Taki trochę drugi Kutz

Taki trochę drugi Kutz

Nie potrafimy opowiedzieć o współczesnym Śląsku w sposób krytyczny i inaczej, niż robiono to wcześniej

Robert Talarczyk – aktor, reżyser i dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach

Prawie w każdej rozmowie jest pan pytany o Śląsk. Nie robi się nudno?
– Może się kurczyć zestaw odpowiedzi. Dużo już o Śląsku powiedziałem i boję się, że nie mam nic nowego do dodania. Wymyślam więc teraz, że nie lubię Śląska, że jest przekleństwem.

A nie jest?
– W jakimś sensie na pewno, ale to również trochę prowokacja z mojej strony. Śląsk zawsze był i będzie w kręgu moich zainteresowań, bo jestem Ślązakiem. Mam go w krwiobiegu. Zawsze będzie mnie bolał, zachwycał i irytował. Nie da się zamknąć Śląska na klucz i o nim zapomnieć.

Co w nim takiego irytującego?
– Nie potrafimy, ja też mam z tym problem, opowiedzieć o tym Śląsku współczesnym w sposób krytyczny i różniący się od tego, w jaki opowiadano o nim wcześniej. Nawet gdy reżyserowałem „Dracha” Szczepana Twardocha, który już w samej literaturze jest bardzo krytyczny, nie uchroniłem się przed sentymentalną opowieścią o śląskiej rodzinie, zamiast intensywniej skupić się na strasznym fatalizmie zapisanym w tej książce.

Czym jest dla pana Śląsk?
– Czymś, bez czego funkcjonować nie mogę. Ani w sferze artystycznej, ani w prywatnej. Doszliśmy ostatnio w teatrze do wniosku, że musimy powołać jakiś klub lub stowarzyszenie, które promowałyby Śląsk na skalę kraju, a nawet Europy, ale trochę inaczej niż dotychczas. Można by obmyślić status Ślązaka Doskonałego i przyznawać go każdemu, kto chce tym Ślązakiem być. I ten Ślązak składałby się z kilku cech charakterystycznych dla regionu oraz kilku wymyślonych. Byłby to w pewnym sensie łącznik pomiędzy Śląskiem mitycznym a współczesnym.

Każdemu? Bez żadnego kryterium?
– Takim kryterium byłaby naturalnie miłość do Śląska, jako krainy nieco fantasmagorycznej, na granicy realności i snów, miłość w różnych odmianach – np. do niezwykłych miejsc, cudownej architektury, fantastycznej kuchni, fajnych ludzi, otwartych na drugiego człowieka, niezwykłego języka, malarstwa, muzyki, filmu, teatru, wielokulturowości, powikłanej historii, dzięki której w tym miejscu występują w przyrodzie cechy charakterystyczne dla różnych zakątków Europy, od Pragi poprzez Wiedeń, Berlin i Warszawę. I każdy, kto by się z tym utożsamiał, mógłby otrzymać status Ślązaka Doskonałego.

Chodzi o to, żeby nastała moda na Śląsk?
– Ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Może nawet zahaczająca trochę o mit. Chodzi o to, żeby ludzie przyznawali się, że chcą być Ślązakami, bo z różnych powodów fajnie być Ślązakiem, bo bycie nim to przywilej. Śląsk nie zamyka się na resztę kraju, a odnoszę wrażenie, że uważa się, że żyjemy w jakimś getcie. Jesteśmy indywidualni i osobni, ale otwieramy się na innych, chcemy, żeby ludzie w Polsce nas poznawali. A oni raczej boją się Śląska. Nie wiadomo, dlaczego. Jest dystans. I stereotypowe postrzeganie – przez pryzmat kopalń i górników. O opcji niemieckiej już nie wspomnę.

Dla mnie w tej mityczności tkwi siła Śląska. Tak samo jak w jego enigmatyczności. W tej samej chwili, w której wyjeżdża się ze Śląska, już się za nim tęskni.
– Na szczęście łatwo tutaj wrócić. W cztery godziny można dojechać z Katowic do Wiednia, w pięć – do Berlina czy Pragi. Położenie jest bardzo atrakcyjne.

Stawia pan sobie ambitny cel – sprawić, żeby nie patrzono na Śląsk jak na skansen czy rezerwat. Ale czy troszkę nie próbuje pan wyważać otwartych drzwi? Śląsk nowocześnieje. Widać to gołym okiem.
– Rzeczywiście. Z perspektywy zwykłego obywatela, człowieka, który tutaj mieszka, muszę przyznać, że Śląsk jest bardzo dobrym miejscem do życia. W ciągu ostatnich kilkunastu lat bardzo się zmienił.

Coraz lepiej też dzieje się w kulturze. Przybyło na Śląsku regularnych i ważnych imprez artystycznych.
– Kultura naprawdę rozkwita. Mamy znaczące festiwale muzyczne, choćby Tauron Nowa Muzyka Katowice czy Off Festival. Powstało wiele interesujących instytucji, w których mieszkańcy mogą na co dzień stykać się z kulturą wysoką. W modzie jest pójść na koncert do NOSPR, Filharmonii Śląskiej, do Teatru Śląskiego na jakiś spektakl, do Muzeum Śląskiego. W modzie jest także przyznawanie się, że jest się „stąd”. Region bardzo się przeobraża. Na bok odsuwane są m.in. mity związane z kopalniami. Na bok odchodzi industrialność. Albo się ją artystycznie przeobraża, np. na Industriadzie.

Kopalnie ustąpiły miejsca sztuce?
– Trochę tak się stało. Ślązacy mają coraz większą potrzebę ukulturalniania się. Zresztą ta ambicja istniała w nas zawsze. Jeszcze przed wojną działało tu mnóstwo amatorskich grup teatralnych, do których należeli również, jak co chwila się dowiaduję, członkowie mojej rodziny. Zakładali chóry, grali na różnych instrumentach. Mieli ogromną potrzebę realizowania się poprzez sztukę. Zawsze mówiłem, że jestem pierwszym artystą w rodzinie, ale teraz już tak mówić nie mogę. Jestem pierwszym, który robi to zawodowo.

A co z godną pozazdroszczenia hierarchią wartości? Też się zmienia?
– To aż tak bardzo się nie zmienia. Przywiązanie do wartości i tradycji jest tutaj w dalszym ciągu niezwykle mocne. Podobnie jak przywiązanie do rodziny. Istnieje jednak potrzeba umocnienia wartości, a także uwierzenia, że te, które obowiązywały 100 lat temu, nie straciły na aktualności. Współczesny Ślązak jest trochę zagubiony. Próbuje mu się wmówić, że ta rodzina wcale nie jest taka fajna, że przywiązanie do Kościoła, które zawsze było silne, też nie jest za dobre. A ludzie muszą zrozumieć, że i ze schematyczności może wyniknąć coś dobrego. Schemat można rozwalać, ale trzeba pamiętać, że stanowi on jakiś punkt wyjścia. Stoi za nim tradycja i mądrość pokoleń. Jeśli się zniszczy tę bazę, jeśli połamie się kładkę, na której stoimy, polecimy w dół.

„Piąta strona świata”, „Wujek.81. Czarna ballada” czy „Drach” to trzy chyba najważniejsze spektakle o Śląsku, które wyreżyserował pan w ciągu ostatnich sześciu lat. Ich wspólnym mianownikiem jest los Ślązaków, a największe znaczenie mają właśnie wartości.
– Jest jeszcze „Cholonek”, który ma już prawie 16 lat. Widzowie bardzo chętnie przychodzą na te przedstawienia. Wzruszają się. Widać, że utożsamiają się z bohaterami, czują, że są z tego samego plemienia. My nie robimy spektakli przeciw komuś. My w śląskich teatrach jesteśmy za – za sobą, za Ślązakami, po prostu za człowiekiem. Mówimy, że to, co pokazujemy na scenie, co widzowie przeżywają w domach, jest wartością, że jest w tym szlachetność. Nawet jeśli ktoś uważa to za naiwne, banalne, dla nas najistotniejszy jest efekt – pozytywne wzruszenie. Stawiamy na szczerość i uczciwość. Nie jesteśmy koniunkturalistami.

Tę szczerość kupują również widzowie, którzy nie utożsamiają się ze Śląskiem.
– To widać, kiedy pokazujemy spektakle w innych częściach Polski czy poza nią. Zwłaszcza „Piątą stronę świata”. Ludzie mają podobne doświadczenia. One nie muszą się nazywać „Śląsk”. Ważne, żeby odnaleźć w tych teatralnych historiach cząstkę siebie. Tak naprawdę są to opowieści bardzo uniwersalne.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 6/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Wikipedia/Przemysław Jendroska

Wydanie: 6/2020

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy