Monstra mnie nie interesują

Monstra mnie nie interesują

Długie nogi u kobiety nie są zaletą, ale felerem

Rozmowa z Franciszkiem Starowieyskim – urodził się w 1930 r. w Krakowie w rodzinie ziemiańskiej. W 1952 r. ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. Jest twórcą ponad 2000 rysunków i obrazów, 300 plakatów, kilkuset ilustracji i 50 scenografii. W 1980 r. „wynalazł” Teatr Rysowania (dotychczas zrealizował 25 spektakli w Polsce i na świecie). Uczestniczył w wielu ważnych wystawach krajowych i międzynarodowych, zdobywając prestiżowe nagrody. Jest profesorem Europejskiej Akademii Sztuki.

– W dziedzinie sztuk plastycznych jest pan niekwestionowaną wielkością. Jaki jest pana największy sukces?
– Żadnych prawdziwych sukcesów nie osiągałem, bo byłem zbyt leniwy, by wykorzystać całkowicie swoje możliwości. Niczego tak naprawdę nie doprowadziłem do końca. Nie doznawałem takiego zadowolenia, kiedy człowiek wie, że zrobił coś na maksimum swoich możliwości i choć nie może ruszyć nogą ani ręką ze zmęczenia, jest szczęśliwy, bo wie, że coś mu wyszło. Wiele rzeczy znakomicie zaczynam, a kończę nie tak, jak powinienem. I stąd dziesiątki niedokończonych świetnych pomysłów. Mogę się jednak czymś pochwalić, choć nie są to rzeczy z mojej dziedziny. Kiedyś, wiele lat temu, zrobiłem w telewizji opracowanie muzyczne do sztuki „Gasnący płomień”, naturalnie pomagał mi fachowiec. Nie znając ani jednej nuty, skroiłem kwintet fortepianowy Schumanna. Efekt był niesamowity. Chciałbym umieć grać. Potrafię godzinami siedzieć przy fortepianie i słuchać dźwięków, naciskając klawisze, słuchać tego, co jest harmonijne, i zastanawiać się nad istotą harmonii.
– Skąd się bierze to pana zainteresowanie harmonią?
– Harmonia powinna być dążeniem twórców i rządzących. Powtarzam dziesiątki razy cytat z Apollinaire’a: -„Harmonio! Jesteś mą słodyczą”. To piękne słowa. Niestety, żyjemy dziś na nieprawdopodobnej prowincji estetycznej. Cywilizacja zabiła wrażliwość ludzi. Nawet najbardziej niezdarne i prymitywne przedmioty z XVII czy XVIII wieku zawsze mają jakąś harmonię. XIX-wieczny młynek do mięsa ma swoją harmonię, a dzisiejsza maszynka do mięsa mimo wysiłków projektantów tej harmonii nie ma.
– Nad czym właściwie pan ubolewa?
– Nie rozumie pani? Artyści zapomnieli o stylu. Stali się niewolnikami komputerów.
n Powiedział pan kiedyś: „Zawsze czułem się wolny, jako człowiek i jako artysta”. Do czego właściwie artyście potrzebne jest poczucie wolności? Z lekcji historii przecież wiadomo, że w niewoli powstawało najwięcej dzieł wybitnych. Z bezsilności, z rozpaczy, z protestu…
– Tyle samo znakomitych dzieł powstało dla pieniędzy, tyle samo z miłości, tyle samo z zachwytu światem. Wszystkie powody są możliwe. Również rozpacz z powodu braku wolności. Ale prawdziwa wolność jest we mnie. Jest moim stanem wewnętrznym. W tych ramach mogę sobie pozwolić na wszystko.
– Także na prowokacje?
– Nigdy nie zamierzałem nikogo prowokować.
– Przypominam sobie, że kiedyś wystąpił pan w telewizji niekompletnie ubrany. To przecież była prowokacja.
– Nic podobnego. Nagość jest strojem ceremonialnym, o czym wszyscy zapominają. Przed programem o Salvadorze Dalim poprosiłem scenografa o wielką, czerwoną pelerynę, która włóczyłaby się po ziemi. Przed audycją w pustym studiu naładowałem sobie mięśnie. Podczas nagrania stałem otulony w pelerynę i słuchałem, jak intelektualiści odsądzają od czci i wiary sztukę Salvadora Dalego. W pewnym momencie zrzuciłem pelerynę i w stroju ceremonialnym powiedziałem: „Zawsze karły będą występowały przeciwko wielkim”. Redaktorka od razu podskoczyła: „Niech pan założy majteczki, bo tego nie puszczą na antenę”. Zrobił się szum.
– A pan był zadowolony z siebie?
– Pewnie. Jeśli chcę dotrzeć do ludzi z czymś ważnym, muszę ich przede wszystkim zainteresować. Zmusić do uwagi. Występując w telewizji, zwykle jestem usadzany przy stoliku. Aby zrobić wrażenie, wymyślam sobie scenografię. Idę do rekwizytora i proszę o czaszkę słonia lub armatę. Ludzie zawsze oczekują od artysty czegoś niezwykłego. Jedno jest pewne: nigdy nie chciałem robić prowokacji, nie chciałem bulwersować.
– Jednak cieszy się pan opinią wielkiego oryginała i skandalisty. Czym zasłużył pan sobie na to?
– Mam na sumieniu różne wyczyny towarzyskie. Jeden z pierwszych popełniłem jeszcze w czasach stalinowskich na przyjęciu dla byłych ziemian u mojego stryja Ludwika, który chciał mnie wprowadzić w wielki świat. Zazwyczaj chodziłem w dżinsach i kurtce kanalarza, ale – choć bezdomny – w szafie u któregoś z przyjaciół zawsze miałem smoking i żakiet na specjalne uroczystości oraz białe koszule, które sam krochmaliłem. Na tym przyjęciu zjawiłem się ubrany w nienaganny żakiet z jasną kamizelką i dobrym krawatem, plus spodnie w paski. Stryj pościągał wielkie postaci ze świata arystokracji. Wszyscy byli w znakomitych, lecz mocno już powycieranych, przedwojennych garniturach. Ktoś nagle powiedział: „Coś tu piekłem śmierdzi”. Odwróciłem się tyłem i wtedy goście stryja ujrzeli mój wspaniały diabelski ogon, który zrobiłem z przypadkowo znalezionych, mocno nasmołowanych izolacji kabli elektrycznych, które przyprawiłem do spodni pod żakietem.
– Musiał pan zrobić na zebranych niemałe wrażenie.
– Owszem. Po tym „wejściu” w wielki świat przygotowywałem różne warianty na różne okazje. Pierwszego dziennikarza zagranicznego, który robił ze mną wywiad, przywitałem w domu kompletnie nago z próbnymi odbitkami wielkich czcionek na całym ciele. Był przerażony.
– Pana telewizyjne wypowiedzi mają często charakter prowokacji.
– Ależ ja mówię w oczywisty sposób o najprostszych rzeczach. Zaproszono mnie kiedyś do programu o purytanizmie. Dokoła siedzi banda profesorów i tak chrzanią, że nie jestem w stanie włączyć się do rozmowy. W pewnym momencie zwracam się z imperatywem w głosie do pani siedzącej obok: „Tak! Purytanizm jest rzeczą powszechną. Może pani piersi pokazać?”. I proszę sobie wyobrazić, że ta pani bez chwili wahania pokazała piersi, a potem się przeraziła tego. To nie była prowokacja, tylko sprowadzenie rozmowy do właściwego poziomu.
– Jaki jest pana ideał kobiety?
– Każda, byle była harmonijna. Winna mieć nawet jakiś defekt. Pojęcie piękna jest względne, jeśli się patrzy na każdą rzecz z osobna. Ja szukam w kobiecie czegoś zaskakującego. Niespodzianka jest największym walorem. Naturalnie w ramach harmonii. Każdy wielki okres w sztuce miał swoje kobiety. Na przykład secesja lubowała się w kobietach o płaskich biodrach i nadmiernie cienkich łydkach. Dziś ideałem jest Claudia Schiffer. Nie ma tolerancji dla jakiegokolwiek innego typu.
– Pan nie maluje chudych kobiet z długimi nogami. Dlaczego?
– Bo długie nogi są felerem u kobiety, nie zaletą. Jest to wyprostowanie szyjki kości udowej, które daje fatalny rysunek pośladków. A chude? Owszem, zdarzało się, że pozowały mi chude. Natomiast nigdy nie używam monstrów, bo monstra mnie nie interesują. W kobietach, które maluję, jest nie jeden, a sto walorów. Trudno je wymienić. Każda waga, każdy wiek, każdy rodzaj ma swoje walory. Ale nie filozofujmy. Filozofia służy do zabawy, a nie do określania świata.
– Kiedy namalował pan pierwszy obraz nagiej kobiety?
– Akty robiłem zawsze. To był obowiązek na uczelni. A pierwsze obrazy to patetyczne sceny z burdeli. Jako podrostek chodziłem oglądać panią Zosię. Pani Zosia uprawiała najstarszą profesję świata. Stała w nocy pod Sukiennicami we wspaniałym futrze, które przed grupą chłopców za pięć złotych rozchylała. Futro zapisała jej w testamencie pewna godna matrona. Wszyscy się oburzyli, a ona powiedziała: „W tym zawodzie nie można marznąć”. Uznała, że choć Zosia jest k…, to jednak pochodzi z dobrej, ziemiańskiej rodziny i musi mieć eleganckie futro. Lubię opowiadać takie lekkie, łatwe i przyjemne historyjki.
– Pochodzi pan z ziemiańskiej rodziny z tradycjami. Co wyniósł pan z domu rodzinnego?
– Wszelkie reguły, które są potrzebne do życia, plus znajomość historii, świadomość czasu minionego i znajomość języków. Tam został utrwalony pewien ład zdobywania wiedzy. Pamiętam, że pewnego razu siedzieliśmy z braćmi nad książkami i nagle nasza matka powiedziała: „Słuchajcie chłopcy, mnie nie obchodzi, czy się uczycie języków, czy się nie uczycie, ale dżentelmen zna niemiecki, angielski, francuski i oczywiście łacinę’. No i wszyscy trzej znamy te języki.
– Czy wychowywano pana surowo?
– Jeśli coś przeskrobałem, kary oczywiście były. Przypominam sobie, że kiedyś było u nas przyjęcie w piękny, letni dzień na wielkim tarasie, na tyłach dworu. W ramach głupich pytań do dzieci ktoś nagle zagadnął mnie: -Co teraz porabiasz, Franku?”. Poleciałem do dziecinnego pokoju i przyniosłem konstrukcję z beleczek, listew i gwoździ. Robiłem ją w garażu, gdzie nasz szofer, naprawiając samochód, wśród słów „karburator”, „kardan”, „wał korbowy” co drugie słowo mówił: „k…’. Przyswoiłem sobie to słowo jako syntezę techniki samochodowej. Więc kiedy pokazywałem naszym gościom tę konstrukcję, strasznie dumny z siebie zakomunikowałem: „A to jest k…”. Ojciec krzyknął groźnie: „Franek, do chlewa!”. Służący zaniósł mnie do chlewa, którego ostatnia przegroda wypełniona była śmierdzącą gnojówką. Na środku stał wielki kamień. Służący położył deskę, postawił mnie na kamieniu, potem zabrał deskę i poszedł. Stałem na tym kamieniu w ślicznym wizytowym ubranku, w białych podkolanówkach i myślałem: „Ja pokazuję dzieło mojego życia, a ze mnie robi się jakiegoś zbrodniarza. Dlaczego?”. Z determinacją przebrnąłem sięgającą mi po kolana gnojówkę, cały śmierdzący poszedłem na taras i z wyrzutem zawołałem: „Tatusiu, to była wielka niesprawiedliwość”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, bo zrozumieli, że ja nie wiedziałem, za co spotkała mnie ta kara.
– Tęskni pan za krainą swojego dzieciństwa?
– Moje dzieciństwo to było po
znawanie natury. Mieszkaliśmy w Bratkówce na Podkarpaciu. Dwór był pięknie położony na wysokiej skarpie nad Wisłokiem. Był park. Wiedziałem, gdzie jest gniazdo dudka, gdzie wysiadują zimorodki, gdzie gnieżdżą się zaskrońce i jeże. Znałem gatunki drzew i roślin. Każdej wiosny czekałem, kiedy spod topniejącego śniegu wyłonią się pierwsze śnieżyczki. Z przyrodą byłem na ty.
– Pamięta pan pierwszą miłość?
– Tyle ich było, że trudno powiedzieć, która z nich była pierwsza. Zawsze byłem zakochany i nigdy nic z tego nie wychodziło. Ale kobiety odgrywały ważną rolę w moim życiu.
– Przy której pan dorósł?
– Dopiero przy Teresie, mojej obecnej żonie. Z Teresą mam dzieci i prawdziwy dom.
– Niełatwo dzielić życie z wybitnym artystą?
– Najważniejszą funkcją żony artysty jest to, aby wyczuła moment, kiedy należy do niego przyjść, wypić kawę, pochylić się, gdy pracuje, i człowieka cyckami po ramionach pogłaskać.
– To dowód miłości?
– Miłości i mądrości.

 

Wydanie: 15/2002

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy