Jak wydać dobrą książkę i na niej zarobić – rozmowa z Jackiem Marciniakiem

Jak wydać dobrą książkę i na niej zarobić – rozmowa z Jackiem Marciniakiem

W innych krajach pozycja wydawcy jest znacznie silniejsza niż w Polsce

Jacek Marciniak – założyciel (wspólnie z żoną Klárą Molnár) i redaktor naczelny oficyny Studio Emka, jednego z czołowych wydawnictw specjalizujących się w literaturze ekonomicznej, publikującego światową klasykę książek motywacyjnych. W lipcu br. w Studiu Emka ukazała się okolicznościowa księga „Wojciechowi Jaruzelskiemu – Żołnierzowi i Mężowi Stanu”.

Życie po życiu

Co pan robił w poprzednim życiu?
– Czyli?

Zanim został pan wydawcą.
– Skończyłem historię na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, byłem dziennikarzem zajmującym się upowszechnianiem literatury i czytelnictwa w regionalnym piśmie dla młodzieży „Jantar”. Współpracowałem ze szczecińskim oddziałem Telewizji Polskiej, a potem w Warszawie z tygodnikiem „Nowa Wieś”, angażowałem się w działalność klubów książki i w pracę na rzecz środowiska wiejskiego.

W jakim miejscu zastał pana koniec starego świata – PRL?
– W Komitecie Centralnym PZPR. Byłem wtedy sekretarzem prof. Mariana Stępnia, sekretarza KC zajmującego się kulturą.

Jak odnalazł się pan w nowej sytuacji?
– Stanęliśmy z Klárą, moją żoną, wobec prozaicznego pytania: jak żyć dalej? Siłą rzeczy musiałem znaleźć dla siebie nowe miejsce w świecie pracy. Klárze – Węgierce bez etatu, zajmującej się dorywczo rękodzielnictwem i pisaniem książek dla dzieci – też było ciężko.
Po wyprowadzce z „Białego Domu” z zaprzyjaźnionym dziennikarzem Markiem Sierockim postanowiliśmy wydawać pismo muzyczne dla młodzieży. Kolega Kláry, który był szefem węgierskiej edycji „Popcornu”, zachęcał: „Róbcie »Popcorn« w Polsce. Pogadam z Marquardem, na pewno się zgodzi”. Jürg Marquard, szwajcarski magnat medialny, przysłał nam list intencyjny, jeździliśmy do Monachium uzgadniać szczegóły projektu. Angażując własne pieniądze, przygotowaliśmy latem 1990 r. pierwszy numer pisma. Ostatecznie jednak Marquard zrobił nas w trąbę, powierzył tytuł grupie osób z Wrocławia. Zaryzykowaliśmy wydanie własnego pisma muzycznego „Pop&Rock”, wierząc, że nasze będzie lepsze, ciekawsze i w dodatku bliższe czytelnikowi, bo poświęcające więcej miejsca polskiemu środowisku muzycznemu. Utrzymaliśmy się na rynku rok. Potem jeszcze było pismo „Sport i Życie”. Niestety, pomimo dobrego zespołu prowadzonego przez znanego dziennikarza sportowego, autora poczytnych książek Andrzeja Jucewicza, okazało się ono efemerydą.

Praca w KC pewnie nie za dobrze przygotowała pana do biznesu?
– Nie przygotowała, choć wydawało mi się wówczas, że wszystko jest banalnie proste. Wierzyłem, że wystarczy zaoferować dobre pismo, a ono samo się sprzeda. Guzik prawda. Nie doceniłem potęgi PR i marketingu konkurencji – zagranicznych koncernów medialnych.

Jak przetrwać

Mimo niepowodzeń nie zrezygnował pan z działalności wydawniczej.
– W owym czasie do naszego kraju zaczęły wchodzić firmy sprzedaży bezpośredniej, wśród nich Amway. Tworzyły sieci sprzedawców, angażowały ludzi, którzy nie mieli żadnej wiedzy, jak działać w biznesie. Amway stworzył własny kanon lektur, które każdy agent czy dystrybutor powinien systematycznie czytać. Klára na pogrzebie ciotki na Węgrzech spotkała kuzyna budującego tam sieć sprzedaży Amwaya. Powiedział jej: „To rewelacyjna sprawa, a książki, które jej towarzyszą, są świetne. Musicie wydać Franka Bettgera »Jak przetrwać i odnieść sukces w biznesie«, Dale’a Carnegiego »Jak przestać się martwić i zacząć żyć« i »Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi«”. Klára powtórzyła mi słowa kuzyna. Na dźwięk nazwiska Carnegie omal nie siadłem z wrażenia. Bez wahania powiedziałem: „Bierzmy to”.

Nie bardzo rozumiem.
– Przed oczyma stanęło mi wspomnienie sprzed dwudziestu paru lat. Gromadząc materiały do pracy magisterskiej o księgarzu i wydawcy Stefanie Rowińskim z Ostrowa Wielkopolskiego, spędzałem wiele czasu w bibliotece uniwersyteckiej. Na półce czytelni podręcznej dojrzałem stustronicową raptem książeczkę „Jak uszczęśliwiać innych i samemu być szczęśliwym?”. Zaintrygował mnie tytuł, chciałem ją pożyczyć, ale bibliotekarka strzegąca księgozbioru stanowczo mi odmówiła, informując, że to jedyny egzemplarz. Przeczytałem książkę jednym tchem na miejscu. To był bryk książki Dale’a Carnegiego wydany w 1948 r. przez poznańską Księgarnię św. Wojciecha, położoną rzut beretem od biblioteki. Na stronach tytułowych widniała informacja: „streściła Kazimiera Iłłakowiczówna”. Nieco później dowiedziałem się, że wkrótce po wydaniu książkę tę na polecenie władz wycofano z księgarń i zmielono. Uratowały się nieliczne egzemplarze. Wracałem z biblioteki pod ogromnym wrażeniem lektury. Mówiłem do siebie: „Żeby tak kiedyś mógł być wydany pełny tekst tej znakomitej książki”. Zabrakło mi wyobraźni, aby zamarzyć, że to ja mógłbym być jej wydawcą.

Przeznaczenie zatem zdecydowało o pana losie?
– Nie wierzę w cuda, to był jedynie cudowny zbieg okoliczności. Zdecydowaliśmy z Klárą, że będziemy wydawcami Carnegiego w Polsce. To było dość szalone postanowienie, ale co tam. Nie bardzo wiedziałem, w jaki sposób zdobywa się prawa do polskich edycji zagranicznych książek. Na szczęście miałem przyjaciół wśród wydawców – m.in. Andrzeja Kurza, kiedyś szefa Wydawnictwa Literackiego, i Stanisława Bębenka, byłego prezesa Czytelnika. Od nich uzyskałem potrzebne informacje. Ustaliliśmy, że prawa do interesujących mnie książek ma agencja Prava i Prevodi Jovana Milenkovicia z Belgradu. Po krótkiej wymianie korespondencji otrzymałem zgodę na wydanie obu tytułów. Podana przez Milenkovicia kwota zaliczki – 5 tys. dol. – wydawała mi się ogromna, bo przecież jeszcze niedawno zarabiałem raptem parędziesiąt dolarów miesięcznie! Mimo to zaryzykowaliśmy. Udało nam się pożyczyć pieniądze od węgierskiego przyjaciela i tak powstało wydawnictwo Studio Emka.

Sprzedaż bezpośrednia

Carnegie był pierwszym autorem Emki?
– Nie, Klára dowiedziała się, że 3 kwietnia 1993 r. w Pałacu Kultury i Nauki odbędzie się pierwsza w Polsce konwencja Amwaya z udziałem paru tysięcy osób. Porozumieliśmy się z szefostwem firmy Network Twenty One, organizatora tego zdarzenia, że przygotujemy i wydamy kluczową dla nich książkę „Jak przetrwać i odnieść sukces w biznesie” Franka Bettgera. Mieliśmy zaledwie półtora miesiąca, by przetłumaczyć, zredagować i wydrukować książkę. Wtedy jeszcze skład komputerowy był czymś nowym, a poligrafia dość tradycyjna. Zatrudniliśmy dwóch znakomitych tłumaczy i świetną redaktorkę. Zaprzyjaźniona drukarnia Biblioteki Narodowej wydała książkę w tempie błyskawicznym. I tak w przeddzień owej konwencji mieliśmy 5 tys. egzemplarzy, spory dług do spłacenia i mnóstwo niepewności, co tu dużo gadać – lęku, czy uda nam się sprzedać przynajmniej część nakładu. Wciąż tkwiło we mnie utrwalone w poprzedniej rzeczywistości przekonanie, że aby sprzedać książkę, trzeba być pisarzem o uznanej pozycji. Pamiętałem, jak towarzyszyłem Jarosławowi Iwaszkiewiczowi – zasiadaliśmy razem w jury Nagrody Literackiej im. Stanisława Piętaka – na kiermaszu książki. Iwaszkiewicz sprzedał wtedy od ręki 120 książek, ale to był wielki pisarz. A tu raptem kompletnie nikomu nieznany Bettger. 3 kwietnia 1993 r. w kuluarach Sali Kongresowej ustawiliśmy pięć stolików, a przy każdym stosy książek. Sprzedawcami byli nasi znajomi i sąsiedzi. Ludzie przychodzący na spotkanie oglądali książkę, ale wcale jej masowo nie kupowali. Spodziewałem się najgorszego. O sukcesie przesądziło wystąpienie mówcy motywacyjnego ze Stanów Zjednoczonych. Opowieścią o własnej karierze wywołał entuzjazm sali. Na zakończenie, pokazując naszego Bettgera, powiedział: „Tę książkę polecam wam na drogę do finansowej kariery. Jest niezawodna”. W czasie przerwy uczestnicy konwencji rzucili się na nasze stoiska i wykupili cały nakład. Jarek, nasz sąsiad zaangażowany w sprzedaż, przynosił mi utarg w dużych kopertach. Siedziałem oniemiały, wpatrując się w stosy banknotów. Za zarobione pieniądze wydaliśmy pierwszą książkę Carnegiego „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi” – w pierwszym rzucie sprzedaliśmy 30 tys. egzemplarzy, potem był drugi Carnegie – „Jak przestać się martwić i zacząć żyć”. Też świetnie się sprzedał. Tytuł okazał się bardzo à propos, bo sami przestaliśmy się martwić. Mieliśmy pieniądze, mogliśmy budować plan wydawniczy.

Emka oparła go na klasyce literatury motywacyjnej.
– To był pierwszy krok, po nim zrobiliśmy kolejne – coraz szerzej wchodziliśmy w świat polskiego biznesu. Na początku lat 90. interesy szły świetnie, przedsiębiorcy zachłysnęli się powodzeniem, stali się pewni siebie, bo wszystko im wychodziło. Wyczuliśmy, że biznes nie może cały czas rozwijać się żywiołowo, nie każde przedsięwzięcie będzie się kończyć sukcesem, bo rynek stanie się coraz bardziej konkurencyjny i wymagający. Wtedy przedsiębiorcy oprócz doświadczenia i intuicji będą potrzebowali wiedzy teoretycznej i fachowej, sięgną po książki. I myślę, że wtedy wstrzeliliśmy się idealnie z naszym pomysłem na wydawnictwo.

Dzięki temu Emka istnieje już 20 lat.
– Dziś naszą największą satysfakcją jest to, że udało się zbudować liczącą się na rynku oficynę, cenioną za celny dobór ważnych, potrzebnych, a nieraz wręcz znakomitych tytułów, a także za solidność ich przygotowania. To staranne, żmudne budowanie pozycji w środowisku wydawniczym i kreowanie marki składa się na nasz 20-letni dorobek. Osiągnęliśmy dość wysoki stopień wtajemniczenia w dziedzinie literatury ekonomicznej, biznesowej. Mamy wspaniałą plejadę autorów, wielu z nich to Amerykanie, osobistości świata biznesu, nobliści, m.in.: George Akerlof, Lee Iaccoca, Steve Jobs, Jack Welch, Ben Bernanke, Warren Buffett czy Bill Gates. Ich książki są bardzo ważne dla światowego biznesu, trafiają w czas i pozwalają ludziom wykorzystać zawartą w nich wiedzę opartą na doświadczeniu autorów. Gdy zaczęliśmy wydawać książki, przyświecała nam idea przyczynienia się – choćby w skromnym zakresie – do edukacji ekonomicznej społeczeństwa, bo ta wiedza we wczesnym okresie nowej, kapitalistycznej Polski była niezwykle skromna, często wręcz zerowa. Zaczęliśmy od książek zapoznających czytelników z zasadniczymi zagadnieniami nowej ekonomii, podstawowymi terminami z dziedziny biznesu. Teraz staramy się trafiać z książkami odpowiadającymi na ważne pytania: co dalej z naszym krajem, co dalej ze światem, w jakiej kondycji jest gospodarka światowa i Polska, co w związku z tym w najbliższym czasie nas czeka. Prognozy nie są optymistyczne. Za naszą działalność edytorską jesteśmy doceniani, np. w trzech ostatnich edycjach prestiżowego konkursu Economicus na najlepszą książkę upowszechniającą wiedzę ekonomiczną otrzymaliśmy dwie pierwsze nagrody i wyróżnienia.

Każdy jest pisarzem

Początek lat 90. był świetnym czasem także dla rynku wydawniczego. Wypełniano zaległości po PRL, wydając książki, które wtedy nie mogłyby się ukazać.
– Tak, pojawiła się dość obficie literatura emigracyjna, wcześniej nieobecna, m.in. autorów z kręgu paryskiej „Kultury”. Ich książki szły jak woda. Ale poza tymi wartościowymi dziełami masowo zaczęto wydawać popularną literaturę zachodnią. Porażała fatalna jakość przygotowywanych na wyścigi przekładów – zawodowych tłumaczy można było policzyć na palcach. Kiedyś pani Joanna Guze tłumaczyła jednego Camusa rocznie, pan Bronisław Zieliński jednego Hemingwaya też nie krócej, Maciej Słomczyński dłubał przy Szekspirze latami. Aż tu nagle, z dnia na dzień, każdy mógł zostać wydawcą i robić książki – wystarczyło pójść do Biblioteki Narodowej po numer ISBN. Każdy mógł zostać pisarzem, tłumaczem. Rynek wydawniczy opanował żywioł.

W PRL było podobnie – wydawano książki robotników.
– To prawda, mieli nawet swój klub pisarski. W końcu lat 70. sekretarz KC Jerzy Łukaszewicz doznał iluminacji: „Byłem w Hucie Warszawa, tam robotnicy piszą. Tym wszystkim Szczypiorskim i Andrzejewskim wydaje się, że są wielkimi pisarzami. Pokażmy im, że mamy swoich pisarzy, którzy piszą o ważnych sprawach ludzkich, a nie bujają w obłokach”. Jeden z tych nieszczęsnych hutników pisarzy, zamiast pracować przy piecu, siadał o siódmej za biurkiem i ślęczał nad kartką, czekając z utęsknieniem na koniec zmiany. Dla niego to była udręka, strasznie się mordował. W Krajowej Agencji Wydawniczej stworzono specjalny dział, który wydawał książki autorów mających poparcie ówczesnych władz odpowiedzialnych za politykę kulturalną. Znane wydawnictwa – Czytelnik, Ossolineum, Wydawnictwo Literackie czy PIW – skutecznie broniły się przed tymi nieudanymi, mówiąc eufemistycznie, dokonaniami literackimi. Bo w PRL ukazywały się przecież świetne książki. Wybitni pisarze tworzyli wielką literaturę. Gdy w 1990 r. Wacław Sadkowski rozstawał się z Czytelnikiem, powiedział mi: „Stary, te 3,2 tys. tytułów, które ukazały się nakładem tej oficyny, to znakomita robota edytorska i wielki literacki dorobek. Zostawiamy po sobie wartość”.

Dziś książka – wie pan to lepiej ode mnie – jest towarem.
– Czy to znaczy, że tak ma być? Gdy w owych minionych, tak totalnie dziś postponowanych czasach, na spotkaniu Porozumienia Wydawców szef Składnicy Księgarskiej nazwał książki towarem, doszło do poważnej awantury.

To była inna rzeczywistość. Skoro dziś woda, ciepło, mieszkanie, edukacja, opieka medyczna są towarami, to nie widzę powodu, by książka miała być traktowana inaczej.
– To wszystko prawda, rozumiem to i stosuję się do wymogów rynku, wydając książki ekonomiczne, a nie literaturę piękną, która jest mi bliska. Choć teraz tych ekonomicznych nie zamieniłbym na inne, bo doceniam ich znaczenie i wartość. Ciągle jednak zdarza mi się wydać książkę z potrzeby serca, dla własnej satysfakcji. Taką właśnie była fotobiografia Alberta Camusa, mojego ukochanego autora. Nie mogłem tej książki nie wydać, choć Klára, gdy o tym usłyszała, złapała się za głowę, a to ona w końcu zarządza naszymi pieniędzmi i strzeże przed wpadkami finansowymi. Książka autorstwa córki Camusa, Catherine, jest niestety droga, przez co sprzedaje się z trudem, bardzo powoli. Ponieślibyśmy spore straty finansowe, gdyby nie zrozumienie i wsparcie szefa Orange Macieja Wituckiego, który kocha dobrą literaturę i piękne książki.

Gdzie jest państwo

Mógł pan zapobiec stratom w inny sposób – ubiegając się o dotację z Instytutu Książki.
– Nigdy nie udało mi się otrzymać dofinansowania z tego źródła. Byłem przekonany, że otrzymam je na album „Kulisiewicz mało znany”. A chodziło o przypomnienie, szczególnie młodym Polakom, wielkiego artysty i prawego, wspaniałego człowieka. Nie dostałem ani złotówki. Najbardziej rozczarowała mnie odmowa dotacji na doskonałą biografię Ludwika Rajchmana napisaną przez jego prawnuczkę Martę Balińską. Rajchman to wielki Polak, założyciel Państwowego Zakładu Higieny. To równocześnie człowiek światowego formatu, który zyskał ogromny autorytet w Chinach, gdzie traktowano go z wielką atencją. Rajchman stworzył UNICEF, przyjaźnił się z wieloma wybitnymi postaciami, m.in. z prezydentem USA Herbertem Hooverem i z jednym z twórców dzisiejszej wspólnej Europy, Jeanem Monnetem. Bronisław Geremek w przedmowie do książki Balińskiej zdumiał się, że tak mało wiedział o Rajchmanie. Bo on robił wielkie rzeczy z poczucia obowiązku, a nie po to, by znaleźć poklask. Bardzo przyłożyłem się do tej książki – przełożyła ją znakomita tłumaczka Maria Braunstein, spokrewniona zresztą z Rajchmanem. Nie otrzymałem żadnego wsparcia od państwa, a w mediach nie pojawiła się żadna poważniejsza recenzja. Wysyłając biografię Rajchmana do „Gazety Wyborczej”, byłem pewien, że przeczytam w niej świetny tekst. Nie znalazłem słowa o książce. Biografię Rajchmana przemilczano. Prawie cały nakład został w magazynie, stanowi problem. Ta książka jest jak wyrzut sumienia. Nie mój.

Brakuje panu państwowego mecenatu nad książką?
– Swego czasu Kazimierz Dejmek, gdy był ministrem kultury, zorganizował spotkanie, na które zostałem zaproszony m.in. w towarzystwie znanych pisarzy i wydawców. Dejmek chciał pozostawić po sobie jako szefie resortu jakiś trwały ślad. Zrodziła się wtedy m.in. idea połączenia Domu Słowa Polskiego z PIW, utworzenia mocnej państwowej firmy edytorskiej z własną bazą poligraficzną i stworzenia kanonu wielkiej literatury polskiej i obcej, którą ta narodowa oficyna miała wydawać. Pomysł jednak upadł tuż po narodzinach, Dejmka zdjęto, a jego następca nie wrócił do tej sprawy. To były chyba, jak pamiętam, ostatnie próby przywrócenia rzeczywistego mecenatu państwowego nad kulturą.

Dziś w nazwach DSP i PIW są słowa „w likwidacji”.
– Niestety, to prawda, ale nie chcę tego komentować.

Na rynku państwo jest mało widoczne, nie brakuje za to na nim chaosu.
– Na targach we Frankfurcie jakiś czas temu szefowa francuskiego wydawnictwa Nathan zapytała mnie, jak wygląda rynek książki w Polsce. Wytłumaczyłem jej, że nie mogę wziąć kredytu, bo bank mi go nie udzieli, wiedząc, że jego zabezpieczeniem są tylko książki – z jego punktu widzenia to zabezpieczenie niewiele warte. Nie chciała mi wierzyć, że hurtownik bierze książki w komis i płaci za nie co najwyżej po czterech miesiącach. We Francji hurtownik od razu przekazuje zaliczkę a conto przyszłych zysków, dzięki temu wydawca jest wiarygodny dla banków, otrzymuje kredyt, jeśli go potrzebuje. Także w innych krajach pozycja wydawcy jest znacznie silniejsza niż w Polsce.

Biznes czyta

Pan chyba śpi spokojniej, adresując książki do ludzi biznesu, ich portfel jest grubszy od portfela tradycyjnego inteligenta, którego coraz częściej nie stać na książkę.
– Większość ludzi biznesu do niedawna kupowała książki sporadycznie. Ale to się zmienia, bo młoda generacja biznesmenów czyta w miarę systematycznie, chcąc wiedzieć, co się dzieje w ich branży w warunkach zaostrzającej się konkurencji i ekspansji nowych technologii. Wypracowaliśmy metody docierania do naszych czytelników, wiemy, gdzie są i czego oczekują. Ale często nasze książki są bardzo fachowe, ich nakład na ogół nie przekracza 2 tys. egzemplarzy. Ostatnio wydaliśmy m.in. „Bank 3.0” Bretta Kinga o perspektywach sektora bankowego w najbliższej przyszłości. Trochę się rozczarowałem wynikami sprzedaży – sądziłem, że ta pozycja zaciekawi znacznie więcej osób, przecież w bankach mamy tysiące menedżerów, ekspertów i doradców, których powinno interesować, czy rzeczywiście ta tradycyjna bankowość ze stacjonarnymi oddziałami odchodzi w przeszłość i czy niepodzielnie zapanuje bankowość mobilna, internetowa.

A czy książka Leszka Czarneckiego – jednego z najbogatszych Polaków – miała powodzenie?
– Do tej pory sprzedaliśmy ok. 15 tys. egzemplarzy, co uważam za niezły wynik. Ale to szczególny autor. Czarnecki do fortuny doszedł własną, ciężką pracą, nie korzystał ze sprzyjających układów. Oprócz niewątpliwego talentu do robienia interesów i sporej wiedzy teoretycznej ma niezwykłego inwestycyjnego nosa. Może znakomicie służyć za wzór do naśladowania dla tzw. start-upów (nowych projektów biznesowych).

Biznes, do którego adresuje pan książki, pomaga w ich wydaniu?
– Coraz częściej nasze publikacje są elementem szerszych projektów, np. z bankiem WBK wydaliśmy świetny tytuł „Pokonać giełdę” Petera Lyncha – WBK traktuje Lyncha jak swojego guru, stosuje się do jego metody zachowań giełdowych. Sporo robimy obecnie z Deloitte. Takie wspólne projekty bardzo nam pomagają – uzyskujemy wsparcie finansowe, omijamy dystrybutorów. Docierając bezpośrednio do odbiorców, lepiej poznajemy naszych klientów. Staramy się pozyskać do każdego większego przedsięwzięcia partnera, w ten sposób pomniejszamy ryzyko. Współpracujemy nie tylko z biznesem. W październiku, w porozumieniu z ambasadą Izraela, wydamy fascynującą książkę „Naród start-upów”, która dowodzi, że kluczem do zrozumienia fenomenu Izraela – raptem ośmiomilionowego państwa bez zasobów naturalnych, otoczonego wrogami, znajdującego się od samego powstania w stanie wojny – jest niebywała innowacyjność.

I na koniec tradycyjne pytanie: czy papierowa książka zniknie?
– W USA większość książek czytana jest w formie elektronicznej, w Europie Zachodniej niewiele mniej, w Polsce to nadal zaledwie kilka procent. Wydawać by się mogło zatem, że Polska jest potęgą księgarską. Ale w naszym kraju księgarnie znikają jedna po drugiej, za to na Zachodzie trzymają się mocno. Skoro jednak w USA czy w krajach zachodnich wzrastającemu czytelnictwu e-boo-
ków nie towarzyszy zamykanie księgarni, to znaczy, że książka papierowa nadal będzie mieć odbiorców. Byłem swego czasu na spotkaniu z Umbertem Eco, który odpowiadając na podobne pytanie, stwierdził, że pewnie wiele książek wydawanych w tradycyjnej formie, na papierze, zniknie, ale równie wiele nie, bo po prostu na kindle’u czytać się ich nie da. Do tego dochodzi dobry nawyk siadania w wygodnym fotelu z dobrą książką – tradycyjną, szeleszczącą zalotnie papierem.

Wydanie: 35/2013

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy