Do wojny potrzeba dwóch stron

Do wojny potrzeba dwóch stron

Dlaczego Putin kazał zająć Krym i jaką w tym rolę odegrały Stany ZjednoczoneArtykuł został ukończony 8 kwietnia i nie odnosi się bezpośrednio do wydarzeń, które nastąpiły po tej dacie. Dla osób dobrze życzących wszystkim naszym sąsiadom na Wschodzie i krytycznych wobec nieodpowiedzialności lansowanej u nas antyrosyjskiej histerii nie jest rzeczą miłą wypowiadanie się na temat konfliktu rosyjsko–ukraiń­skiego za naszą granicą. Nie ulega przecież wątpliwości, że Rosja Putina, dokonując aneksji Krymu i angażując się wojskowo w poparcie separatystów w Donbasie, pogwałciła prawo międzynarodowe, a przecież (w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, które otwarcie odrzuciły nadrzędność tego prawa jako sprzeczną z amerykańską konstytucją) zobowiązała się go przestrzegać. Działań takich nie można pochwalić, ale nie musi to być równoznaczne z licytowaniem się w potępieniach moralnych, a tym bardziej z podgrzewaniem nastrojów wojennych oraz przypisywaniem prezydentowi Rosji niepohamowanych ponoć zapędów imperialistycznych. Obowiązkiem ludzi myślących politycznie jest próba przyczynowego wyjaśnienia sytuacji, absolutnie niezbędna do osiąg­nięcia kompromisu; polityczna moralistyka prowadzi natomiast prostą drogą do apologii nieustępliwości uznającej wszelkie kompromisy za tchórzliwą zdradę. W gruncie rzeczy postawa taka, rozpowszechniona niestety w Polsce, jest – moim zdaniem – zastępowaniem racjonalnej polityki demonstracją postaw i spektakularnymi gestami, powiązanymi często z instynktem stadnym i narcystyczną potrzebą zdobycia poklasku. Ponadto za obowiązek racjonalnego patrioty uważam przeciwstawianie się szerzonemu u nas poglądowi, jakoby w sprawach polityki zagranicznej własnego kraju panować powinna jednomyślność, a odstępstwo od niej ociera się o narodową zdradę. Pogląd taki szerzony jest również w Rosji, a także (co można łatwo zrozumieć) na Ukrainie, jest jednak w istocie pozostałością głoszonej przez „realny socjalizm” koncepcji tzw. jedności moralno-politycznej, a więc smutnym świadectwem niedostatku kultury politycznej w naszej części Europy. W państwach o mocno ugruntowanej demokracji politycznej nie ma wątpliwości co do tego, że obywatele (w odróżnieniu od stałych rezydentów, którym przysługują prawa cywilne, ale nie polityczne) mają prawo i obowiązek aktywnego współkształtowania polityki zagranicznej swojego kraju. Przykładem takiej postawy obywatelskiej był w ubiegłym stuleciu imponujący sprzeciw społeczeństwa amerykańskiego przeciwko wojnie w Wietnamie. Wydawał mi się on wówczas przesadny w niektórych przejawach, ale podobało mi się, że żaden odpowiedzialny decydent nie odważał się kwestionować prawa obywateli do niekonformistycznego zaangażowania politycznego. Sekwencja faktów Tak się złożyło, że przeczytałem ostatnio ważną książkę Hélene Carrere d’Encausse „Eurazjatyckie imperium. Historia Imperium Rosyjskiego od 1552 do dzisiaj” (Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2014). Autorka, urodzona w Paryżu arystokratka gruzińska, zdobyła zasłużoną pozycję najwybitniejszego i najbardziej reprezentatywnego znawcy problemów narodowościowych w przedrewolucyjnej, radzieckiej i post­radzieckiej Rosji, a książka, o której mowa (wydana po francusku w roku 2005), jest zwięzłym, lecz bardzo treściwym podsumowaniem jej badań. Jest to, trzeba dodać, książka sympatyzująca z dążeniami emancypacyjnymi nierosyjskich narodowości byłego ZSRR, bardzo krytyczna wobec niedoceniającego ważności tej sprawy Gorbaczowa, ale zarazem bardzo uważna (choć mądrze powstrzymująca się od ocen) w odnotowywaniu faktów mówiących o polityce Putina i Stanów Zjednoczonych na rozległej „przestrzeni postradzieckiej”; faktów, które (wbrew intencjom Putina) doprowadziły do załamania proamerykańskiej orientacji polityki rosyjskiej, a później (o czym w książce nie ma już mowy) do dzisiejszego groźnego kryzysu. Sądzę więc, że warto przedstawić w ślad za autorką tę sekwencję faktów, odnotowywanych wprawdzie w poważnej prasie polskiej, ale łat­wo zapominanych przez naszych publicystów, a nawet politologów, bardziej zainteresowanych krytyką polityki rosyjskiej niż analizą jej uwarunkowań. Zacząć trzeba od przypomnienia, że inicjatorem wielkiej zmiany, mającej na zawsze wyeliminować niebezpieczeństwa zimnej wojny, był Michaił Gorbaczow. To on proklamował niezbędność „nowego myślenia politycznego”, czyli świata bez bloków militarnych, zastępującego walkę współpracą i umożliwiającego Rosji „powrót do wspólnego europejskiego domu”. By osiągnąć ten cel, godził się – ku zdumieniu przywódców Zachodu – nie tylko na rezygnację ZSRR z kontroli nad Europą Środkową, lecz również na zjednoczenie Niemiec, otrzymując w zamian obietnicę, że NATO nie przesunie się ani o kilometr na terytoria objęte dotychczas Układem Warszawskim i że Związek Radziecki (wciąż jeszcze istniejący) otrzyma pomoc finansową na przeprowadzenie głębokich reform. Oczywiście otrzymał te obietnice od prezydenta USA Busha seniora i od ministra spraw zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec Genschera. Dziś podkreśla się, że nie były

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 18/2015, 2015

Kategorie: Opinie