Niskie loty wyższych szkół

Niskie loty wyższych szkół

Pieniędzy na uczelniach nie brakuje. Problem tkwi w złej organizacji, marnotrawstwie czasu, wybujałej celebracji, pozornym uprawianiu nauki, demoralizującej łatwości awansów

Reformy szkolnictwa wyższego w ostatnich 20 latach nie osiągnęły przyjętych celów, wprowadziły chaos i zamieszanie, ponieważ były oparte na błędnych przesłankach. Jedną z nich był gwałtowny wzrost ilościowy publicznych i niepublicznych szkół wyższych, co spowodowane było przede wszystkim dążeniem do szybkiego podniesienia współczynników skolaryzacji do poziomu zbliżonego do państw Europy Zachodniej. Eksperyment nie mógł się udać, gdyż nauka źle znosi tego typu doświadczenia. Dla zaspokojenia ambicji prowincjonalnych polityków pospiesznie erygowano nowe uniwersytety, sztucznie tworzono „środowisko akademickie”. W miasteczkach i wsiach nastąpił prawdziwy wysyp „szkół wyższych”, bez zaplecza kadrowego i odpowiedniej bazy. Niektóre „szkoły wyższe” przyjęły dziwaczną nazwę i „specjalności”. Ministerstwo Szkolnictwa Wyższego wyrażało zgodę na uruchomienie pseudowyższych szkół. Zdeprecjonowano pojęcie „szkoła wyższa”, które powinno być zastrzeżone jak znak firmowy.
Na rezultaty przyspieszonej skolaryzacji nie należało długo czekać.

Obniżenie jakości kształcenia

przybrało niespotykane rozmiary. Pod tym względem kryzys szkolnictwa wyższego osiągnął punkt krytyczny. Dowody upadku można znaleźć zarówno w wynikach testów, jak i w bezpośrednich obserwacjach. Przeprowadzony na studiach dziennikarskich test z historii najnowszej ujawnił skalę ogłupienia. I nie jest to odosobniony przypadek wygryzienia rzetelnej wiedzy. Wyższa uczelnia, która staje się jawną bądź ukrytą pralnią mózgów, przystanią opacznie rozumianej wolności badań, przybiera aintelektualną i ideologiczną postać. To jedna z przyczyn, dla których uczelnie wykonują marnie swą podstawową powinność – służenia prawdzie i wiedzy.
Z perspektywy Warszawy, Krakowa czy Wrocławia być może nie widać symptomów choroby. W tzw. terenie rzeczywistość odbiega od wyobrażeń stołecznych salonów. Nie ma powodów do fascynacji wzrostem ilościowym szkolnictwa wyższego. Masowość przynosi niewielkie korzyści ogólne, za to wielkie straty dla rozwoju nauki na najwyższym pułapie. Negatywnych zjawisk nie generalizuję, ale nie można mówić, że nie ma kryzysu. Nie przesłonią go frazesy o doniosłości szkolnictwa wyższego.
Wzrost skolaryzacji został uzyskany częściowo przez

niebywały rozrost odpłatnych studiów

na uczelniach publicznych i niepublicznych kosztem ogromnego wzrostu obciążeń dydaktycznych kadry nauczającej. Na niektórych uczelniach na jednego nauczyciela akademickiego przypada 30-40 studentów. Jaka jest jakość wykładów w grupach 300-, 400-osobowych? Rozrost dydaktyki i godzinowego pensum nie służy jakości nauczania ani rozwojowi młodej kadry naukowej. Co więcej, sprzyja patologiom.
Mitem jest twierdzenie, że czynnikiem decydującym o rozwoju jakościowym na poziomie wyższym jest sposób i zakres finansowania uczelni. Pieniędzy nie brakuje. Uczelnie czerpią ogromne wpływy z przychodów pozabudżetowych. W dyscyplinach historycznych i społecznych, a te są mi najbliższe, nie ma drastycznych ograniczeń finansowych, ale nie widać wybitnych prac, które by poruszyły opinię publiczną i wywołały ogólnonarodową dyskusję. Żądanie większej ilości pieniędzy czy zrzucanie winy na czynniki leżące poza systemem edukacji jest wygodnym argumentem usprawiedliwiającym niską jakość kształcenia. Problem tkwi w złej organizacji, rozrzutnym wydawaniu środków finansowych, marnotrawstwie czasu, wybujałej celebracji, pozornym uprawianiu nauki i jej rozpasanym zbiurokratyzowaniu, demoralizującej łatwości awansów, epidemii grzecznościowych recenzji w przewodach awansowych, powierzchniowej kontroli jakości kształcenia, sposobie zarządzania uczelniami, wieloetatowości kadry czy wreszcie automatycznym pozbywaniu się profesorów tytularnych w wieku emerytalnym, co ma niewątpliwie podtekst polityczny. Czy nie można ustawowo przedłużyć ich zatrudnienia do 75. roku życia? Przecież po „wyrzuceniu” z uczelni państwowej natychmiast znajdują oni zatrudnienie na uczelniach prywatnych. Wiele problemów można rozwiązać drogą bezzwłocznych zmian legislacyjnych i ministerialnych zarządzeń.
W przeszłości rządy nie radziły sobie z reformowaniem szkolnictwa wyższego. Rząd dzisiejszy, mimo wysiłków, wykazuje pewną bezradność w zetknięciu z tymi sprawami. Jest wiele zapowiedzi i wzniosłych deklaracji, ale realne projekty są znowu

rozłożone na wiele lat,

może do czasu zmiany ekipy rządowej, która tę permanentną reformę i dyskusję rozpocznie od nowa, podejmując te same problemy.
Trzeba stanąć twarzą w twarz z brutalną rzeczywistością rozmiarów zapaści. Małe i słabe uczelnie, radząc sobie z sytuacją kryzysową, podjęły „strategię przetrwania”, charakteryzującą się marginalnymi zmianami programowymi oraz zwiększaniem limitów przyjęć. Cóż warta jest strategia, która w istocie utrwala niedorozwój? Jeżeli chcemy, aby współczesne wykształcenie wyższe sprostało wyzwaniom XXI w., niezbędne są szybkie i gruntowne zmiany, przede wszystkim likwidacja niby-uczelni, dochodowego biznesu i producentów łatwych dyplomów. Może wyjściem z trudnej sytuacji byłoby powołanie „flagowych” uniwersytetów?

Autor jest profesorem, pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Rzeszowskiego. Jest specjalistą z zakresu historii myśli społecznej, historii nowożytnej Polski i Rosji oraz politologii

Wydanie: 20/2009

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy