Śmierć bez woalu

Śmierć bez woalu

Wystawa „Bodies… The exhibition” rodzi pytania o sens istnienia czy też…

Poruszenie medialne (i społeczne), wywołane publiczną prezentacją spreparowanych ludzkich ciał i organów w jednym z warszawskich centrów handlowych (sic!), między sklepem z butami a kawiarnią, jest symptomem czegoś więcej niż tylko jednorazowego przekroczenia tabu. Wystawa „Bodies… The exhibition” autorstwa dr. Roya Glovera, na której odwiedzający mogą oglądać wnętrze ludzkiego ciała – tyle że nie z tektury, lecz z kiedyś żywej tkanki – sygnalizuje nam szersze zjawisko kulturowe, które można by nazwać odrzuceniem woalu. To już krok do prawdziwej rewolucji, która prowadzi do tego, by zakwestionować nierozerwalny związek trzech podstawowych rejestrów – Symbolicznego, Wyobrażeniowego i Realnego – na jakich opiera się współczesna cywilizacja. Rewolucji, dodajmy, w perspektywie skazanej na klęskę, która jednak pozostawi po sobie traumatyczny ślad.
W przypadku „Bodies…”, a także wcześniejszych prób wkroczenia na teren czystej realności pozbawiony wymiaru symbolicznego, takich jak prezentacje spreparowanych zwłok przez Gunthera von Hagensa, anatoma z Heidelbergu, nie mamy do czynienia ani ze sztuką, ani z nauką (choć właśnie na tę ostatnią chętnie powołują się autorzy obu projektów). Sztuka bowiem, nawet ta najbardziej szokująca, w której na trwałe zainstalowane w kulturze symbole umieszcza się w niepokojących kontekstach wyobrażeniowych,

żywi się paradoksem:

widz zawsze patrzy na nią poprzez własne fantazmaty, przekonania czy prze(d)sądy. Nauka zaś, która służy wiedzy, wyklucza element ekshibicjonistyczny, będący widomym znakiem „plastynacji” ludzkich zwłok, wystawianych na publiczny widok niczym człowiek-słoń w obwoźnym cyrku.
Dwa przykłady. Gdy Zbigniew Libera prezentował w galerii zestaw klocków Lego, z których można było zbudować obóz koncentracyjny, skrył swą pracę za woalem symbolu: oto komercyjny wyrób-zabawka przybrał makabryczną postać, by obudzić w wyobraźni wizję banalizacji realnego zła we współczesnej popkulturze. Co by było jednak, gdyby artysta – nie z klocków, ale z betonu – wybudował prawdziwe komory gazowe, w których ginęliby np. mieszkańcy cel śmierci? Gdzie byłoby miejsce na symbol i wyobraźnię? Gdy studenci medycyny schodzą do prosektorium, gdzie przeprowadzają sekcje zwłok, nie uczestniczą w jarmarcznym spektaklu dla każdego, lecz kryją się za woalem naukowego doświadczenia, które jest konieczne z punktu widzenia ich powołania lub pragnienia. Co by było, gdyby używali skalpela bez tego kontekstu?
Wystawa „Bodies…” niemal natychmiast została wzięta pod lupę prokuratury (która bada, czy nie zbezczeszczono ludzkich zwłok), oprotestowana przez przedstawicieli Kościoła oraz posłów Prawa i Sprawiedliwości, a także rzecznika praw obywatelskich i trzech byłych prezesów Trybunału Konstytucyjnego. „Jest wyjątkowo brutalnym zamachem na godność ludzi, którzy pod pozorem działań artystycznych zostali sprowadzeni do roli przedmiotów, które mają epatować i wzbudzać tanią sensację. Swój udział w działaniach godzących w godność osób, których

ciała zostały sprofanowane,

mają wszyscy współorganizatorzy wystawy, osoby ją odwiedzające, a także te media, które reklamują ekspozycję”, napisali Marek Safjan, Jerzy Stępień i Andrzej Zoll.
Wtóruje im jezuita i bioetyk, ks. dr Artur Filipowicz: „Bolszewicy wystawiali ciało św. Andrzeja Boboli jako osobliwość w Muzeum, a naziści robili popielniczki z czaszek. Człowiek sprowadzony zostaje do poziomu rzeczy. Nie widzę wielkiej różnicy między tym a wystawami Glovera czy von Hagensa”. „Czy chcielibyśmy, żeby ciała naszych bliskich zmarłych – dzieci, sióstr, braci, matek były obwożone po świecie i pokazywane? Czy poprzez to się wyraża szacunek?”, pyta. Wprawdzie trup nie jest już podmiotem ludzkim, więc z racjonalistycznego punktu widzenia trudno go szanować, ale w optyce katolickiego duchownego i tradycji, jaka za nim stoi, liczy się to, że „nie wszystek umrę”.
Ten protest, który – inaczej niż w przypadku rozmaitych dzieł sztuki, gdy mamy na ogół do czynienia wyłącznie z buntem ideologów – jednoczy różne środowiska, pokazuje przede wszystkim oburzenie moralne, ale w głębszym znaczeniu stanowi przypomnienie, jak by powiedzieli psychoanalitycy, że warto liczyć się z Wielkim Innym – tradycją, kodem kulturowym, społecznym makrokosmosem, ekonomią norm, prawem etc. W tym sensie naturalistyczna ekspozycja „Bodies…” stoi na antypodach tradycji balsamowania zwłok, uwzględniającej symboliczne rytuały z duszą ludzką w tle. Dodatkowe wątpliwości budzi fakt, że ciała, które zostały poddane specyficznej obróbce przez dr. Glovera, zostały sprowadzone z Chin, a ich pochodzenie nie jest do końca wyjaśnione.
Problemem ekspozycji „Bodies…” jest także fakt, że sytuuje się ona poza „wojną postu z karnawałem”, że jest wyobcowana z antynomii sacrum i profanum – w gruncie rzeczy ani nie uświęca życia, ani nie przydaje śmierci znaczenia. Wielu zwiedzających podkreśla jednak, iż

nie widzi nic zdrożnego

w możliwości poznania anatomii ludzkiego organizmu. Trudno się z nimi nie zgodzić, ale w ich spojrzeniu brakuje pytania: po co ktoś zdecydował się spreparować, a następnie wystawić w komercyjnym centrum handlowym ludzkie ciała? Jeśli nie w celach naukowych, to może dla własnej rozkoszy oglądania reakcji oglądających? Co zrobią, gdy spotkają się z tym, czym sami mogliby się stać po śmierci, bez swojego udziału? Czy widok uplastycznionych zwłok ich przerazi, czy zafascynuje? A może chodzi o to, by nareszcie zerwać kolejny woal i obnażyć prawdę: że z punktu widzenia wieczności jesteśmy tylko grupką ludzików biegających bez ładu i składu, z których po śmierci zostanie Nic?
Pytanie o intencje Preparatora pozostaje otwarte, tak jak sprawą oczywistą wydaje się to, że instytucje państwowe powinny skapitulować w obliczu tego wyzwania kulturowego – formalny zakaz byłby błędem, gdyż z definicji pełni funkcję „erotyzującą”: nadaje znaczenie nawet pustce. Warto jednak odejść od wystawy „Bodies…” na odległość spojrzenia, by zauważyć, że wpisuje się ona w powszechny trend, którego pierwszą jaskółką był program „Big Brother”. Dziś jedna z dawnych uczestniczek którejś edycji tego reality show, Brytyjka Jade Goody, chce umrzeć na oczach milionów. Już po tym, jak stała się dzięki temu programowi popularna, dowiedziała się, że śmiertelnie choruje na raka. „Żyłam przed kamerami i być może przed kamerami umrę”, zapowiedziała.
Telewizja to kupi (i sprzeda), miliony to obejrzą. Tak jak w przypadku „Bodies…” rejestr symboliczny został stracony na rzecz realnego w czystej postaci, tak śmierć na żywo Jade Goody stanie się następnym krokiem w stronę „odczarowania” ludzkiej egzystencji. Dramat obu tych sytuacji nie polega jednak na sprzeniewierzeniu się etyce czy moralności (niech każdy rozstrzyga to sobie we własnej głowie), lecz na tym, że wskazuje niebezpieczną ścieżkę, na którą wkroczyła współczesność. Niebezpieczną dlatego, że bez woalu życie staje się koszmarem, którym w istocie jest. Jaką cenę zapłacimy za tę pewność, która dotychczas była tylko przypuszczeniem, nadającym sens istnieniu?

Wydanie: 9/2009

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy