Jedyne takie miejsce w Warszawie

Jedyne takie miejsce w Warszawie

Wejść do SPATiF-u nie było łatwo. Ten klub był niczym wyspa, azyl dla artystów


Aleksandra Szarłat – dziennikarka, autorka książek, m.in. „Żuławski. Szaman”, „Pierwsze damy III Rzeczpospolitej”


Dlaczego zdecydowała się pani na opisanie Klubu Aktora w Warszawie?
– A zna pan inne miejsce, do którego przychodziłoby tyle znanych i interesujących osób, pozostali zaś marzyli, by choć raz w życiu tam się dostać? A wejść do SPATiF-u, czyli klubu Stowarzyszenia Polskich Artystów Teatru i Filmu, nie było łatwo. Szatniarz, legendarny pan Franek, żądał okazania legitymacji stowarzyszenia. Kto był powszechnie znany, wchodził „na twarz”, ale szatniarz wpuszczał też tych, których polubił. Prócz warszawskiego Klubu Aktora podobne miejsca powstały w Łodzi, Sopocie i Krakowie, ale SPATiF w stolicy był najpopularniejszy.

Podtytuł książki „Upajający pozór wolności” to gra słów, bo z treści wynika, że głównie upajał alkohol, a nie wolność. Ale dlaczego mowa tu o „pozorze wolności”?
– Poczuciem wolności też można się zachłysnąć, a wolność zawsze jest ważna. O nią się walczy, w imię wolności ludzie są zdolni do wielkich czynów. Aczkolwiek w czasach PRL-u prawdziwie wolnym nie był nikt. Prześwietlana była prywatna korespondencja, podsłuchiwane rozmowy telefoniczne, ludzie byli inwigilowani na różne sposoby. Pisarze nie mogli publikować swoich przemyśleń, reżyserzy kręcić filmów ani wystawiać na scenie dramatów, w których krytykowaliby system – zaraz interweniowała cenzura. Dlatego posługiwano się językiem ezopowym, pełnym metafor i aluzji, co zresztą sztuce wychodziło na dobre. Tymczasem w SPATiF-ie można było powiedzieć wszystko! Artyści we własnym gronie czuli się wolni. Ten klub był niczym wyspa, rodzaj azylu dla artystów. Co nie oznacza, że nie przychodzili tam funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa czy jej tajni współpracownicy. Ale peerelowski świat sztuki nie był znów taki wielki, ludzie się znali, wiedzieli, kto jest kim. Wystarczyło wyjść z klubu, aby zderzyć się z ponurą rzeczywistością. Stąd w podtytule ów „pozór wolności”. Z kolei przymiotnik „upajający” ma podwójne znaczenie: upajało nie tylko poczucie wolności, ale również alkohol, który był tam wszechobecny.

„SPATiF” wydaje się pretekstem do opisania niektórych zapomnianych postaci polskiej kultury. Spora część poświęcona jest Januszowi Minkiewiczowi. Chciała pani ocalić te nazwiska od zapomnienia?
– Sugeruje pan, że opisałam historię klubu na tle historii Polski po to tylko, aby przypomnieć nazwiska, o których dziś nie pamiętamy? Ależ nie, to błędna ocena. Ja jedynie na podstawie opowieści byłych klubowiczów pokazałam, kto w SPATiF-ie rozdawał karty, jaka obowiązywała tam hierarchia. A do Klubu Aktora przychodzili artyści dla polskiej kultury najważniejsi: Antoni Słonimski, Gustaw Holoubek, Tadeusz Konwicki, Andrzej Łapicki, Stanisław Dygat, Adam Ważyk, Józef Hen i inni. O nich pamiętamy, ale nie oni byli w klubie najważniejsi. Stoliki „zarezerwowane” należały bowiem do stałych bywalców, dziś zapomnianych. To właśnie satyryk i poeta Janusz Minkiewicz, którego Janusz Głowacki nazywał „nocnym księciem Warszawy”, satyryk Józef Prutkowski oraz wybitny operator, współtwórca polskiej kinematografii i szkoły filmowej w Łodzi, prof. Stanisław Wohl.

Rdzeniem tego reportażu są rozmowy z różnymi osobistościami kultury. Ignacy Gogolewski, Andrzej Korzyński i Daniel Passent zmarli jeszcze przed publikacją. Czy wraz z ich śmiercią znika świadectwo tamtych czasów?
– Ależ wielu bywalców wciąż żyje i ma się dobrze! Niedawno rozmawiałam z Wiktorem Zborowskim, który żałował, że do SPATiF-u w Alejach Ujazdowskich mógł chodzić jedynie przez sześć lat. Wcześniej nie, ponieważ jako studentowi do miejsc, w których pije się alkohol, chodzić mu nie wypadało. Później zaś z powodu remontu lokal w Alejach Ujazdowskich zamknięto na całe trzy lata, klub zaś przeniesiono na róg Mokotowskiej i Pięknej. Dawna atmosfera gdzieś uleciała, a po remoncie do odświeżonego klubu nie wszyscy goście wrócili.

Co zaś się tyczy świadectwa, Olgierd Łukaszewicz, wieloletni prezes SPATiF-u, wyznał mi, że tą książką zdjęłam mu kamień z serca, ponieważ obawiał się, że za parę lat nikt już nie będzie o klubie pamiętał, że wszystko przepadnie wraz ze śmiercią osób, które tam bywały. Ja jednak poszłam dalej, głębiej. Pokazałam nie tylko sylwetki stałych bywalców, ale i drogi, które ich do tego miejsca doprowadziły. Także tradycje, które z przedwojnia do PRL-u przenieśli m.in. Antoni Słonimski, Stanisław Wohl i Kazimierz Wierzyński, oraz ludzi wstępujących po wojnie do panteonu literatury i sztuki, takich jak Marek Hłasko, Agnieszka Osiecka czy Janusz Głowacki.

Wymienia pani licznych gości, a następnie konkluduje: „Co za towarzystwo! Tylko westchnąć…”. Tęskni pani za czasami, których nie miała okazji przeżyć?
– Nie tęsknię! Jako urodzona w czasach PRL-u miałam możliwość na własnej skórze doświadczyć życia w dwóch systemach. Jestem więc znacznie bogatsza w doświadczenia i wiedzę od tych, którzy urodzili się po transformacji. Wiem, co znaczy siermiężny socjalizm, kiedy w sklepach mięsnych można było zobaczyć jedynie puste haki, a szynkę i prasę kupowano spod lady. A jednocześnie wstydem było nie czytać książek czy nie znać teatralnych premier. Wiem też, co znaczy dziki kapitalizm, pamiętam, jak ludzie popełniali samobójstwa, nie mogąc spłacić kredytów z powodu rosnącej inflacji, a inni z dnia na dzień stawali się milionerami. Znam również kapitalizm korporacyjny, wysysający soki z ludzi i wpychający ich w ramiona psychiatrów. On wciąż jest, ale już trochę złagodniał i powoli nabiera znamion normalności. Do przeszłości więc nie tęsknię. Ale ona mnie zbudowała, pozwala lepiej, ostrzej widzieć. Doceniać to, co było dobre, negować złe.

Dzięki temu miała pani także okazję poznać wiele legend polskiej kultury.
– Jako dziennikarka miałam szczęście przeprowadzać wywiady z bywalcami SPATiF-u, m.in. z Andrzejem Łapickim, Tadeuszem Konwickim czy Gustawem Holoubkiem, ale nie o Klubie Aktora – to wtedy nie był istotny temat – lecz o kulturze, literaturze, teatrze. A jeżeli już tęsknię za czymś, to za klimatem tamtych rozmów: inteligentnych, zabawnych, błyskotliwych. Tęsknię też za tym, co w „złotej erze” Klubu Aktora było istotne – za radością z bycia razem.

Jeden z podrozdziałów książki opisuje męską społeczność SPATiF-u. Pisze pani, że „PRL należy do mężczyzn”. Można odnieść wrażenie, że w klubie nie liczono się z kobietami. Dlaczego?
– Zapewne wpłynęła na to wojna, bo jednak w 20-leciu międzywojennym kobiety traktowano jak damy. Zresztą, sięgając do naszych narodowych tradycji, choćby czasów powstania styczniowego, rolą mężczyzny było walczyć o ojczyznę, a kobiety – czekać na powrót swojego bohatera. W 1945 r. wielu artystów wróciło z wojny ze stopniami wojskowymi (np. Adam Ważyk, Stanisław Wohl, Aleksander Ford). Być może dlatego czuli się „ważniejsi”. W końcu walczyli o wolność i ryzykowali życiem. Kobiety natomiast były tymi, które miały się o nich troszczyć, prowadzić dom, wychowywać dzieci, podczas gdy oni, stworzeni do celów wyższych, przesiadywali w SPATiF-ie, bawiąc się nierzadko z innymi, wolnymi paniami.

To był świat, do którego kobiety nie miały wstępu. Zostały wykluczone.
– PRL należał do mężczyzn, a świadczą o tym zajmowane przez płeć męską stanowiska – redaktorów naczelnych czasopism, szefów teatrów i zespołów filmowych czy ministrów. Próżno szukać kobiet nawet w gronie autorów felietonów zamieszczanych w prasie. Oddech patriarchatu praktycznie czuło się wszędzie. Kiedy Marian Brandys, mąż wielkiej gwiazdy Haliny Mikołajskiej, pisze w „Dziennikach” o parach przyjaciół, bez cienia złych intencji używa męskoosobowej formy „Stasiowie”, „Kazikowie”, „Jackowie”. Choćby w owej parze kobieta była równie znana jak jej partner. „Jackowie” to Barbara Wrzesińska i Jacek Janczarski. W efekcie brzmi to humorystycznie, choć humor był niezamierzony: „Wieczorem z Jurkami Markuszewskimi na kolacji u Maćków Rayzacherów”. Co więcej, sami mężczyźni z perspektywy czasu przyznają się do szowinizmu. Janusz Kondratiuk kobiety nazywał „dziudziubudkami”, z którymi najlepiej rozmawiać o czerwonych skarpetkach frotté, a Wiktor Osiatyński, później współzałożyciel Partii Kobiet, mówił wprost, że kobiety w klubie traktowano jako obiekty seksualne. Oczywiście były wyjątki – żony bywalców i wybitne artystki. Te darzono szacunkiem.

W książce odczarowuje pani mit artysty. Z reportażu wynika, że bywali to ludzie zakompleksieni, zawistni czy owładnięci własnymi demonami. Także wygodni: w końcu wielu z nich miało problem z tym, aby wyjechać za granicę na więcej niż kilka dni! Dlaczego idealizujemy tych ludzi?
– Zostawmy wyjazdy zagraniczne, to nie wygoda decydowała o tym, że szybko stamtąd wracali, lecz prozaiczny brak pieniędzy, a czasem nieznajomość języka. Trzeba też oddzielać życie prywatne artystów od ich twórczości. Nawet jeśli ktoś tworzył wspaniałe rzeczy, nie musiał być aniołem towarzyskim. Kompleksy, zawiść, balansowanie między miłością a nienawiścią są stare jak świat. W klubie ludzie mogli mieć różne przekonania, ale potrafili wspólnie się bawić i żartować. Inteligentny żart, kąśliwy dowcip były w cenie. Daleka jestem od idealizowania świata, o którym piszę. Pokazuję tych ludzi takimi, jacy byli. Większość artystów potrafiła dopiec, niektórzy kochali się i nienawidzili, ale w głębi duszy doceniali swoje dokonania. Słonimski i Iwaszkiewicz w czasach, gdy tworzyli Skamandra, byli przyjaciółmi. Po wojnie bardzo poróżnił ich stosunek do komunistycznej władzy. A jednak po niespodziewanej śmierci Słonimskiego Iwaszkiewicz ubolewał nad tym, jak dalece rozeszły się ich drogi i jak przebiegło ich ostatnie spotkanie.

Czy SPATIF był strefą komfortu, która, paradoksalnie, doprowadzała swoich gości do upadku? W końcu, głównie przez alkohol, upadały kariery, a niektórzy tracili rodziny i zdrowie.
– Alkohol na pewno nie pomaga ani w twórczości, ani tym bardziej w życiu. Dla niektórych gości codzienne bywanie w klubie – a alkohol lał się tam ostro – stało się przedsionkiem piekła. Powód do picia zawsze się znajdował. „Tylko wódka zapomnienie da”, śpiewał harmonista w filmie według opowiadania Marka Hłaski „Pętla”. Pił sam Hłasko, pił Władysław Broniewski, Krzysztof Mętrak, Jonasz Kofta, Janusz Minkiewicz, Józef Prutkowski i wielu innych. Mętrak tłumaczył, że alkohol sprawił, iż stał się dojrzałym mężczyzną. Przepadł tak jak bohater „Pod wulkanem” Lowry’ego.

Czy uważa pani, że dzisiaj jakiekolwiek miejsce w Polsce ma szansę rezonować w ten sam sposób jak SPATiF w PRL-u?
– Nie ma takiej możliwości. Zmieniły się realia, pracujemy dłużej i więcej. Nikt nie ma czasu, by całe dnie spędzać w miejscu, które mogłoby zostać uznane za substytut SPATiF-u. Istnieje internet, komputery, smartfony, są portale społecznościowe, do których transmitujemy naszą codzienność. Teraz to one zabierają nasz czas. Mamy siebie w życiu wirtualnym. Aktorzy także pracują więcej niż kiedyś, więc i ich nie ujrzelibyśmy we współczesnym SPATiF-ie. Wszelakie żale publikujemy na Twitterze, nie musimy rozmawiać o tym w barach czy restauracjach. Tym samym wiele ważnych momentów przeżywamy w samotności przed ekranami komputerów. Nie ma miejsca na SPATiF XXI w.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 41/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy