Nie tylko o worku z kotem Różewicza

Nie tylko o worku z kotem Różewicza

Różewicz pisze o codzienności ludzi, niewidniejących na okładkach kolorowych magazynów. To dowód wrażliwości na los tzw. zwykłych zjadaczy chleba, do których sam się zalicza, choć zdobył sławę międzynarodową.
Zadzwonił nieznajomy pan i przedstawiając się ogólnie, złożył nieśmiałą propozycję. Pragnął mnie zainteresować ekskluzywnym kręgiem towarzyskim, czymś w rodzaju nieformalnego klubu kolekcjonerów najbardziej osobliwych i cennych fajek z całego świata. Powoływał się nawet dla zachęty na moją książkę o światowej sławy genetyku francuskim, Piotrze Słonimskim, którego na zdjęciu widział z fajką. Nie mogłem przyjąć tej skądinąd frapującej propozycji, bezwiednie kojarzącej się z opowiadaniem Ilii Erenburga „Trzynaście fajek”. Tłumaczyłem odmowę, zgodnie z prawdą, że nie mogę się teraz rozpraszać, zalegam bowiem ze złożeniem Państwowemu Instytutowi Wydawniczemu dużych rozmiarów książki o sztuce i krwi w czasie wojny i okupacji i że obiecałem Redaktorowi Naczelnemu „Przeglądu” napisanie o nowej książce Tadeusza Różewicza „Kup kota w worku”, a może nawet zgodnie z sugestią Redaktora – czegoś więcej.
Nazwisko Różewicza poruszyło kolekcjonera: – Ja z Różewicza zdawałem maturę! – powiedział. – O coś mnie pytano, zapomniałem wszystko, ale jakoś zdałem.
– Przepraszam – zapytałem grzecznie – ile pan ma lat?
– Sześćdziesiąt – odpowiedział spontanicznie.
Już po zakończeniu tej rozmowy pomyślałem, że zapewne dobrze ustawiony życiowo kolekcjoner (wszak fajek nie kolekcjonują biedacy) przeżył na maturze jakiś horror związany z Różewiczem i dlatego, jak wspomniał, więcej już tego autora nie czytał. A maturę z Różewicza zapewne zdawał w 1966 lub 1967 r. A więc u kresu małej stabilizacji (tak autor „Kartoteki” nazwał koniec lat 50. i początek 60. minionego wieku).
Współczuję kolekcjonerom fajek, bo Różewicza niełatwo zrozumieć. Ale nie wszyscy z tym mieli trudności. Kiedyś na sesji Polskiego Pen Clubu nagradzano parę rosyjskich poetów, a zarazem tłumaczy na rosyjski, m.in. wierszy Tadeusza Różewicza. Opowiadali, jakie mieli kłopoty w KC KPZR, związane z tym polskim poetą. Wysoki rangą funkcjonariusz partyjny nie miał jednak żadnych trudności w zrozumieniu poezji Różewicza. Poświęcił podobno jeden cenny wieczór na przejrzenie wyboru jego wierszy, po czym orzekł: „Co to za poezja, co to za wiersze?! Napiszę lepsze podczas najbliższego urlopu w Soczi!”. I dlatego nie chciał się zgodzić na wydanie w ZSRR tak miernej poezji. Ale jakoś go przebłagano…

Wielki reporter

„Kup kota w worku”! – kusi Różewicz w 2008 r. swych czytelników, a także byłych i obecnych maturzystów, magistrów, docentów, finansistów, ekonomistów, dziennikarzy, kreatorów mody i programistów, ochroniarzy, posłów, senatorów, prezesów spółek z ograniczoną i nieograniczoną odpowiedzialnością oraz supergwiazdy widowisk informacyjnych, reżyserów i scenografów, komentatorów, dyrektorów kancelarii i gabinetów politycznych, patriotów, „pijarowców”, kochających inaczej lub staromodnie, a nawet inżynierów dusz ludzkich w sutannach, drążących wody termalne. I do przodu, Alleluja!
Weźmy dla przykładu wersy z poematu „Credo”, z ostatniej, wyżej wspomnianej książki. Różewicz w wierszu „Nadchodzi”, według jednej z zasłyszanych interpretacji, ma za złe sponsorom, że są skąpi. Tak w mojej obecności objaśniano w jednej z księgarń osobie, która chciała kupić książkę ze względu na koty. Poczytajmy.

  1. Nadchodzi

nadchodzi wielki
Sponsor Mecenas
w masce w kapturze
w kominiarce na głowie
uważaj dziecię bo kominiarz
cię porwie Książę tego świata
ojciec chrzestny

nadchodzi dobrodziej
wrzuca do czapek beretów
do cylindrów i biretów
„Nagrody”

wielką małą albo inną
byle jaką prestiżową
okruch z pańskiego stołu
ułamek procenta
górę papierowych pieniędzy
górę papierów wartościowych
bez wartości
grosik (ale nie wdowi)
dla laureata pokojowej nagrody nobla

pokoju jak nie było tak nie ma
nie będzie
si vis pacem, para bellum

grosik dla powieścio-pisarza
grosik dla poety męczennika
błazna śpiewającego
w ognistym piecu cenzury
trzy grosiki od bogini zwycięstwa
od petrarki od herdera
od goethego i buchnera
dla kundelka i Homera
trzy oskary dla King-Konga
miliard dla hary potera (…)

Jestem tylko reporterem i pewnie ta zawodowa skaza sprawia, że dostrzegam w Różewiczu również poetę-reportera, jednego z największych. Czytam go, chodzę na jego sztuki do teatrów, oglądam je w telewizji, obserwuję od lat przede wszystkim z tej swoistej perspektywy. I jakoś w ten sposób usiłuję go zrozumieć. A spotkania i rozmowy przybliżają go jako człowieka, któremu życie nie skąpi ciosów.
„Kup kota w worku” jest satyrycznym reportażem z codziennych zdarzeń rozgrywających się, jak to się teraz mawia, w naszej wirtualnej rzeczywistości. A zarazem jest to swoisty komentarz do ruchomych obrazków, do opakowań, owego „pijaru”, który wszystko, łącznie ze sztuką, nauką, polityką – przemienił w towar na sprzedaż, w niekończące się widowisko rozrywkowe. Nie chodzi o treść, ta jest nudna, trudna do zrozumienia – liczy się tylko „oglądalność”.
Jednak żeby zrozumieć Różewicza, o którym kiedyś ktoś (z okazji nadania mu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego) napisał, że „(…) dzieło Różewicza mówi na przemian, a czasem równocześnie: o słabości i wielkości indywidualnej biografii; o dramatycznych i tragikomicznych losach Polaków (…)”, trzeba choć pobieżnie prześledzić jego życie i dzieło. Nawet w sporych rozmiarów felietonie nie da się tego zrobić bez wielkich skrótów i uproszczeń. Przywołam więc w okruchach wczesną młodość pisarza.
Niedawno rozmawiałem o nim z Haliną Kwiatkowską, świetną aktorką Starego Teatru w Krakowie, autorką wielu książek, w tym wspomnieniowej, „Mój wielki kolega” – o Karolu Wojtyle, uczniu gimnazjum w Wadowicach, za dyrekcji jej ojca, Jana Królikiewicza. Pani Halina poznała Tadeusza Różewicza po wojnie, w Krakowie, gdy zajmował mały pokoik w słynnej kamienicy – domu literatów na Krupniczej 22. Był początkującym poetą, studiującym historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. I to były lata pierwszych przeżyć teatralnych prowincjusza z Radomska, a podczas okupacji niemieckiej żołnierza Armii Krajowej. Dopiero po wojnie zobaczył w krakowskich teatrach najznakomitszych aktorów. A pierwszą sztuką, jaką pamięta, była chyba (to „chyba” wyraża wahanie, czy dobrze mu się utrwalił tytuł) „Wariatka z Chaillot” Giraudoux. Podziwiał w kolejnych spektaklach oprócz Marii Dulęby również Władysława Woźnika. W tych powojennych latach studenckich zobaczył też pierwszy raz przedstawienie Witkacego na scenie w „Cricot 2”. Był to w inscenizacji Jeremianki i Kantora – „Wariat i zakonnica”.
O okresie z Krupniczej opowiadał z pewnym żalem, że zaniedbał się wtedy jako reporter… Ale do tej sprawy powrócę. Najpierw jeszcze o owym siedlisku literackim z Krupniczej.
– Wspomniany dom przy ulicy Krupniczej – opowiadał – zaludniały rzesze literatów, artystów wszelkiej maści, dziennikarzy, takich początkujących poetów jak ja, były też szacowne wdowy po głośnych, sławnych pisarzach. Mieszkała tam jakiś czas wdowa po Stanisławie Brzozowskm, jak również wdowa po Stanisławie Ignacym Witkiewiczu, pani Jadwiga. W tym domu mieszkał Stefan Kisielewski z rodziną, a nad nim komunistyczny pisarz, Adam Polewka, też z liczną rodziną.
Kisielewski, Kisiel, już błyszczał swoimi niekonwencjonalnymi felietonami w tajemniczym wtedy dla mnie „Tygodniku Powszechnym”.
Byłem z nim na większy dystans niż z jego przemiłą żoną, panią Lidką. Ale również z nim często rozmawialiśmy i mieliśmy do siebie zaufanie. Pani Lidka była bardzo gościnna i kierowała się zasadą: czym chata bogata. Była życzliwa, „ciepła”…
Kisiel z czasem zaczął czytać moje wiersze, publikowane w „Odrodzeniu”. W parę lat po wojnie ofiarował mi drugą po „Sprzysiężeniu” powieść, „Zbrodnię w północnej dzielnicy”. W dedykacji napisał: „Koledze Tadeuszowi Różewiczowi – z nieufnością wobec poezji i poetów”.
Już po wielu latach, gdy Kisielewscy mieszkali w Warszawie, a ja we Wrocławiu, napisał do mnie, że Lidia chciałaby dostać ostatnią moją książkę. Skomentował tę prośbę sarkastycznie: „Nie wiem, dlaczego żona lubi pana czytać, bo mnie się tylko podobały te pańskie trupie powojenne wierszyki”.
O czym mowa? Żeby zrozumieć sens tej typowej dla Kisiela uwagi, trzeba najpierw przywołać jeden z owych wierszy.

Był styczeń
I

Był styczeń rok czterdziesty piąty
W rowach leżeli martwi żołnierze
martwi pokryci szkliwem lodu
i szara zieleń ich mundurów
znaczona była czarną krwią

Żywych i martwych
wyrzucił w nocy
ze swego wnętrza
mroźny wschód
na klamrach pasów napis
wił się
Gott mit uns
Świt wyszedł
z nocy
okrwawiony

Żandarm co matkę bił po twarzy
leżał bez twarzy
z głową jak orzech
przez czołg zmiętą
Z nogą w kolanie zgiętą tak
jakby od śmierci uciec chciał

Ogromną masę martwych ciał
wywalił z siebie
groźny wschód
w styczniową noc

II

Był styczeń rok czterdziesty piąty
I w huku dział
jak liść
tak drżał nasz dom
I w świetle dnia do domu mego
przyszli żołnierze
z Kraju Rad

Zostali krótko na kwaterze
śpiewali pieśni
czyścili broń
pomagali matce
mówili do niej: Matko
mówili: nie płacz matko
nie trzeba

Mijają lata
ciągle widzę
jej uśmiech
przez łzy

Pytałem, czy ten wiersz można uznać do pewnego stopnia za sprawozdawczy.
– Tak. W całości, myślę, oddaje nie tylko poetycki obraz tego dnia, właściwie całej doby, w połowie stycznia 1945, jest syntezą przeżyć okupacyjnych różnych ludzi.
Pytam więc o szczegóły…
Różewicz opowiada m.in.:
– Długi dzień z połowy stycznia 1945, z 14 na 15, obfitował w zaskakujące w naszym domu „wizyty”. Najpierw zjawili się niespodziewanie bardzo młodzi niemieccy lotnicy. Uciekli na piechotę z jakiegoś pobliskiego zbombardowanego przez Rosjan lotniska polowego. Niektórzy w lekkich płaszczach, inni w samych tylko mundurach. Lotnicy odróżniali się mundurami i charakterystycznymi odznakami. Byli to chłopcy ostatniego już poboru, 19-, 21-letni; gdy się wojna w 1939 r. zaczęła, byli jeszcze dziećmi. Wyróżniali się jakby lepszym wychowaniem, mieli mimo przyczajonego w oczach lęku, sympatyczniejsze twarze. Przyszło ich pięciu-sześciu, tylko z bronią krótką. Nie znaliśmy ich zamiarów. Mogli nas w odruchu wściekłości zastrzelić lub dla zabawy poczęstować granatem. Wszystkiego można było się spodziewać. Ale oni uciekając przed śmiercią, przed Rosjanami, chcieli chwilę odpocząć. Poprosili naszą matkę, żeby im ugotowała kawy.
Może mieli swoją kawę, a może matka zaparzyła im tę naszą erzac-kawę zbożową, z cykorią? W odruchu kobiecej solidarności, gdzieś w podświadomości, z myślą o matkach synów wojennych, tę kawę zrobiła. Pamiętam, jak z gorących kubków pospiesznie pili, siorbali. I po kilku chwilach (chyba to trwało jakieś pół godziny), dziękując za gościnę, poszli dalej.
Czy uciekli w tym dniu od śmierci? Czy mieli szansę zachować życie w ciągu dalszych jeszcze czterech miesięcy wojny?
Któż to wie. Raczej nie… byli w okrążeniu.
Teraz rozumiem, dlaczego Stefan Kisielewski gustował w tych realistycznych wierszach, bo przywoływały znane mu obrazki z końcowych tygodni wojny, którą po powstaniu przeżywał w Skierniewicach i okolicy. Utrzymywał się tam z pędzenia bimbru. Potem zaczepił się w Krakowie, pełnym wygnańców ze zburzonej Warszawy – i trafił do stworzonego przez ks. Jana Piwowarczyka i Jerzego Turowicza „Tygodnika Powszechnego”.
Wróćmy jednak do krakowskich czasów powojennych, do wspomnianego domu literatów przy Krupniczej. Jak to było z wdową po Witkacym, panią Jadwigą Witkiewiczową?
– Już mówiłem, że przez kilka lat tam mieszkałem – wspomina Różewicz. – I niemal codziennie spotykałem ją na schodach, kłaniałem się jej, ona odpowiadała uśmiechem, a ja myślałem: jutro muszę jej zaproponować rozmowę, przeprowadzić z nią wywiad, przecież to jest niebywała okazja!
Z nią nikt wtedy nie rozmawiał, nikt się jej mężem i przedwojennymi losami nie interesował.
Ona na pewno chciałaby coś o tym wszystkim opowiedzieć, to mogłoby być pasjonujące. Każdego dnia przy tym „dzień dobry” o tym myślałem, ale jakoś się nie przełamałem. I przepadło! Ona wyjechała do Warszawy, a ja do Gliwic.
Różewicz żałuje tego zaniechania, które, jak sądzę, wynikało z jego nieśmiałości i błędnie jest chyba przez niego łączone z niektórymi projektami porzuconych, nienapisanych sztuk dramatycznych. Inna materia twórcza, w innym wieku, inny wysiłek.

Korepetycje przed maturą

No dobrze, ale jak teraz opowiadać maturzystom, przygotowującym się do zdawania wiosną 2009 r. egzaminów, o autorze sztuki „Do piachu”?
Pytanie nie jest tylko teoretyczne. Mam w swym kręgu rodzinnym Ewę, prawie wnuczkę, bo wnuczkę mego brata Jerzego, która właśnie za kilka miesięcy zdaje maturę – rocznik 1990.
Nie wiem, czy będzie „zdawała z Różewicza”. Przypuszczam, że wątpię – odpowiadam Wiechem. Bo teraz podobno wszystko przebiega inaczej.
Jednak załóżmy, że gdzieś ktoś z chłopców i któraś z panienek anno 2009 zechce mówić na maturze o sztuce „Stara kobieta wysiaduje”. Jak ma opowiadać o autorze „Śmierci w starych dekoracjach” w sytuacji, gdy poeta żyje już od dawna w nowych dekoracjach, a zdający egzamin maturalny nie zna innej scenografii niż ta, którą codziennie ogląda?
Jak młodym opowiadać o Tadeuszu Różewiczu, wszak dla nich lata 80., a nawet rok 1990 to starożytność…
Niewykonalne zadanie, ale spróbuję.
Przed wybuchem wojny 1939 r. w miasteczku Radomsku, w niezamożnej urzędniczej rodzinie Różewiczów żyło trzech chłopców: Janusz, Tadeusz, Stanisław.
Janusz, najstarszy z nich, był już przed wojną po maturze. Budził wielkie nadzieje jako początkujący poeta, już trochę publikowany, i zapatrzony w poetów ze Skamandra i „Wiadomości Literackich”. Tadeusz – średni – był marzycielem, w skrytości gdzieś tam nieśmiało w duszy pobrzmiewały w nim nutki poetyckie, ale uznając talent brata, wahał się, czy iść w jego ślady. Stanisław – najmłodszy – dopiero pod koniec okupacji okrzepł. Kilkanaście lat później objawił się już jako wybitny reżyser filmowy i potem również jako znakomity wychowawca kolejnej generacji reżyserów.
Dojrzały Janusz wcześnie wstąpił do konspiracji i szybko zdobywał w strukturach Armii Krajowej zaufanie przełożonych. Podczas okupacji bracia ustalili, że gdyby się gdzieś pogubili, to obowiązkowym miejscem ich spotkania będzie Paryż przy Łuku Triumfalnym – bo pobyt w tym mieście był ich wspólnym marzeniem.
W 1944 r. Janusz, oficer AK, służył w jednym z jej ogniw wywiadowczych. Na parę miesięcy przed końcem wojny schwytało go gestapo. Zginął śmiercią męczeńską, nie ujawniając Niemcom niczego. Wiadomość o tym do rodziny przyszła z opóźnieniem, a matka chłopców długo się łudziła, że jej najstarszy syn się odnajdzie.
Tadeusz nieco później niż Janusz wstąpił do wojskowej konspiracji w Radomsku i w konsekwencji znalazł się w jednym z leśnych oddziałów partyzanckich AK. Przeżycia z tym związane można odczytać w jego sztuce „Kartoteka”, a w innym, bardziej skomplikowanym aspekcie w sztuce „Do piachu”, która w swoim czasie wywołała niemądre protesty niektórych akowców, zwłaszcza tych, którzy sztuki nie znali…
Powracam do pytania o sztukę „Stara kobieta wysiaduje”. Co ona takiego wysiedziała? Podsunę odpowiedź, jakiej udzielił mi kiedyś na to pytanie sam autor sztuki.
– Wysiedziała globalny śmietnik. Kiedy ja ją stworzyłem, to jeszcze nie zauważono, że żyjemy na śmietniku, trzeba było trzydzieści lat poczekać na to. Nie chcę mówić, że byłem wieszczem… wieszczem śmietników, ale miałem do przodu wystawione takie czujniki, które reagowały na śmieci albo na to szaleństwo konsumpcyjne. Widziałem na Zachodzie ludzi latających z obłędem w oczach – wtedy tam były wielkie sklepy, bo u nas w Polsce nie było za czym latać. Piszę o tym m.in. w opowiadaniu „Śmierć w starych dekoracjach”. Stara kobieta wysiedziała wielki globalny śmietnik, wysiedziała wiele wojen, które się tam w tej sztuce toczą: tam są okopy, tam są żołnierze, którzy walczą – to są jej dzieci, jej syn.
Teraz wielu młodych jeszcze przed maturą robi sobie zdjęcia przed Łukiem Triumfalnym w Paryżu. Inni jadą do Neapolu, żeby tam zobaczyć wschód i zachód słońca. W Neapolu nie mają problemu ze zrozumieniem przesłania sztuki Różewicza, wszak śmieci zalegają tam miesiącami, latami na ulicach. I to góry śmieci zasypały prof. Romana Prodiego, którego odsunął od władzy magnat medialny Silvio Berlusconi. Ów wygrał wybory hasłem: „Wywiozę smrody z Neapolu i z całej Italii!”.
Czy nam długo przyjdzie czekać na podobne zdarzenie? Wiem, że dla wielu młodych z Warszawy, Krakowa, ale również wielu mniejszych miast piętrzące się niedaleko ich domów hałdy śmieci to straszny problem. Być może wkrótce znajdzie się w ogólnopolskiej kampanii wyborczej jako priorytet kandydata na premiera. Niewykluczone, że dzięki temu wygra wybory i stanie na czele państwa polskiego jakiś sprytny „pijarowiec”, krzycząc: „Naprzód, Polsko! Gdy obejmę władzę – wymiotę wszystkie śmieci!”.
Gdzie? To się zobaczy…

W pancerzu autoironii

Różewicz napisał kiedyś wiersz „Opowieść o starych kobietach”, afirmujący ich trudną codzienność. Ten wiersz dzięki fińskiemu rzeźbiarzowi polskiego pochodzenia Radosławowi Grycie został utrwalony w parku w Helsinkach na pomniku jego dłuta poświęconym zwykłym kobietom. Był też po przetłumaczeniu na hiszpański odczytany w Meksyku, a autor zgromadzonym na spotkaniu z nim, niemłodym kobietom, równolegle odczytał go po polsku. I spotkał się z bardzo emocjonalnym przyjęciem. Z niebywałą owacją. A Meksykanki, zazwyczaj matki wielu dzieci, były zaskoczone, zdumione, że poeta z dalekiej Europy (bo z tamtejszej perspektywy tak to odbierały, pojęcie Polski dotarło do nich później) napisał poezję, wiersz o starych kobietach.
Różewicz pisze o codzienności ludzi, niewidniejących na okładkach kolorowych magazynów. Czy to jest przejaw jego „lewicowości”? Według mnie, to dowód jego wrażliwości na los tzw. zwykłych zjadaczy chleba, do których sam się zalicza, choć zdobył sławę międzynarodową, jego wiersze przetłumaczono na kilkadziesiąt języków świata, odebrał wiele uniwersyteckich doktoratów honorowych i innych zaszczytów.
Lubi proste jedzenie, nie gardzi kieliszkiem alkoholu. Prowadzi rozmowę bez nadymania się, językiem prostym, takim samym, jak pisze. Dowcip, anegdota, autoironia to pancerz chroniący go przed byciem „gwiazdą”. To człowiek poważny, w najgłębszym sensie tego słowa. I z takiej perspektywy odbieram jego ostatnią książkę: „Kup kota w worku”. Można ją czytać na różne sposoby. Weźmy z niej jeszcze inny wiersz (fragment większej całości), z poematu „Credo”.

największą prawdą XXI wieku
i największą tajemnicą jest TO
że nie ma prawdy
prawdziwy świat
został skradziony ludziom
i bogom
na to miejsce Książę tego świata
podsunął ostatnim ludziom
świat fałszywy
ociekający złotem krwią ropą

i w takim świecie
zostałem poszukiwaczem poezji

wierzyłem
że jestem poszukiwaczem prawdy
i piękna

„była raz wojna”
po tej wojnie na której i ja
powąchałem prochu
pisał Steinbeck
„prości ludzie nauczyli się bardzo wiele
w ciągu ostatnich 25 i już nie można
ich oszukać starymi magicznymi słowami.
Nie wierzą w złotą przyszłość,
składającą się ze słów”.

wcześnie (za wcześnie?) zrozumiałem
to czego nie chcieli zrozumieć
poeci kapłani

poszukiwacz poezji nigdy
nie był poszukiwaczem „prawdy”
był poszukiwaczem „piękna”
a piękno z prawdą stanowią
niedobraną parę
przecież „prawda” może być
brzydka odrażająca kaleka
piekło Dantego
nie ma nic wspólnego z prawdą
a jest przerażająco piękne
genialne wiersze i poematy
są zwykłymi zestawami
słów i zdań
gramatyka poezji
to gramatyka milczenia i braku
piękno rodzi się
z nieobjętego łona natury przeciska się
przez wargi mniejsze i większe

okrwawiona ślepa poezja
zaczyna mówić

jestem poszukiwaczem poezji
od roku 1938

pochylony nad mętną
gnuśną pełną odchodów
rzeką życia
próbuję (…)
2007-2008

Zażartuję. Cytowany wyżej fragment wiersza z „Credo” odczytałem na nowo, zwłaszcza zdanie o odpadach. Przypadkiem bowiem w jednej ze stacji radiowych wysłuchałem rozmowy ze znanym ekonomistą i byłym ministrem finansów Grzegorzem Kołodką. Wypowiadał się na temat krachu finansowego na świecie, a także różnych konsekwencji wyboru Baracka Obamy na prezydenta USA. W pierwszej sprawie profesor przypomniał, że przed kryzysem on, Kołodko, dawno już ostrzegał. W drugiej stwierdził, że klasa intelektualna Obamy podnosi wreszcie poprzeczkę dla przyszłych polityków, nie tylko w USA.
Na pytanie, dlaczego obecni politycy reprezentują tak niskie pod każdym względem standardy, bez wahania orzekł: – No cóż, elitę elit ciągnie do banków i w ogóle korporacji finansowych. Do polityki idą odpady.
Rozumiem, że odchody z Wall Street i londyńskiego City wlewają się do rzeki polityki, do rządów, a elita panuje… nad finansami. I teraz już wiem, dlaczego doszło do tak wielkiego kryzysu.
Inny wybitny ekonomista zastanawiał się w telewizji nad przyszłością współczesnego kapitalizmu. Był optymistą: – Chodzi o to – mówił – żeby kapitalizm tak zreformować, „by wilk był syty, a owca cała!”.
Otóż to! Myślę, że Różewicz z łatwością napisze drugi tom „Kota” i przytoczone wypowiedzi wrzuci mu do kolejnego worka.
A swoją drogą, jak to możliwe, żeby wilk był syty, a owca cała?
Rozwiązanie narzuca się samo przez się: wilk zmienia dietę – zostaje wegetarianinem. Zajada się jagodami jak niedźwiedź przed zimą.

 

Wydanie: 49/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy