Muzyczny cud nad Wisłą

Muzyczny cud nad Wisłą

Do małego Solca od sześciu lat przyjeżdżają artyści z całego świata. Słynny już festiwal organizuje małżeństwo z Niemiec

Sobotni, lipcowy wieczór. Z klasztoru św. Stanisława w Solcu nad Wisłą rozbrzmiewa muzyka klasyczna. Na fortepianie ustawionym przed ołtarzem utwory Schumanna, Francka i Liszta wykonuje Koreanka Lee Sang-Ah. Klasztor wypełniony po brzegi. I to nie znawcami, koneserami muzyki, ale zwykłymi mieszkańcami Solca i okolicznych miejscowości. Po każdym utworze rozbrzmiewają gromkie brawa.
Do Solca już od sześciu lat przyjeżdżają artyści z całego świata. W tym roku przez cztery dni popis umiejętności dało aż 19 muzyków z Węgier, Hiszpanii, Rosji, Izraela, Meksyku, USA i Australii. I dziwne jest nie tylko to, że festiwal odbywa się w niewielkiej wiosce, ale także to, że jego pomysłodawcami i organizatorami jest małżeństwo z Niemiec.

Z muzyką pod strzechy
– 21 lipca, w czwartek, klasztor był pełny, w piątek też – nie kryją zadowolenia Heidi i Wilhelm Holzapflowie. – Chociaż to muzyka bardzo intelektualna, kameralna, więcej wymaga od słuchacza. To jest cud, że tyle osób słucha.
Taka właśnie była ich idea, by w środku wakacji zorganizować festiwal muzyki klasycznej, i to na wysokim poziomie. Przytaczają przykład Yehudiego Menuhina, który w Wielkiej Brytanii organizował podobne koncerty na wsi niedaleko Londynu. Ludzie siedzieli na trawie i słuchali. W Niemczech takich imprez jest mnóstwo.
Jak udaje się ściągnąć tak wielu wykonawców z całego świata do małego Solca? – Mam sieć – uśmiecha się tajemniczo Wilhelm Holzapfel. – Moim znajomym jest profesor i rektor Akademii Sztuk Pięknych w Bremie. Daje plakat na uczelni i najzdolniejsi studenci trafiają do Solca. Drugi znajomy, profesor z Wyższej Szkoły Muzycznej w Kolonii, też poleca najlepszych studentów.
Zadaniem małżeństwa jest więc najpierw znaleźć studentów, wybrać program, a na końcu zdobyć pieniądze i przekonać sponsorów, którzy mogliby wesprzeć przedsięwzięcie. W tym roku sporo funduszy otrzymali od dr. Bertholda Beitza, prezesa Fundacji Krupp Essen. – Beitz przesłał do nas osobisty list – opowiadają. – Napisał, że fundacja nie wspiera festiwali. Natomiast on zgadza się z celami koncertu. Wie, że robimy dużo na rzecz pojednania polsko-niemieckiego. Wyjął z własnej kieszeni 5 tys. euro i nam podarował.
Holzapflowie także wsparli festiwal niewielką kwotą. Dali recital w konsulacie w Hamburgu, wstęp był bezpłatny, ale prosili o datki na festiwal w Solcu. Dołożyła także gmina. Budżet festiwalu nie był nigdy większy niż 10 tys. euro. – Sztuką jest ściągnąć tylu muzyków z tylu krajów i dzięki pracy wolontariuszy zamknąć budżet czterodniowego festiwalu w 10 tys. euro – przyznają.
Celem festiwalu jest to, by muzyka trafiła pod strzechy. Równie ważne jest, by początkujący muzycy otrzaskali się z publicznością. Ten festiwal jest więc także formą wspierania młodych talentów. Oni występują za skromne kieszonkowe. Podróż i pobyt mają bezpłatnie.
Opracować grafikę, przygotować i wydrukować program – to spore pieniądze. Ale nie dla Holzapflów: proszą kogoś, by napisał parę zdań, kogoś innego, by przygotował grafikę na plakaty i jednocześnie do programu. Następnie znajdują osobę, która zechce przetłumaczyć tekst.
Za każdym razem szukają znanych osób, które sprawowałyby patronat honorowy nad festiwalem. W tym roku jest to prof. Irena Lipowicz, rzecznik praw obywatelskich, w poprzednich latach – Krzysztof Penderecki, Władysław Bartoszewski, dr Andrzej Kremer, który w imieniu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego w 2002 r. wręczał małżeństwu w konsulacie w Hamburgu Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej (zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem), ambasador Niemiec w RP dr Reinhard Schweppe i ambasador RP w Niemczech dr Marek Prawda, minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski.

Kto pozna sąsiada, wyzbywa się uprzedzeń
Przygoda małżeństwa Holzapflów z Polską zaczęła się od koncertów ich amatorskiego zespołu Praetorius Kreis z Hamburga, który grał muzykę barokową. W 1983 r. ruszyli z organizacją imprez. Z grupą, która grała na viola da gamba i na fletach, zaczęli jeździć po całej Polsce. Od Szczecina po Rzeszów i od Lidzbarka Warmińskiego po Wrocław. Zrobili mnóstwo kilometrów, ich najdłuższa podróż to 2,5 tys. km w 14 dni.
Ostatecznie zakotwiczyli w Solcu nad Wisłą. Tutaj się spotykali, by poćwiczyć, popróbować, a potem wyruszali z koncertami. Pierwszy raz przyjechali do Solca w 1984 r. I tak każdego roku, aż do 1992. – Muzyka to język, który nie potrzebuje słowa – wyjaśniają. – Zanim nauczyliśmy się polskiego, muzyka była dla nas szansą, by nawiązać kontakt z Polakami.
Potem rozpoczęli wymianę studencką. W sierpniu przyjeżdżało do Polski ośmioro Niemców z Hamburga. W Solcu mieli bazę i stąd robili wypady do Lublina, Zamościa, Oświęcimia, Krakowa i Sandomierza, by zobaczyć trochę naszego kraju. Na koniec odbywało się wspólne spotkanie przy ognisku. W lutym zapraszali do siebie do Hamburga na swój koszt ósemkę polskich studentów. Młodzi ludzie płacili tylko za przejazd.
– Nasz plan był taki, by pokazać Niemcom, jakie są stosunki w Polsce i jacy są Polacy – wyjaśnia Wilhelm Holzapfel. – Przez 14 lat organizowaliśmy seminaria dla studentów z Polski i Niemiec pod hasłem: „Kto pozna swego sąsiada, wyzbywa się uprzedzeń”. To dla nas był najważniejszy cel, by bez negatywnych emocji mógł się spotkać Niemiec z Polakiem.
Pierwszego przyjaciela z Polski, Jana Wierzbickiego, poznali w 1982 r., gdy przyjechał do Hamburga. – Był u nas praktykantem – wyjaśniają. – Tak zafascynowało nas jego postępowanie, inteligencja i myślenie o świecie, że przyjaźnimy się do dzisiaj.

Po co wam ta Polska?
Jan Wierzbicki mieszka w Warszawie, ale domek letniskowy jego rodzina kupiła w Solcu. I tu spotyka się ze znajomym małżeństwem z Niemiec.
Był stan wojenny, Wierzbicki należał do międzynarodowej organizacji studenckiej AIESEC zajmującej się wymianą studentów, organizowaniem praktyk w innych krajach. – Pojechałem do firmy w Niemczech, o której nie miałem żadnego pojęcia – wspomina tamte czasy. – Tam zadziwiłem pana Holzapfla ubraniem, bo nie nosiłem dżinsów poprzecinanych scyzorykiem jak wszyscy studenci. Spytał mnie, kim właściwie jestem i dlaczego jestem tak ubrany. Odpowiedziałem, że to z szacunku do pracodawcy.
– Mając świadomość przeszłości i historii, czy przyjąłby pan zaproszenie do domu niemieckiego? – zapytał gospodarz.
I tak się zaczęła znajomość Jana Wierzbickiego z rodziną Holzapflów. Niemcy byli zdziwieni, że nie zamierza zostawać u nich dłużej, tylko chce wracać do Polski. – Odpowiedziałem, że kocham Polskę – pamięta Jan Wierzbicki. – Cieszę się, że mogę tu zarabiać, uczyć się niemieckiego, ale wracam do kraju. I to się im spodobało.
Potem zaprosił ich na wesele, czym wywołał szok kulturowy w rodzinie. Polak zaprosił Niemców do Polski! I przyjechali z instrumentami. To kolejne zaskoczenie. Grali w kościele.
Potem przyjeżdżali co roku, by amatorsko muzykować w Polsce. – Oni kochają muzykę – twierdzi Jan Wierzbicki. – Chcieli swoją muzyką się dzielić.
Kiedyś przyjechali do rodziny Wierzbickich na daczę do Solca. – Wilhelm siedział na tarasie i patrzył na łąki – przypomina sobie Wierzbicki. – Ten widok tak go urzekł, że też postanowił zbudować tu dom, chociaż nie miał polskich korzeni. Zakochał się w naszym krajobrazie. Powiedział wtedy, że chciałby mieć w Solcu jakąś przystań.
W 1990 r. Wierzbickiemu przyszło się zetknąć z panem Wilhelmem zawodowo. Firma Reemtsma, w której jako student miał praktykę, zaproponowała, by został ich przedstawicielem w Polsce. Wkrótce okazało się, że rozwój firmy jest tak duży, że to przekracza jego możliwości. – Poprosiłem, by przysłali Holz-apfla do Polski – mówi. – On był dyrektorem finansowym, zajmował się księgowością i rozliczaniem akwizytorów. Wydał się trochę zaskoczony. Był kiedyś moim szefem, a teraz miał zostać podwładnym. Przyjechał z żoną, powiedział, że Solec zawsze mu się podobał. Chcieli kupić parę metrów kwadratowych. To był 1995 r. Kupili, ale wiele musieli przejść.
Postawili drewniany dom o dość specyficznej konstrukcji. By uprawiać muzykę i mieć dobrą akustykę, na parterze mają jedno pomieszczenie.
– Po co wam ta Polska? – spytała ich kiedyś matka pana Jana. Wilhelm odpowiedział, że miał kilkanaście lat, gdy kończyła się wojna. Przeżył tragedię. Jedynym sposobem, by zapobiec kolejnym wojnom, jest poznać się, zrozumieć i jeśli się uda, polubić.
– I oni to realizują – zapewnia Jan Wierzbicki. – Postanowili zająć się prywatną wymianą studentów. Niemcy w Polsce to spotkania z przedsiębiorcami, ekonomistami i obowiązkowy wyjazd: Oświęcim lub Treblinka, Majdanek. Wilhelm szokował studentów polską perspektywą wydarzeń 1939-1945. Mógł to zrobić tylko Niemiec dla Niemców.
Potem zaskakują miejscową społeczność, prezentując muzykę, którą sami najbardziej lubią, i zaczynają organizować festiwale. I ludzie nauczyli się słuchać. Dziś jest taki popyt na muzykę, że festiwale trwają cztery dni. I za każdym razem klasztor jest wypełniony.
– Ukochanie muzyki wprowadzali
na co dzień – twierdzi Wierzbicki. – Któregoś roku zaprosili ludzi mieszkających przy swojej ulicy do domu na koncert. Rozstawili krzesła na tarasie i muzykowali. Zyskali tym szacunek wszystkich sąsiadów.
Matka pana Jana przypomina jedno zdarzenie, które powtarza jak anegdotę. Wilhelm szedł ulicą Solca. Jakaś kobieta, widząc go, przeżegnała się. – Wilhelm zapytał mnie, co to oznacza – opowiada. – Powiedziałam, że nie wiem, pomyślę. Niemiec to luter, luter to diabeł.
Poradziła Wilhelmowi, żeby dał datek na remont kościoła. Jeśli ludzie usłyszą, że Holzapfel złożył ofiarę, to pozyska sobie tych, którzy się o tym dowiedzą. I od tamtej pory ludzie na jego widok już się nie żegnali.
Małżeństwo Holzapflów przyjeżdża do Solca zwykle w połowie czerwca i zostaje tu do września. Zimą domem opiekuje się sąsiadka. Dzieci ze zrozumieniem odnoszą się do zaangażowania rodziców w Polsce. Starsza córka Annette mieszka w Monachium, młodsza Susanne w Hamburgu. Przez wiele lat przyjeżdżały do Polski, by muzykować z rodzicami. Teraz mają swoje rodziny i nowe obowiązki.

Wieś podszyta miastem
Solec uzyskał prawa miejskie w średniowieczu, utracił po powstaniu styczniowym. Tak, wieś, ale podszyta miastem. Ma trzy kościoły. Może się poszczycić pięknymi tradycjami kulturalnymi. Mieszka tu wielu nauczycieli muzyki. Gmina liczy 4,5 tys. mieszkańców, Solec – 2,5 tys.
Formalnym organizatorem Festiwalu Muzyki Klasycznej jest Stowarzyszenie Przyjaciół Solca nad Wisłą. Jego prezes Jacek Witkowski przyjechał do Solca za pracą, jest weterynarzem, jego żona – stomatologiem. Gdy tu przyjechali, już na stałe wsiąkli. – Wprawdzie jesteśmy organizatorem festiwalu, jednak sami byśmy go nie przeprowadzili – przyznaje. – Dzięki sponsorom może się odbywać już szósta edycja. Strategicznym sponsorem od paru lat jest duży koncern tytoniowy z Niemiec, pomagają też prywatne osoby, oczywiście nasi lokalni przedsiębiorcy, starostwo powiatowe, Urząd Gminy w Solcu nad Wisłą. Patronat medialny sprawuje Radio Lipsko.
Prezes zapewnia, że stowarzyszenie stara się co roku wprowadzać nowe elementy. Ubiegłoroczny festiwal stał pod znakiem Fryderyka Chopina, przyjechały różne formacje, nawet przedstawiciele muzyki elektronicznej grali transkrypcje utworów naszego kompozytora.
– Jak się przyjęły festiwale w tym środowisku? – Jacek Witkowski zastanawia się chwilę. – Baliśmy się, czy ten rodzaj muzyki znajdzie odbiorców w naszej miejscowości. Myślę, że skoro już pięć lat koncerty odbywały się przy komplecie widzów, to takiej muzyki ludzie chcą słuchać. I ten rok jest dla nas o tyle ważny, że postanowiliśmy rozszerzyć ofertę na drugi brzeg Wisły. Nasza wielka idea to łączenie obu brzegów. Dzisiejszy koncert duetu z Hiszpanii odbędzie się w kościele w Piotrawinie, do którego popłyniemy łodziami.
Oprócz koncertów priorytetem stowarzyszenia jest działalność turystyczna na Wiśle. Buduje tradycyjne łodzie, dokładne repliki tych, które służyły do transportu przed wiekami. – Jest to nasza ogromna satysfakcja, że coś się zaczyna dziać na Wiśle – przyznaje prezes.
Prezes opowiada, że początki nie były łatwe. Solec jest małą miejscowością, zamkniętą społecznością. Mieszkańcy byli nieufni wobec Holzapflów. Nikt nie wiedział, jakie są intencje Niemców, którzy nie wiadomo dlaczego zaczęli przyjeżdżać do Solca. W wielu starszych osobach słowo Niemiec budziło wspomnienia z okupacji. Jednak bariery zostały pokonane. – To ogromny sukces państwa Holzapflów, którzy pokazują, że są otwarci, chcą robić coś ciekawego – wyjaśnia Jacek Witkowski. – Nauczyli się języka polskiego, można z nimi rozmawiać po polsku. Oni też zrozumieli wiele rzeczy i dużo dali od siebie. Korzyści są obopólne.
Solec stał się przykładem tolerancji w praktyce i wiele samorządów może tego pozazdrościć. – Przyjaźń poprzez muzykę i dzięki muzyce – przyznaje prezes stowarzyszenia. – Jest takie powiedzenie, że muzyka łagodzi obyczaje, muzyka nie zna granic i rzeczywiście – muzyka jest uniwersalna. Moja matka nauczycielka zawsze mówiła, żeby szukać przyjaciół tam, gdzie śpiewają. Źli ludzie pieśni nie znają. I to na pewno się sprawdza.
Zdaniem Jacka Witkowskiego, Solec na pewno nie będzie drugim Kazimierzem czy Bałtowem, ale może robić coś ciekawego zupełnie inaczej. – Nasza oferta dla turystów, którzy chcą spędzić parę dni w Solcu, jest też atrakcyjna – zachęca prezes. – Popływać po Wiśle, posłuchać bardzo dobrej muzyki. Poza tym co roku na koniec sezonu, we wrześniu, organizujemy królewskie regaty wiślane.
Pomysł z budową łodzi poddał Michał Nowak, który też działa w stowarzyszeniu. Urodził się nad Wisłą, obecnie pracuje w Goczałkowicach, w jej górnym biegu. – Odbudowuję dawne łodzie – mówi o swojej pasji. – Kocham się w takich łodziach, one od wieków pływały u nas, po małopolskim przełomie Wisły.
Łodzie nazywają się baty i jeszcze w latach 50. transportowano nimi owoce i miód z okolic Solca do Warszawy. Teraz stowarzyszenie usiłuje odtworzyć wiślaną flotę. Zbudowało dwie łodzie – to przedsięwzięcie prywatno-społeczne.
A co budowniczy łodzi sądzi o festiwalu muzyki i jego pomysłodawcach? – To impreza kapitalna, aktywizuje lokalną społeczność – mówi z entuzjazmem. – Poza słuchaniem muzyki wszyscy świetnie się tu bawimy. Bardzo to miłe, szczególnie że muzycy są młodzi i tworzą przyjazną, sympatyczną atmosferę. Państwo Holzapfel są rodzicami chrzestnymi imprezy. Wrośli w to środowisko, bardzo mili ludzie. Dzięki nim udaje się scalać społeczność.

Nauczył się grać dla żony
Zanim wykonawcy i publiczność przeprawią się łodziami na koncert do Piotrawina, Wilhelm Holzapfel znajduje chwilę, by pochwalić się kolekcją instrumentów.
– Viola da gamba to instrument strunowy, protoplasta wiolonczeli – pokazuje. – A to bas, altówka, skrzypce. To instrumenty nowoczesne.
Ze znawstwem ciągnie opowieść o historii instrumentów. O tym, jak szlachta w całej Europie chciała słuchać muzyki na wolnym powietrzu. Na starych instrumentach w ogóle nie można było grać na zewnątrz. Rozstrajały się przy jednym powiewie wiatru. Skok techniczny, czyli przejście na struny stalowe, umożliwił możnowładcom rozkoszowanie się muzyką na świeżym powietrzu. – W tamtych czasach muzyka była popularna – wyjaśnia.
– Wiele osób grało. To nie jest żart, ale na ścianie zakładu fryzjerskiego w Anglii wisiały takie instrumenty. Kto musiał poczekać na strzyżenie, brał jeden z nich i grał. Tak też było w Niemczech. Zresztą do dzisiaj panuje taki zwyczaj.
Holzapfel prezentuje kolejne instrumenty. Harfa trubadurów z XIV w. kosztuje ok. 6,5 tys. euro. Kolejny instrument ubezpieczony jest na 16 tys. euro. Też jest bardzo cenny. To viola da gamba tenor bas. – Pozwalają osiągnąć dźwięki niemożliwe do wydobycia na dzisiejszych instrumentach – tłumaczy pan Wilhelm. – A tu są rogi, cały komplet. Tutaj gitara barokowa.
Równie ciekawie jak o instrumentach opowiada o początkach zainteresowań muzyką.
– Jeszcze w czasach kawalerskich, chcąc zatrzymać przyszłą żonę przy sobie, musiałem być bardziej inteligentny, niż byłem, nauczyć się jeździć na nartach i grać na instrumencie – wyjawia z uśmiechem.
Przyznaje, że czuł się jak idiota, gdy jego córki i żona grały na instrumentach, a on nie umiał odczytać nut. Mając 42 lata, postanowił to zmienić.
– Zaczął od nauki na flecie prostym – potwierdza żona. – Dziękuję losowi, że mój mąż, który nigdy nie grał przed naszym poznaniem, też zaczął grać. Nie chciał być jedyną osobą w rodzinie, która nie gra na instrumencie.
Heidi Holzapfel od dzieciństwa interesowała się muzyką, do której w jej rodzinie przywiązywano dużą wagę. Zaczynała od gry właśnie na flecie prostym. Kiedy jednak miała 10 lat, spotkała w pociągu, którym dojeżdżała ze wsi do miasta, nauczycielkę muzyki. – Powiedziała, że mam dobre ręce do grania na wiolonczeli – pamięta tamto spotkanie. – Dopiero gdy ukończyłam 16 lat, byliśmy w stanie kupić violę da gamba. Kosztowała wtedy trzymiesięczne dochody mojego ojca. Otrzymywałam bardzo dobre lekcje u pana, który później został profesorem w Kolonii. To była moja pasja. Viola da gamba przez całe dzieciństwo i młodość była moim przyjacielem. Córki w wieku pięciu lat też zaczęły grać, ale na wiolonczeli.

Coś innego niż występy w wielkich salach
Młodzi wykonawcy bardzo chętnie opowiadają o sobie i pobycie w Solcu. Tatiana Gawriłowa-Tswetowa występowała ostatniego dnia festiwalu. – Cieszę się, że znalazłam się w Polsce – mówi. – Na festiwal pojechaliśmy dzięki naszej szkole w Bremie, dzięki Heidi i Wilhelmowi Holzapflom.
Pierwszego dnia zaprezentował się Aleksander Kołomets, który gra dawną muzykę. Hugo Miguel de Rodas Sanchez z Meksyku uczestniczył w koncercie otwierającym festiwal. Wykonywał specyficzną muzykę z początku XVII w. – Dla mnie to najlepszy repertuar – twierdzi.
– Może wzięło się to z mojego wyczucia muzyki ludowej, która ma wiele z baroku.
Melinda Havasi-Kiss z Węgier w Polsce była już wcześniej z chórem. – Bardzo mi się podoba miejscowa publiczność – chwali słuchaczy. – Widać, że są naprawdę zainteresowani. Zachwycają się nami. Nie czuję bariery, że jestem po drugiej stronie, obca, z zagranicy. Chociaż to mała miejscowość, publiczność jest dość wyrobiona muzycznie.
Studiuje w Bremie. Uważa, że muzyka klasyczna na wsi to coś wspaniałego, innego niż granie w wielkich salach. Młodzi muzycy są zaskoczeni dużym zainteresowaniem. Po koncertach mieszkańcy podchodzą, proszą o autograf. – Muzyka naprawdę trafia tu pod strzechy – przyznają z zachwytem. – To piękna idea.
Hiszpanka Ilemi Kemonah Martinez wcześniej w Solcu koncertowała z grupą pięciorga przyjaciół. – Gdy na uczelni pojawił się plakat o występach w Solcu, od razu się zgłosiłam – mówi. – Cieszę się, że tu jestem. A publiczność? Owszem, czasami nie wie, kiedy klaskać, ale proszę zwrócić uwagę, wszyscy są do końca i jeszcze proszą o bis. Nikt nie wychodzi wcześniej. Ci ludzie się cieszą, a po to się muzykuje.

Analfabeta, a na koncertach się wzrusza
Architekt Roman Wrzosek, który projektował dom Holzapflom, przyznaje, że dzięki festiwalowi Solec dużo zyskał. – Na początku był czysty barok, w miarę upływu lat udało nam się przemycić parę zespołów niekoniecznie muzyki barokowej – wyjawia kulisy festiwalu. – Zespół z Francji grał w klasztorze, Ukraińcy, chyba 15 osób, dali fantastyczny koncert pieśni starocerkiewnej. Formułę festiwalu zmienialiśmy. Byli też w ubiegłym roku wykonawcy muzyki alternatywnej.
Jak obserwuje, mieszkańcy dobrze przyjmują koncerty. Widać, że jest im to potrzebne. Równolegle w Kazimierzu Dolnym odbywają się inne festiwale muzyczne, konkurencja jest spora, bo Kazimierz od lat stara się ściągnąć jeszcze więcej ludzi. Holzapflowie organizują festiwal nie dla przyjezdnych, ale dla tutejszych, z okolicznych miejscowości.
Agata i Joanna Szołajskie były na pierwszym koncercie w czwartek, na inauguracji. Grały trzy osoby na instrumentach dawnych. – Nie jestem wielkim miłośnikiem muzyki klasycznej, ale podobało mi się – przyznaje pani Agata, która jest nauczycielką.
– Przed rokiem słuchałam muzyki Chopina.
Młode kobiety uważają, że koncerty to promocja Solca. Większość ludzi przyjmuje je z aplauzem. Jest stałe grono, które bywa na wszystkich koncertach. – Solec to niby wieś, ale ma piękne tradycje miejskie, królewskie – mówią z dumą. – Tu znajdowało się kiedyś Studium Nauczycielskie. Było wielu nauczycieli, którzy poszli w świat.
Elżbieta Leśkiewicz-Prochalska, mieszkanka pobliskiej Kolonii Nadwiślańskiej, jest zauroczona festiwalem. – To mała miejscowość, prawie niewidoczna na mapie, a ta muzyka rozbrzmiewa daleko poza granicami naszych terenów – nie kryje uznania dla organizatorów i wykonawców. – To miód na naszą duszę. Małżeństwo z Niemiec ma ogromny udział w tym, co się u nas dzieje. Jesteśmy zachwyceni ich aktywnością. Potrafili to wziąć w garść, okiełznać i zrobić porządną imprezę, która dla Solca jest ogromną nobilitacją. Wprawdzie zmniejsza się u nas liczba mieszkańców, ale ci, którzy zostają, świetnie promują miejscowość.
Holzapflowie cieszą się z takich opinii mieszkańców. – Żona sąsiada mówi, że mąż nie potrafi się podpisać, jest analfabetą, a na koncerty chodzi i się na nich wzrusza – uśmiecha się pan Wilhelm. – Solec zmienił się od czasu, gdy pojawiły się tu koncerty. Solczanie są dumni z festiwalu, który odbywa się u nich we wsi.

 


Za swoją działalność w Polsce Heidi i Wilhelm Holzapflowie otrzymali już w 2001 r. od Uniwersytetu Szczecińskiego medal zasługi za porozumienie między narodami. W 2002 r. prezydent Aleksander Kwaśniewski przyznał im Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej. W sierpniu zeszłego roku małżeństwo otrzymało od prof. Ireny Lipowicz, rzecznika praw obywatelskich, odznakę honorową „Za Zasługi dla Ochrony Praw Człowieka”.

Wydanie: 31/2011

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy