Mikołajek powraca

Mikołajek powraca

Do księgarń trafia nowy tom przygód najsłynniejszego ucznia świata, które bawią dzieci i dorosłych

„Kiedy w domu wydało się, że wypadłem najgorzej na klasówce z matematyki, zrobiła się straszna afera! Jakby to była moja wina, że Kleofas jest chory i nie było go na klasówce! No bo w końcu, kurczę blade, ktoś musi być najgorszy, kiedy jego nie ma!”. Żelazna, dziecięca logika. Przygody, które bawią małych i całkiem dorosłych. Nowy tom. I najsłynniejszy uczeń świata w roli głównej. Mikołajek powrócił!

Stara paczka

A razem z nim jego koledzy – wspomniany Kleofas (który – jak już wiadomo – jest najgorszy w klasie), dobry kumpel Alcest (który bez przerwy coś je), Ananiasz (który jest prymusem i pupilkiem nauczycielki), Gotfryd (który ma bardzo bogatego ojca), Euzebiusz (który lubi rąbnąć tego i owego pięścią w nos), Rufus (którego ojciec jest policjantem) i jeszcze paru innych. Francja lat 50., świat Mikołajka już raczej nie istnieje – dla wielu czasy, gdy telewizor był rzadkością, brzmią jak prehistoria. Czy jednak nadal nie wygląda znajomo? Fantastycznego poczucia humoru czas się nie ima. Rodzice wciąż robią rzeczy dla dzieciaków kompletnie niezrozumiałe, a czasem sami zachowują się jak małe dzieci. Szkolna matematyka bywa dla dorosłych nie do udźwignięcia. Sąsiedzi nie zawsze żyją ze sobą w zgodzie. Zjazdy rodzinne nie muszą mieć wiele wspólnego z sielanką. A nauczycielka, która w wolny dzień ma iść z grupą łobuziaków do cyrku, na pewno nie będzie mieć szczęśliwej miny. Co oczywiście dla Mikołajka jest absolutnie niezrozumiałe: przecież pani też idzie do cyrku.
Mały Francuz, który podbił serca czytelników na całym świecie, dostał wygląd i imię od rysownika Jeana-Jacquesa Sempego. Natchnienia do nazwania go Mikołajkiem (Le Petit Nicolas) dostarczyła reklama wina Nicolas, której przyglądał się ilustrator. Sempe z entuzjazmem podszedł do zilustrowania w charakterystycznym stylu kolejnych 80 opowiadań, które nie znalazły się w pięciu tomach opowieści o Mikołajku, wydanych w latach 60. Ujrzały światło dzienne dzięki wytrwałej pracy Anne Goscinny. To spod pióra jej ojca wyszły urocze i przezabawne historyjki o perypetiach małego chłopca i jego kumpli. Zmarły przed prawie 30 laty (w 1977 r.) Rene Goscinny – jeden z najważniejszych twórców europejskiego komiksu – powołał do życia także Asteriksa i Obeliksa, Lucky Luke’a, wezyra Iznoguda i wielu innych.

Niespełniony rysownik

Nieprzypadkowo jego nazwisko brzmi znajomo. Urodził się, co prawda, w Paryżu w 1926 r., ale jego ojciec przyjechał tam z Warszawy, a matka pochodziła z ukraińskiej wsi. Gdy miał dwa lata, rodzina Rene Goscinnego przeniosła się do Buenos Aires. Tam spędził kolejne 17 lat, skończył szkołę i pracował jako księgowy w fabryce wyrobów gumowych. Jednak ta kariera trwała zaledwie rok, bo obie strony – pracownik i pracodawcy – stwierdzili, że dalej im razem nie po drodze. Goscinny zaczął pracować jako rysownik w pracowni, którą dzisiaj nazwalibyśmy agencją reklamową. W 1945 r., trzy lata po śmierci ojca, Rene wyjechał do Nowego Jorku, gdzie dzięki talentowi poligloty znalazł zatrudnienie jako tłumacz w małej firmie handlowej. Rok później upomniała się o niego francuska armia, zaś po obowiązkowej służbie w piechocie wrócił za ocean. Kariery rysownika nie zrobił, nie udało mu się dostać do studia Walta Disneya, ale poznał wielu świetnych twórców komiksu, wśród nich Maurice’a de Bévere’a, podpisującego się Morris – to z nim będzie opowiadał o przygodach „kowboja, który strzela szybciej od własnego cienia”, czyli Lucky Luke’a.
Na szczęście dał sobie więc spokój z rysowaniem i poprzestał na pisaniu humorystycznych historyjek i scenariuszy komiksowych. W międzyczasie wrócił do Europy na zaproszenie – niektórzy twierdzą, że zbyt dosłownie zrozumiane, wyłącznie grzecznościowe – belgijskiego wydawcy. Tak czy owak w 1951 r. Goscinny wylądował jako szef paryskiego oddziału oficyny i nawiązał współpracę z Albertem Uderzo. Obaj wraz ze współpracownikami najpierw zajmowali się reklamą, a potem postanowili założyć rozrywkowe pismo „Pilote”. W pierwszym numerze zadebiutowało wspólne dziecko Goscinny’ego i Uderzo, nie kto inny jak bohater bodaj najważniejszego europejskiego komiksu – Asteriks. Pojawienie się małego, dzielnego Gala, który razem z mieszkańcami wioski, przy niewielkiej pomocy magicznego napoju, stawia opór wielkiemu imperium rzymskiemu, zmieniło – jakby to górnolotnie nie zabrzmiało – oblicze komiksu na starym kontynencie. Do dziś Asteriksa poza 310 milionami egzemplarzy zeszytów uwieczniono w kilku pełnometrażowych animacjach, dwóch filmach fabularnych (a trzeci jest w produkcji), a także konkurencyjnym dla Dinseylandu parku rozrywki. Lucky Luke gościł w serialach rysunkowych i filmach fabularnych, podobnie inne postaci komiksów Gościnnego. A odnalezione przygody Mikołajka odniosły spektakularny sukces we Francji i tłumaczone są na 20 języków.

Dla każdego coś miłego

Asteriks, podobnie jak Lucky Luke czy Mikołajek, przyciąga czytelników w każdym wieku. Dzieci interesuje warstwa rysunkowa i fabularna, a dorosłych – inteligentny humor, oparty na skojarzeniach kulturowych (komiksowa wioska to „słodka Francja” w miniaturze), żartach językowych i zabawnym zderzeniu współczesnych wynalazków z wyobrażeniami o starożytności. Być może Goscinny zdziwiłby się, jak daleko w aluzyjności posunął się Uderzo w 33. odcinku Asteriksa „Kiedy niebo spada na głowę”, wydanym w październiku. Podteksty wymierzone w Busha i Amerykanów są aż nadto wyraźne. Choć z drugiej strony wioska Galów zawsze była synonimem nieugiętej Francji, odpierającej najazdy Rzymian, Niemców i… Hollywood, a powstała, bo pewien wydawca stwierdził, że dalej nie może tak być, żeby dzieci czytały tylko amerykańskie komiksy. Może więc nie byłby jednak zdziwiony…
Faktem jest, że fabuły Goscinnego bawią i dzieci, i dorosłych. Dlatego krytycy sytuują go w roli kogoś w rodzaju prekursora trendu widocznego dzisiaj w tomach sygnowanych J.K. Rowling czy Philip Pullman, albo w każdej niemal pełnometrażowej kreskówce. Ów trend to przekraczanie granicy pokoleniowej i pisanie (albo filmowanie) materiału atrakcyjnego dla odbiorców w różnym wieku. Krytycy najchętniej stworzyliby nową szufladkę, w której tego typu literaturę jak przygody Mikołajka można by bezpiecznie zamknąć. Tylko czy taka klasyfikacja ma jakikolwiek sens? Zostawmy Goscinnego, Rowling czy Pullmana, ale czy istnieje odpowiedni wiek do czytania Roalda Tolkiena, C.S. Lewisa, Lewisa Carrolla? Albo sięgając bliższych czasów i rodzimego podwórka – Musierowicz czy Sapkowskiego? Czy metryka ma tu coś do rzeczy? Mikołajek z pewnością stwierdziłby, że to mnóstwo trudnych wyrazów, specjalnie, żeby nie zrozumiał. Jednym słowem, jakieś bzdury, które opowiada się dzieciom…

 

Wydanie: 45/2005

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy