Milionerzy bez zer

Milionerzy bez zer

Tylko u nich skasowany samochód rumuński aro mógł osiągnąć wartość 6 mln 100 tys. zł W Warszawie złomowane generatory z dawnej Huty im. Nowotki szły po 45 dolarów za sztukę. Następnie trafiały do Przemyśla, a stamtąd do spółki w Stalowej Woli, która wysyłała je na Ukrainę. Na granicy każdy z 250 generatorów osiągnął wartość 3,8 tys. dolarów. Kontrakt na tak olbrzymią kwotę zainteresował organy ścigania. – I, jak mówi przysłowie, doszliśmy po nitce do kłębka – wyjawia mechanizm wykrycia największej afery podatkowej w kraju prokurator, Zygmunt Ziółkowski z Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu. Wszystkie dokumenty celne były w porządku, towar faktycznie został wyeksportowany do Doniecka. Organy ścigania postanowiły sprawdzić, co stało się z generatorami po stronie ukraińskiej. Pod wskazanym na umowie adresem znajdowało się niewielkie mieszkanie w bloku, bez żadnego miejsca na magazyn. Właściciel zrobił wielkie oczy, gdy spytano go o firmę “Moment”. Wprawdzie spółka o takiej nazwie istniała w Doniecku, ale od kilku lat nie prowadziła żadnej działalności gospodarczej. Na umowie barterowej, która przewidywała dostarczenie za generatory drewna bukowego, widniał podpis Swietłany P. Jednak taka osoba nigdy nie kierowała firmą. – Gdy okazało się, że eksport generatorów to fikcyjna transakcja, zaczęliśmy sprawdzać inne kontrakty zawierane przez tę spółkę – mówi o dalszych posunięciach prokurator. – Ujawniliśmy wiele firm, które dokonywały pozornego obrotu towarem. Za pan brat z ustawą podatkową Nie były to firmy przypadkowe. Łączył je kapitał i osoby zasiadające w zarządach. Jedne były udziałowcami drugich i odwrotnie. Dokonywały obrotu towarami w taki sposób, by uzyskać nadwyżkę naliczonego podatku VAT (a więc tego do zwrotu) nad podatkiem należnym. Wykorzystywały przy tym różne mechanizmy. Oprócz eksportu ze stawką zerową, dzięki któremu pozbywały się bezwartościowych rzeczy, korzystały z zakładów pracy chronionej. W myśl przepisów nie płacą one podatku VAT. Jedna spółka kupowała towar od drugiej, zaprzyjaźnionej. Podnosiła znacznie jego wartość i naliczała VAT do zwrotu. Towar natomiast wprowadzała aportem do zakładu pracy chronionej, zazwyczaj z terenu Warszawy, podwyższając tym kapitał udziałowy. I ta transakcja nie podlegała opodatkowaniu. Zakład pracy odsprzedawał następnie towar kolejnej spółce, która również naliczała sobie VAT do zwrotu. Potem wystarczyło towar wyeksportować i pozbyć się go raz na zawsze. Szefowie firm musieli świetnie znać ustawę o podatku VAT, gdyż wykorzystywali każdą możliwość wyciągnięcia pieniędzy z urzędów skarbowych. Sprzedawali między sobą fikcyjne usługi, podatek akcyzowy kompensowali podatkiem VAT, wystawiali faktury na olbrzymie kwoty, a potem je poprawiali, ucinając kilka zer. W aferę zamieszanych jest 36 firm z całego kraju, przede wszystkim z województwa mazowieckiego (głównie z Warszawy), podkarpackiego, świętokrzyskiego, pomorskiego (głównie Szczecina i okolic) oraz z Poznania i Łodzi. Główne centra dowodzenia związane były z Janem S. i Stanisławem P. Jeden działał na terenie Warszawy, drugi razem z siostrą, Romaną W., w okolicach Szczecina i Gorzowa Wielkopolskiego. Towary z południowo-wschodniej Polski wędrowały na ziemie zachodnie, ponieważ Stanisław P. miał większe możliwości eksportu na Ukrainę. Założona przez niego spółka upłynniała więc bezcenny, oczywiście, tylko na fakturach, towar. Szefowie wychodzili z założenia, że urzędnikom trzeba coś pokazać. Towar zalegał więc magazyny i zgadzał się co do sztuki. To, że nie przedstawiał żadnej wartości, jakoś nikogo nie dziwiło. Taśmy szpulowe na wagę złota Szefowie firm, pytani, do czego mogą być wykorzystane generatory ze starego typu radzieckich czołgów, tylko wzruszali ramionami. Trudno też im było wyjaśnić przydatność innych “bezcennych” towarów, którymi obracali na fakturach. Wartość starych płyt gramofonowych, nadających się jedynie do adapterów typu “Bambino”, wzrosła w obrocie między firmami z 4 groszy do kilkunastu złotych. Nie mniej cenne okazały się taśmy do magnetofonów szpulowych, w znacznej części zdezelowane, zalane wodą, popsute. Towar, oczywiście, nigdy nie wychodził poza krąg wspomnianych spó-łek. Sprzedawały sobie odzież na wagę, za cenę niczym z salonów Diora, stare mundury OHP, które w magazynach przeleżały ponad dziesięć lat. Tylko u nich powypadkowy, całkowicie rozbity samochód rumuński aro mógł osiągnąć wartość 6 mln 100 tys. zł. – Udało nam się zabezpieczyć ten samochód oraz akta postępowania powypadkowego – podaje z satysfakcją prokurator.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 20/2000, 2000

Kategorie: Kraj