwójnej perspektywie, teatru w teatrze. (w górę)

Karol Pocheć – jako Mick w „Dozorcy” tryska energią, jest porywczy, o zmiennych nastrojach, porusza się zwinnie, skacze po łóżkach niczym akrobata, bywa groźny, na pograniczu szaleństwa i zabawy, ale i marzycielski – jego opowieść o pięknych apartamentach, które chciałby zbudować, wyrosła z przeglądanych pasjami magazynów o wnętrzach. Cała jego energia wyczerpuje się jednak w gadaniu – w najtrudniejszych chwilach znika bez słowa. (w górę)

Piotr Polak – jako striptizer w kapeluszu w „Personie. Ciało Simone” w reżyserii Krystiana Lupy (Teatr Dramatyczny) jest tylko figurką w tle, ale w „Madame Bovary” bezradnie miota się po scenie (zwłaszcza po fotelu), identyfikując męża Emmy jako idiotę. Trochę to za płaskie. (w dół)

Aleksandra Popławska – jako Bela Berlo w „Sprzedawcach gumek” Hanocha Levina w reżyserii Artura Tyszkiewicza w Teatrze IMKA tworzy postać twardej kobiety, toczącej wewnętrzną walkę między potrzebą szczęścia osobistego a sukcesem w biznesie – aptekarka za wszelką cenę usiłuje rozkręcić interes. Popławska gra anty-
psychologicznie, odwołując się do teatralnego skrótu i warsztatowej biegłości, dzięki której starzeje się podczas spektaklu (bez wspomagania makijażem) kilkadziesiąt lat. (w górę)

Bartosz Porczyk – potwierdził swoją klasę rolą Karola Borowieckiego w „Ziemi obiecanej” w inscenizacji Jana Klaty w Teatrze Polskim we Wrocławiu (zachwyt wzbudzała scena erotyczna z Zukerową), a w Warszawie pokazał wreszcie swój sławny muzodram „Smycz”. Spektakl sprzed kilku lat, nadal utrzymywany w znakomitej formie pokaz umiejętności młodego artysty, który nie daje widzom odetchnąć nawet na moment, portretując szaloną tęsknotę za miłością i wolnością. (w górę)

Wojciech Solarz – wystąpił zaledwie w drugoplanowej roli reżysera w „Księżniczce na opak wywróconej”, nawiązując bliski kontakt z widownią. Ciągle czekamy na większą rolę. (bez zmian)

Katarzyna Stanisławska – nie domyślała do końca postaci Księżnej z „Szewców” Witkacego, która miała być symbolem erotyzmu, a jest przede wszystkim znudzona (miewa nawet niebezpieczne „drzemki”, wyłączając się z gry na scenie), ale jako przezabawny Świerszcz w „Pinokiu” znalazła idealne środki do wydobycia jego świerszczowej natury za pomocą zacięć w mowie i naddanych ruchów. (w górę)

Janusz Stolarski – z założenia uwodzicielski Mariusz w „Oczarowaniu” w reżyserii Marka Fiedora oczarować jednak nie potrafi, przynajmniej przy użyciu środków, które zaakceptował reżyser. Może nie czaruje, ale budzi niepokój swoim jednoosobowym spektaklem „Kod”, osobistą wypowiedzią bez słów, opartą na ekspresji ciała, którym wyraża najsubtelniejsze emocje. (bez zmian)

Andrzej Szeremeta – próbuje zagrać Reżysera w „Personie. Ciało Simone”, pozera i intelektualistę, ale zapewne za sprawą wątłego tekstu i braku koncepcji pomysł na postać rozłazi się w bylejakości. (w dół)

Borys Szyc – jako Płatonow w „Sztuce bez tytułu” Czechowa w reżyserii Agnieszki Glińskiej w Teatrze Współczesnym daje portret człowieka zbędnego, skazanego na klęskę. W ostatniej scenie ukazuje podwójność istnienia bohatera, w którym realistyczny zmysł obserwacji zmaga się ze skowytem umęczonej duszy, chęć życia z pędem ku śmierci – spragniony z zaciekłością szuka szklanki wody, siecze pełnymi ironii ripostami, a po chwili równie uporczywie próbuje palnąć sobie w łeb, raz bystry jak brzytwa, a raz nieobecny niczym somnambulik. (w górę)

Krzysztof Tyniec – powinien być czarujący i uwodzicielski jako Tolo w „Skizie”, ale nie jest. Podskakuje jak kogucik z „Tańca z gwiazdami” – trudno uwierzyć, że może zafascynować młodą kobietę. (w dół)

Ewa Wiśniewska – jako babcia Eugenia w „Tangu” dotrzymuje kroku wielkim poprzedniczkom w tej roli (Kwiatkowska, Szaflarska) – porusza się w domu Stomilów jak we mgle, zajęta swoimi drobnymi przyjemnościami, odgrodzona od życia, trochę bezradna wobec wybryków wnuka, tylko przy karcianym stoliku nabiera wigoru, ale najlepiej czuje się na katafalku. (w górę)

Adam Woronowicz – jako Markus w „Wiarołomnych”, zdradzony kompozytor, po zdradzie szukający wymyślnej pomsty, tworzy postać psychopatyczną i niebezpieczną – w scenie ukazującej proces twórczy łowienia dźwięków, czyli komponowania, zachwycający. (w górę)

JANUSZ ZAKRZEŃSKI – Staruszek plujący na koty w „Dżumie”, ostatnia rola wielkiego aktora – pozornie dobrodusznego staruszka, który potwierdza niezniszczalność dżumy nienawiści trawiącej ludzkość od wieków.

Zbigniew Zamachowski – jako Patsy w „Elektrycznym parkiecie”, zakochany w Adzie sprzedawca ryb, na koniec wciela się w postać legendarnego wokalisty rockowego Rollera. I nagle z ciemięgi wyrasta na zdolnego wprawiać w zachwyt uwodziciela.

Joanna Żółkowska – w „Lekcji szaleństwa” według „Lekcji” i „Szaleństwa we dwoje” Ionesco w reżyserii Waldemara Śmigasiewicza – w tej drugiej jednoaktówce demonstruje triumfalizm odtrąconej kochanki, która w drobnych i bezsensownych sporach odnajduje energię do trwania. Śmieszne to jest, ale zarazem gorzkie, podobnie jak rola Uczennicy z „Lekcji”, która grzęźnie w matni zdań i gaśnie pod ciosami pytań. (w górę)

Wydanie: 38/2010

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy