Jestem ze Śląska – rozmowa z Arturem Rojkiem

Jestem ze Śląska – rozmowa z Arturem Rojkiem

Być Ślązakiem i pochodzić stąd to rodzaj dumy. Nie każdy region może się chwalić czymś takim

Największa niespodzianka tegorocznego OFF Festivalu to wspólny występ alternatywnego zespołu Mitch & Mitch i Zbigniewa Wodeckiego. Skąd ten pomysł?
– Pomysł narodził się cztery lata temu. Rozmawialiśmy z Maciem Morettim, członkiem formacji Mitch & Mitch, multiinstrumentalistą i grafikiem, o jego fascynacjach muzycznych. Okazało się, że ceni album Zbigniewa Wodeckiego z 1976 r. Początkowo pomyślałem, że to żart. Ale Mitch & Mitch kilka lat temu na koncercie w studiu im. Agnieszki Osieckiej w Trójce wykonali ze Zbigniewem Wodeckim cztery piosenki z jego debiutanckiego albumu. Pomyślałem, że mogliby razem wystąpić na OFF i zagrać całość. Od tamtego czasu trwają rozmowy. O ile z Mitchami nigdy nie było problemu, zawsze działo się coś po stronie Zbigniewa Wodeckiego, który w tym czasie był na wakacjach albo w trasie koncertowej, i nie udawało się zgrać terminów. To przecież nie tylko kwestia koncertu, lecz także przygotowań. Na scenie wystąpią chór i orkiestra, więcej nie zdradzę.

Jak propozycję przyjął Zbigniew Wodecki?
– Bardzo pozytywnie. Co prawda, to człowiek kojarzony z innym rodzajem muzyki, dziś postać z zupełnie innej bajki. Wszyscy znają jego „Chałupy” czy przebój z dobranocki „Pszczółka Maja” lub kojarzą go jako jurora „Tańca z gwiazdami”. Mało kto pamięta, że na jego debiutanckiej płycie z 1976 r. znajdziemy mocne wpływy Burta Bacharacha, jednego z największych kompozytorów pop ostatnich 50 lat.

Dla kogo robisz OFF Festival?
– Dla ludzi podobnych do mnie. Nidy nie miałem dalekosiężnego planu na ten festiwal. Wierzyłem w to, że jest wiele osób takich jak ja, które interesują się muzyką, ale nie mają gdzie jej słuchać. Przez wiele lat mieliśmy utrudniony dostęp do muzyki: szukaliśmy jej na Zachodzie, na giełdach płytowych czy u znajomych. Poszukiwanie muzyki, moment jej odkrycia, a później dzielenie się nią z kumplami było dla mnie bardzo ważnym przeżyciem. Praktykowałem to przez całe życie, w różnych formach: zaczynając od skali mikro, aż skończyłem na skali makro – OFF Festivalu.

Kiedy w 2006 r. po raz pierwszy – jeszcze w Mysłowicach – zorganizowałeś OFF, nie było wielu takich festiwali w Polsce.
– Był Open’er, który jako duży festiwal nie do końca szedł w kierunku alternatywnym. Był Jarocin, który próbował odnaleźć się w nowych czasach. Nie było zbyt wielkiego wyboru. Do końca nie wiedzieliśmy, czym są takie festiwale. Po raz pierwszy byłem na festiwalu, gdy zacząłem jeździć z Myslovitz i stałem się ich uczestnikiem. Miałem okazję zobaczyć szkocki T in the Park, irlandzki Oxegen czy szwajcarskie Montreux, Gurten, Paléo Festival i wiele innych imprez. Poznałem atmosferę i pomyślałem, że to może pogodzić moje potrzeby prezentowania muzyki innym i jednocześnie wyjdzie naprzeciw oczekiwaniom ludzi, którzy właśnie tego szukają. I robię to do dziś.

W jaki sposób wybierasz zespoły, które mają zagrać w Katowicach?
– Jeżdżę trochę po innych festiwalach i podglądam, ale moja wiedza jest również oparta na tym, co przeczytam i zobaczę w internecie. W zasadzie praca dyrektora artystycznego festiwalu to są godziny spędzone przy komputerze, ciągłe słuchanie, oglądanie, sprawdzanie linków podesłanych przez znajomych, przysłuchiwanie się rozmowom ludzi podobnych do mnie.

Czy polski widz festiwalu muzycznego różni się od tego na Zachodzie?
– Polska w ostatnich kilku latach przeżyła bardzo dynamiczny rozwój, zmieniła się więc też publiczność festiwali. Rozwijają się nowe technologie i dostęp do muzyki. Dziś na nic nie trzeba czekać, klikasz i masz, co chcesz. To rodzi pewien problem – ludzie potrzebują kierunkowskazów. Sam to czuję, chociaż mam mocno określony gust muzyczny i muzyką zajmuję się na co dzień. Obecnie ilość muzyki oraz informacji związanych z muzyką – pewnie z każdą inną dziedziną również – jest tak duża, że trudno się w tym odnaleźć. Co chwilę coś cię przyciąga.
My naprawdę zdrowo i naturalnie rozwijamy się muzycznie od połowy lat 90. To dosyć krótko, bo inne rynki rozwijają się od czasów powojennych. Ma to wpływ na nasze zachowania i gusta. Co widać po naszej publiczności, która szybko się nudzi, szybko odrzuca to, co dzisiaj jest modne, bo za kilka miesięcy modne będzie coś innego. Więcej w tym starań, żeby być na czasie, niż analizy i kontemplacji, skąd to się wzięło i po co jest. Powoli musimy dorosnąć.

Gdy patrzę na listę artystów, którzy wystąpili na OFF Festivalu w 2006 r., mam wrażenie, że pierwsza edycja była bardziej alternatywna. To znak, że zmienił się festiwal, czy muzyczny off stał się bardziej mainstreamowy?
– Gdybyśmy w tym roku zrobili taki festiwal jak w 2006 r., byłaby to najbardziej komercyjna edycja. To nie była kwestia zespołów, ale czasów. Przez osiem lat dużo się zmieniło. Dziś muzyka nie wyznacza sobie takich granic jak kiedyś. Podział między gatunkami jest bardzo płynny. To, co dzisiaj jest alternatywne, jutro może się stać mainstreamowe. Poza tym sam mainstream się zmienia. Przykładem artystów działających na pograniczu są Kanye West, James Blake czy Solange, która wystąpi w tym roku na OFF Festivalu.
Kiedyś mieliśmy wyraźną subkulturę punkową, zwolenników heavy metalu, którzy niczego innego nie słuchali, wyznawców muzycznego gotyku, którzy nie wychodzili poza gotycką czerń. Dziś to się miesza i przenika. Jedynym kryterium jest podział na muzykę dobrą i złą. Staramy się promować tę dobrą, alternatywę dla złej.

Ogromnym zainteresowaniem na OFF Festivalu cieszy się także namiot literacki, gdzie odbywają się spotkania z pisarzami i poetami. Muzyka nie wystarcza?
– Na tym festiwalu zawsze robiliśmy wiele innych rzeczy oprócz grania muzyki, jeśli poczuliśmy, że tego potrzebujemy. Ludzie szybko się nudzą, szukają innych rzeczy. Festiwale przestają już być miejscem, dokąd przyjeżdżają specjalnie, by zobaczyć jakąś gwiazdę, ale chcą po prostu spędzić tu czas. Co roku chcą doznawać czegoś innego. Kiedy przez cztery lata byliśmy w Mysłowicach, od drugiej edycji zaczęliśmy łączyć festiwal muzyczny z wystawami sztuk wizualnych. Mysłowice okazały się dla artystów naprawdę wdzięcznym miejscem. Były zaniedbanym miastem, ale artyści wizualni dobrze się tam czują. W tych opuszczonych podwórkach, dawnych sklepach ze sprzętem elektronicznym, pustostanach, pod dziesięciopiętrowymi blokami, na jakimś zaniedbanym placu zabaw dla dzieci urządzaliśmy w niedzielę wystawy. Przez trzy lata organizowaliśmy bardzo ciekawe wystawy artystów z całego świata. Każdego roku zostawialiśmy po sobie mural. Do dzisiaj w Mysłowicach można podziwiać ścienne obrazy Edwarda Dwurnika, Wilhelma Sasnala czy Agaty Bogackiej.

To się zmieniło, kiedy przeniosłeś festiwal do Katowic?
– Tak, bo to zupełnie inne miasto. Na pierwszym katowickim festiwalu próbowałem prowadzić projekt wizualny, ale tu nie ma takiej przestrzeni jak w Mysłowicach. Centrum miasta jest daleko od parku na obrzeżach, gdzie odbywa się festiwal, jest inne, bardziej zadbane. Poza tym w Katowicach promocją sztuk wizualnych zajmuje się wiele instytucji, więc nie wypadało mi wchodzić na ich teren. Postanowiłem realizować coś innego. Padło na prozę i poezję. Zadzwoniłem do Wojtka Kuczoka, którego wtedy nie znałem, ale bardzo lubiłem jego książki. Zaproponowałem mu objęcie stanowiska kuratora sceny literackiej i tak zaczęliśmy realizować projekt kawiarni literackiej. Po trzech latach Wojtek Kuczok ustąpił miejsca Krzysztofowi Vardze, który zaprosił na bieżącą edycję ciekawe grono gości.

Literatura jest dla ciebie ważna?
– Bardzo ważna. Mocno odczuwam jej brak, ponieważ ze względu na swoje zajęcia ciągle gromadzę książki, których nie mam czasu przeczytać. Chętnie biorę udział w takich przedsięwzięciach i chętnie je promuję. Zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele rzeczy powoduje u mnie słowo, jak mobilizuje, inspiruje, tak samo jak sztuki wizualne. To zjawiska, na które silnie reaguję.

Obserwujesz dziś wzrost zainteresowania problematyką śląskości? Nie tylko w literaturze.
– Wychowałem się tutaj w tradycyjnej rodzinie, choć mój dziadek pochodził z Poznania, ale babcia jest rdzenną Ślązaczką. Kiedy byłem mały, babcia rozmawiała ze swoją mamą po niemiecku, gdy nie chciała, bym wiedział, o czym jest mowa. U nas mówiło się po śląsku, choć nie było ortodoksyjnego podejścia, że jeśli nie mówisz po śląsku, to znaczy, że jesteś „gorol” albo że z „gorolami” się zadajesz. Może u mnie tego nie słychać, ale jestem na Śląsku bardzo mocno usadowiony. Jednak przeszedłem taką drogę jak chyba każdy człowiek, od buntu przeciw tradycji, odmawiania obiadów niedzielnych po negowanie gwary. Wszystko, co kiedyś mnie dotykało, wspominam teraz z sentymentem. Dlatego bardzo żywo reaguję na wszelkie inicjatywy, które mądrze promują śląskość. Uważam, że to niezwykle ważny element. Dziś śląskość przejawia się w nowych formach. W Gryfnie jest firma, która robi to dowcipnie, mądrze i inteligentnie – na koszulkach. Przyjeżdżają ludzie z Warszawy i je kupują. Myślę, że śląskość to dla wielu młodych ludzi znak rozpoznawczy. Być Ślązakiem i pochodzić stąd to powód do dumy, bo nie każdy region może się chwalić czymś takim.

Co dla ciebie znaczy być Ślązakiem?
– To przynależność do miejsca, do kultury, do ludzi, do sposobu myślenia. Nie mógłbym powiedzieć, że nie mam miejsca na ziemi. Chociaż nie jestem takim Ślązakiem, który mówi, że nigdy w życiu poza Śląskiem nie będzie mieszkał. Wydaje mi się, że mógłbym mieszkać gdzie indziej, ale to Śląsk będzie moim miejscem. Pamiętam, jak byłem pierwszy raz w Nowym Jorku i na ulicy zobaczyłem ludzi, którzy na twarzach mieli „nieprzynależność”. To byli ludzie, którzy pozjeżdżali się z różnych miejsc. Wydawało mi się, że tak dużo nas różni, i miałem poczucie, że przynależę do swojego Śląska. To zawsze będzie mój ogródek, do którego będę wracał, czy to pokazując komuś to miejsce, czy przywołując wspomnienia o nim.

Ważne jest dla ciebie, skąd jesteś?
– Często przyjeżdżają do mnie dziennikarze spoza Śląska i proszą, żebym im pokazał miejsca, które były dla mnie ważne w dzieciństwie. Zaskakują mnie ich reakcje na to, dokąd ich prowadzę, kompletnie inne od moich oczekiwań. Ostatnio zabrałem dziennikarza z Wrocławia do ogródków działkowych przy kopalni w Mysłowicach. Stoją tam domki zbudowane metodą hand made. Każdy przyniósł, co miał, i zbijał te dachy z dykty. Domki są specyficzne. Po śląsku nazywają się lauby. Ich właściciele wykazywali twórczą inicjatywę. Kto potrafił malować i miał zmysł kolorystyczny, malował je na fantastyczne kolory. Kto nie potrafił dekorować, malował je na szaro, ale byli i tacy, którzy ładnie rysowali. I była jedna lauba – moja ulubiona – którą właściciel, górnik, ozdobił postaciami z Disneya. Te ogródki są w dolinie, z jednej strony jest kopalnia. Pamiętam, że gdy zaprowadziłem tam dziennikarza i staliśmy na wzgórzu, on popatrzył i powiedział: „Ja p… to wygląda jak slamsy w Rio!”. Coś w tym jest, chociaż mnie lauby kojarzą się z dzieciństwem, z wycieczkami rowerowymi, zabawą w chowanego, przesiadywaniem z dziadkiem i babcią w ogródku, z pierwszą huśtawką. Zawsze będę tu wracał. Zresztą pokazywałem je ostatnio synowi.
Artur Rojek – muzyk, wokalista i autor tekstów. Największe sukcesy święcił jako lider zespołu Myslovitz, z którego niespodziewanie odszedł w 2012 r. Pomysłodawca i dyrektor artystyczny OFF Festivalu, za stworzenie którego został w 2013 r. odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.


 

OFF Festival Katowice 2013
Odbędzie się 2-4 sierpnia w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach. Wystąpi 90 zespołów, wśród nich My Bloody Valentine, Godspeed, The Smashing Pumpkins, Zbigniew Wodecki wraz z alternatywną grupą Mitch & Mitch, reaktywowany zespół Super Girl & Romantic Boys oraz grupa Molesta, która zagra swój debiutancki album „Skandal”. Kawiarnia literacka pod kuratelą Krzysztofa Vargi zaprasza na spotkania m.in. z socjologiem Mirosławem Pęczakiem, Sylwią Chutnik, Jackiem Dehnelem oraz poetami śląskimi. Po raz pierwszy widzowie OFF Festivalu będą mieli szansę wybrać się do otwartego kina, które przygotowywano wraz z fundacją Legalna Kultura. Więcej na: off-festival.pl.

Wydanie: 28/2013

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy