Terroryści wygrali

Terroryści wygrali

Wydawałoby się, że media polskie zajęte przede wszystkim i ponad wszystko Smoleńskiem i Watykanem zaszyły się ostatecznie w partykularnych ostępach. Na szczęście pojawił się w nich ostatnio, prawda, że gdzieś daleko w tle, ale lepszy rydz niż nic, temat rzeczywiście istotny i ważny dla każdego obywatela Rzeczypospolitej i Europy, ba! – dla podstaw naszej cywilizacji: fotoradary. Nie ma w tym ironii ani przesady. Tutaj właśnie jesteśmy u podstaw dyskusji o wolności, demokracji i prawach człowieka. Jest kwestią absolutnie drugorzędną, czy władze nabijają sobie kabzę z mandatów. Chodzi o zasadę. Gmina, policja, MSW – cholera wie kto – może sobie postawić znak ograniczający prędkość poruszania się pojazdów do np. 30 km na godzinę na drodze prostej jak drut, z doskonałą widocznością, gdzie ostatni wypadek zdarzył się za Mieszka I, kiedy tur wychodząc z kniei, rozbił sochę Porzycisława – kmiecia z pobliskiego gródka. Znak raz postawiony obowiązuje i darmo się odwoływać do jakichkolwiek instancji. Pipidówek postanowił, causa finita. Innymi słowy, ktoś tam, dowolny kretyn, „wolnoć Tomku w swoim domku”, wydaje irracjonalny przepis, któremu ja muszę się podporządkować. Jeśli nie, i mimo beznadziejności procedur będę się sprzeciwiał, z instancji na instancję dojdzie do wysokiego sądu. Innymi słowy, Pipidówek stanowi prawa. Naszym miłościwie panującym nie przychodzi dziwnie do głowy, że jako obywatel mam obowiązki, ale także i prawa. Moim obowiązkiem jest zapewne zwolnić do 30 km na godzinę tam, gdzie kretyn ustawił taki znak, ale prawem – wiedzieć, dlaczego go postawił i, jeśli nie może mi tego racjonalnie uzasadnić, domagać się jego skasowania. Pokażcie mi w rzekomym państwie prawa obywatela, który wygrałby tutaj z kretynem.
Inny przykład: papierosy. Wiem, że paląc, jestem monstrum i nie tylko własne trzewia obracam w pornograficzne obrazki, które producenci muszą zamieszczać na paczkach, ale okaleczam dymkiem niewinnych starców, kobiety i dzieci w promieniu rażenia bomby z Hiroszimy (która notabene nie jest wcale zakazana). Tyle że owi tępiący monstra szlachetni zwolennicy czystego i zdrowego świata ongiś równie naukowo walczyli z onanistami i mańkutami, nie mają odwagi wysłać mnie od razu do komory gazowej. Skoro zaś przysługują jeszcze monstrum przywileje obywatelskie, to dlaczego jedno monstrum nie może się umówić z drugim i trzecim monstrum, zatrudnić monstrualnych kelnerów i stworzyć kawiarnię dla monstrów, opatrzoną w informację dla nie-monstrów, żeby nie przekraczały progu samobójczej rzeźni? Ja wiem, jesteście pełni najlepszych chęci. Wierzycie w społeczeństwo higieniczne, rozsądne i odpowiedzialne w tych ramach, które wam się odpowiedzialnymi wydają. Od tej reguły nie może być wyjątków. Mamy w rękach siłę wydawania zakazów, więc nie podskakujcie. Cóż, w dziejach nie jesteście pierwsi. Może nie najlepsza pozostała o was pamięć, jakąż jednak radość sprawiać wam musi przekonanie, że tworzycie nowy i szczęśliwszy świat, w którym obywatela można dopilnować.
Wychodzę z domu. Idę na zakupy. Płacę kartą albo czekiem, któż dzisiaj nosi przy sobie gotówkę. Wszędzie zostawiam ślady. Już na tej podstawie odpowiednie służby mogą ustalić z daleko idącą precyzją, gdzie byłem, kędy szedłem, co robiłem, jakie są – po nabytkach choćby sądząc – moje gusta. U szczytów potęgi SB, Stasi czy KGB nie dysponowały takimi narzędziami inwigilacji. Teraz montuje się wszędzie kamery śledzące każdy nasz ruch, a ogłupiali burmistrze przechwalają się, że w swoim miasteczku zamontowali już takich kamer pięćdziesiąt, a za chwilę będzie ich dwieście. To wszystko dla naszego bezpieczeństwa. Kamery na ulicy, kamery w sklepie, kamery w parku. Zapewne da się w ten sposób złapać iluś tam podrzędnych rzezimieszków nieumiejących się ukryć przed paszczami urządzeń. Służy temu promil wykonywanych zdjęć. A na pozostałych? – Jesteś ty, jestem ja, jest Bogu ducha winny Kowalski i najuczciwszy Nowak. Facet oglądający monitory może wiedzieć o nas już prawie wszystko. Kogo całowaliśmy pod kioskiem, z kim piliśmy piwo, pod jakie zachodziliśmy adresy. Na usprawiedliwienie tego horroru słyszę z reguły najgłupsze zdanie, jakie wymyśliła współczesna cywilizacja: „Jeśli nie masz sobie nic do zarzucenia, to nie masz czego się bać, nie masz nic do ukrycia”. Otóż nie mam sobie, w konfrontacji z paragrafami, nic do zarzucenia. Natomiast do ukrycia prawie wszystko. To moją są intymną sprawą alejki, po których lubiłem spacerować w Ogrodzie Saskim, moją jest tajemnicą niewierny pocałunek skradziony na rogu Koziej i Freta, moją jest nawet mocz oddany w podwórku na Hożej, kiedy pęcherz nie wytrzymuje, a w promieniu kilometra nie ma żadnego ustępu publicznego. O tym, że zachwycony i szczęśliwy wąchałem bez w Ogrodzie Botanicznym, a potem sam do siebie deklamowałem wiersze, mogę opowiedzieć Basi, jest jednak naruszeniem moich elementarnych praw obywatelskich, że gapi się na to kapral Dupiński z podglądu Warszawa Śródmieście i sporządza raport, że Stommie odbiło, co jest może prawdą, jakie konsekwencje mieć jednak może w obliczu ewentualnego procesu sądowego o coś zupełnie niezwiązanego z bzem i poezją.
Zaręczą mi oczywiście, że zdjęcia dotyczące spraw prywatnych są z twardych dysków usuwane i obywatel może czuć się bezpieczny. Wynika z tego, że dobry wujek z podglądu wykorzystuje swój materiał tylko do walki z przestępczością pospolitą i ewentualnie w interesie racji stanu. Mam mieć do niego w tym względzie pełne zaufanie. A niby z jakiego tytułu? Jeżeli jutro, co niestety może się zdarzyć, dostęp do policyjnych zdjęć będzie miał Antoni Macierewicz, mam też uważać, że nie zagraża to mojej wolności osobistej? Otóż nie mam i mieć nie będę ani cienia tego zaufania.
Czytałem rozmowy z bardzo porządnymi i przykładnymi obywatelami, którzy troszczyli się wielce, że na ich osiedlu kamer za mało, więc kontrola nad populacją zdecydowanie niedostateczna. A co by było, jeśli… Widmo krąży nad łepkami szacownych obywateli. Krew, skradzione dobra osobiste, zadrapane auta, zgwałcone żony i matki w obowiązkowym tytoniowym dymku (wódka nie przeszkadza, bo bez nikotyny). Zaprawdę, nie ma co walczyć z terrorystami. Oni już wygrali. Wbili w szare komórki, że ważniejszy strach niż wolność.

Wydanie: 23/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy