Rosja to męski świat

Rosja to męski świat

Nowe kino rosyjskie ciężko doświadcza swoich bohaterów, a zwłaszcza bohaterki

Pokazywane na 10. edycji festiwalu Sputnik nad Polską nowe kino rosyjskie zrywa z tradycją wielkich opowieści wyniesionych z literatury, za którą przez dekady, szczególnie w czasach ZSRR, tak chętnie podążało. Zamiast rozbuchania woli minimalizm. Zamiast pokazywać wielkie emocje, jest oszczędne, wręcz sterylne. Zamiast zajmować się tematami większymi niż życie, skupia się na małych sprawach. Sporo się zmieniło. Nie ma już wystawnych fresków w duchu Lwa Tołstoja i jego adaptatorów (samą „Annę Kareninę” Rosjanie przenieśli na ekran prawie dziesięciokrotnie), które pokazywały przekrój społeczeństwa i niczym kronika odnotowywały etykietę plebsu i arystokracji, a także mierzyły przepaści dzielące owe klasy. Nie ma tego bólu istnienia, który wypełniał pozbawiające złudzeń sztuki Antona Czechowa. Nie ma nawet tych umęczonych aktorów, którzy zrośli się z postacią w duchu metody Stanisławskiego. A przecież to z literatury i teatru, ale i z awangardy, wyrastały arcydzieła kina radzieckiego: „Lecą żurawie” Michaiła Kałatozowa, „Ballada o żołnierzu” Grigorija Czuchraja czy „Moskwa nie wierzy łzom” Władimira Mieńszowa. Dlaczego młodzi rosyjscy twórcy odcinają się od nich?

Kopiowanie Amerykanów

Powodów jest kilka. Za najważniejszy należy uznać fatalną frekwencję rosyjskich widzów na rodzimych filmach.

– Rosjanie wolą kino Amerykanów. Blockbustery z Fabryki Snów przyciągają wielomilionową widownię, a filmy robione przez rosyjskich twórców przepadają niezauważone. Filmowcy widzą problem i starają się go rozwiązać w najprostszy sposób – kopiując kino amerykańskie, co nie przynosi dobrego efektu. Z klapkami na oczach nie oglądają się na to, za co widownia kochała filmy ich ojców i dziadków, tylko próbują ślepo i czasami bezrefleksyjnie podążać za trendami zza oceanu – mówi Lena Tworkowska, która zajmuje się programem Sputnika nad Polską. I rzeczywiście w większości rosyjskich filmów dominuje sposób opowiadania charakterystyczny dla Amerykanów. Robione są według klasycznego wzorca: ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem, akcję zaś napędzają w nich zazwyczaj dialogi, a nie działania. Różnice dotyczą tematu. Rosjanie starają się poruszać te problemy, które toczą ich społeczeństwo, ale podlegają przy tym wielu ograniczeniom. Kino głównego nurtu nie miesza się w politykę, nie podejmuje też tematyki gender. Powodem może być prawo, które zaczyna coraz bardziej uwierać twórców. Po jego nowelizacji przed kilku laty Rosjanie mają zapisany w kodeksach zakaz używania w kinie przekleństw, nie mogą również „promować” (cokolwiek to znaczy) homoseksualizmu. Nie wiadomo, co będzie następne. Ale na sposoby są sposoby.

Kobiety do układania dróg

Przykład? „Zoologia” 28-letniego Iwana I. Twierdowskiego, syna dokumentalisty Iwana Twierdowskiego. Bohaterką jest wiodąca nudne życie pracownica zoo Natasza (świetna Natalia Pawlenkowa). Kobieta popychadło. Przynieś, wynieś, pozamiataj. W pracy otaczają ją wredne koleżanki, dom dzieli z apodyktyczną matką. Nie ma w jej życiu radości ani spełnienia. Nie ma kariery, nie ma mężczyzny, nie ma sensu ani perspektyw. I tak pewnie by trwała, niewidoczna i anonimowa, gdyby nie wstydliwa tajemnica, która wychodzi na światło dzienne. Nataszy wyrasta ogon, który odróżnia ją od reszty świata. Początkowo upokarzający atrybut okazuje się przepustką do jej emancypacji. Reżyser z wyczuciem portretuje kolejne etapy wyzwalania się bohaterki. Najpierw silna i zadowolona z postępu, uwodząca mężczyznę i ośmielająca się na ostry makijaż w pracy („To nie jest burdel”, powie jej szefowa), szybko zaczyna zauważać, jak pozorne jest przekonanie o sile kobiet i jak naiwna wiara w to, że mogą się wyrwać spod tyranii patriarchatu.

Krytyczny wobec rzeczywistości Twierdowskij swoim filmem wpisuje się w szerszą refleksję rosyjskiego kina na temat sytuacji kobiet w kraju, w którym mężczyzna wciąż stoi na uprzywilejowanej pozycji.

– Rosja jest krajem o tyle szczególnym, że poprzez dziedzictwo komunizmu z jego hasłami typu „Kobiety na traktory” kobiety stały się integralną częścią środowiska pracy fabryk, przemysłu ciężkiego i zbrojeniowego. Nikogo to nie dziwiło. Ale to, co w minionym systemie miało być świadectwem egalitarności, dziś jest kolejnym powodem pogłębiania się różnic społecznych – wyjaśniał obecny w Warszawie 76-letni reżyser Aleksandr Proszkin. – U nas kobiety nawet drogi układają, ponieważ mężczyźni nie godzą się na tak niską płacę, jaka oferowana jest za tego rodzaju zajęcie.

I o tym właśnie traktuje jego film „Ochrona”, zupełnie niepodobny do wcześniejszych osiągnięć Proszkina. Twórca sięga w nim po nadrealizm, który wśród rosyjskich filmowców w ogóle nie cieszy się popularnością. Dominuje twardy realizm, który charakteryzował też dotychczasową twórczość Proszkina, na czele z serialową adaptacją „Doktora Żywago” z 2005 r. i klasycznym, antystalinowskim obrazem „Chłodne lato 53-go” z 1987 r., który przyciągnął do kin miliony widzów. Pomysł na „Ochronę” zrodził się na planie jego poprzedniego filmu. – Kiedy kręciliśmy w zakładzie metalurgicznym, odkryłem, że w ochronie pracują wyłącznie kobiety, których makijaż intensyfikował się z każdym kolejnym przyjściem ekipy. Tak bardzo chciały zwrócić na siebie uwagę, bo nie miały nikogo. To z rozmów z nimi wziąłem pomysł na film o pokoleniu wchodzącym w dorosłość, które czeka na miłość, a zderza się z prawdziwym życiem – opowiadał PRZEGLĄDOWI reżyser.

Akcja „Ochrony” rozgrywa się w typowym rosyjskim miasteczku, w którym upadł przemysł. Mężczyźni wyjeżdżają, a piękne kobiety zostają w próżni. – Aktorki, które tu występują, są właśnie z takich miejsc, a nie z dekadenckiej Moskwy – dodaje Proszkin.

W jego filmie kobiecość ma twarz umęczenia i niespełnienia. Żadnych uniesień w duchu „Anny Kareniny”, historie o romansach zna się co najwyżej z literatury i filmów, na modłę których stylizowane są tu sceny snów. Kiedy do miasta, w którym żyje główna bohaterka, przyjeżdża popularny aktor, nie jest traktowany jako obiekt adoracji, tylko jak nośnik genów, kandydat na ojca. Tak bardzo w przedstawionym świecie brakuje mężczyzn. Proszkin zwraca też uwagę na to, że w poprzemysłowych miasteczkach jest garstka ludzi bogatych i cała masa biednych, co rzutuje na nastroje społeczne. – Ludzie stali się bardziej agresywni, nie wyrażają już uczuć, nie mówią sobie miłych rzeczy. Przegnaliśmy to, co było dobre w ZSRR, a wzięliśmy to, co najgorsze z kapitalizmu: pieniądze i sukces za wszelką cenę. To, co jest najlepsze w nas, ginie – ubolewał Proszkin, dodając, że jedyną nadzieję widzi w nowym pokoleniu, bo młodzi zawsze mają rację.

Jedyny bohater: władza

Zupełnie odwrotnego zdania jest 36-letni Kirił Serebrennikow, lau­reat głównej nagrody festiwalu za film „Uczeń”. Ekranizacja sztuki Mariusa von Mayenburga (to na jej podstawie Grzegorz Jarzyna wystawił w TR Warszawa „Męczenników”) portretuje rzeczywistość współczesnej rosyjskiej szkoły. Główny bohater Weniamin (świetny Piotr Skworcow) zaczytuje się w Biblii. Ma cytat na każdą okazję. W kwestii wiary potrafi zakłopotać matkę, dyrektorkę, nawet księdza katechetę. Chłopakowi nie można odmówić inteligencji, spożytkowywanej w budzący grozę sposób. Weniamin pozwala sobie na coraz więcej. Na lekcji WF wywołuje ferment, bo jego zdaniem koleżanki zmuszane do paradowania w strojach kąpielowych sieją zgorszenie. Najgorzej jest jednak na zajęciach z biologii, na których postępowa nauczycielka wprowadza elementy wychowania seksualnego. To ona stanie się celem Weniamina, który bojkotuje teorię Darwina, a seks z zabezpieczeniem nazywa zaprzeczeniem istoty jego natury. Serebrennikow pokazuje, jak bezsilne wobec rodzącego się religijnego ekstremizmu są gremium nauczycielskie i rodzina. Zagrożenia religijnym terroryzmem reżyser dopatruje się nie w islamie czy w innym wyznaniu z pozaeuropejskiego kręgu kulturowego, tylko w hodowanym pod własnym dachem wynaturzeniu.

Twórca nie ukrywa, że z niepokojem patrzy na to, co się dzieje w jego kraju. – W Rosji religia zawsze była sprawą prywatną. Nie wchodziła w sferę publiczną. To nas różniło choćby od Polski, w której macie zwyczaje takie jak kolęda czy procesje. U nas religia zostawała w cerkwi. Teraz to wygląda inaczej. Zespolenie Cerkwi z władzą jest coraz silniejsze, więc jedna i druga robią, co mogą, by utrzymać status quo. Państwo opłaca ogromną liczbę księży w szkołach. Oni dostają pensje z podatków. Nikt nie zadaje pytań, czy uczeń jest wierzący, czy nie. Na lekcje religii mają chodzić wszyscy i dowiadywać się na nich, jak mają żyć. To, co przekazują kapłani, jest niepodważalne – mówił PRZEGLĄDOWI na festiwalu w Cannes, gdzie jego film miał światową premierę. Zwracał także uwagę na to, że w rosyjskiej szkole – jak w filmie – władzę sprawują idący pod rękę historyk i ksiądz, którzy tak prowadzą lekcję, by wychowanie patriotyczne i religijne nie pozostawiało wątpliwości co do tego, kto jest dziś w Rosji bohaterem: władza.

Siła młodości

Na szczęście podobne przekazy nie biją z rosyjskiego kina dla dzieci i młodzieży, wyjątkowo prężnej gałęzi kinematografii (na samym Sputniku do konkursu głównego zakwalifikowały się trzy filmy, czyli tyle, ile w Polsce w tym gatunku powstało ich w ciągu kilku ostatnich lat). Takie produkcje jak „Zadymiarze”, których reżyserem jest Michaił Miesteckij, „Dobry chłopiec” Oksany Karas czy „Boisko” Eduarda Bordukowa charakteryzują się werwą, mocnymi postaciami i wolnością ideologiczną, choć nie można pominąć faktu, że dominują w nich chłopięcy bohaterowie, podczas gdy dziewczyny obstawiają drugi plan. Także tu Rosja to męski świat. Mimo to filmy spełniają swoją funkcję – pozwalają na chwilę zapomnienia, ale i pobudzają do działania. Przygody bohaterów, którzy nie siedzą z nosem w komórce czy w laptopie, zachęcają do wyjścia z wirtualnej rzeczywistości i zakosztowania tej fizycznej.

Te produkcje jako jedne z nielicznych na festiwalu pokazały, że świat dookoła może być przyjemny, a życie w nim kolorowe i pełne ciekawych wyzwań. Reszta filmów raczej nie pozostawia złudzeń. Reżyserom udzielają się napięcia na mapie geopolitycznej, pesymizm rzutuje na tkane przez nich fabuły. Twórcy ciężko doświadczają swoich bohaterów, a właściwie bohaterki, bo w tym roku to kobiety były chętniej brane pod lupę. Symbolem współczesnej Rosjanki stała się 46-letnia Julia Aug, wyróżniona na Sputniku. Zagrała w rekordowej liczbie konkursowych filmów, m.in. w „Uczniu”, „Dotyku wiatru” Olgi Wieremiejewej i Jeleny Demidowej, „Metamorphosis” Siergieja Taramajewa i Lubow Lwowej, w każdym tworząc zupełnie inną kreację. Ona również stała się pewnym łącznikiem między dwoma obrazami Rosji – tym tworzonym przez dzisiejszą sztukę, sterylnym, gorzkim, pozbawionym namiętności, a tym, który twórcy lansowali w XIX i XX w. – pełnym uniesień, zmysłowości, z miłością na pierwszym miejscu.

Aug równie przekonująco wcieliła się i w rolę matki Weniamina w „Uczniu”, kobiety samotnej, pozbawionej wsparcia mężczyzny, przegranej, zdominowanej przez syna, niemogącej uwierzyć w jego niewdzięczność i okrucieństwo, i w matkę w „Metamorphosis”. Ten drugi to jedyny obraz, który charakteryzuje tęsknota właśnie za światem wielkiej literatury oraz wielkiego kina rosyjskiego i radzieckiego. Na to momentami pretensjonalne dzieło składają się wielkie gesty i piękne stroje, a także rekwizyty minionych epok i postacie, których dziś na ulicach Rosji nie można już spotkać. Jest wśród nich młody oficer z zaczesanymi włosami i w odprasowanym mundurze. Przed bohaterką graną przez Julię Aug – kobietą rubensowską, w średnim wieku, z wyraźnym makijażem, owiniętą w niemal arystokratyczne tiule – drze szaty, deklaruje miłość, krzyczy, wyje, grozi śmiercią, jeśli jego afekt zostanie odrzucony. Nieporuszona Tatiana rezygnuje z jego uczucia, choć i ona jest samotna. Robi to bez ceremonii, bez tłumaczeń, bez wielkich emocji, sama siebie skazując na cierpienie. Czyżby przeczuwała, co podobne jej kobiety czeka niedługo?

Wydanie: 48/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy