Konklawe

Konklawe

Małe francuskie miasteczko, w którym mieszkam, jest na wskroś prawicowe. Dowodzą tego jednoznacznie wyniki wyborów prezydenckich czy parlamentarnych, w których na prawicę głosuje każdorazowo ponad 65% mieszkańców, w tym ok. 20% na skrajną prawicę. Nie zmienia to w niczym faktu, że merem jest tu socjalistka, następczyni socjalistki, która też przez socjalistę lub socjalistkę zostanie zastąpiona. Mechanizm jest niezwykle prosty. Każdy mer otacza się współpracownikami. Każdy ze współpracowników ma rodzinę, znajomych – to już zapewnia wcale niebagatelną liczbę głosów. Ale to przecież tylko początek. Merostwo decyduje kolegialnie o wynikach przetargów na prace w miasteczku, inwestycjach czy choćby regułach poruszania się samochodów, a fakt, która uliczka będzie zamknięta lub jaki będzie na niej obowiązkowy kierunek ruchu, nie jest wcale obojętny dla sklepikarzy, restauratorów, nawet fryzjerów, gdyż warunkuje dostęp klienteli do ich interesu etc., etc. Wystarczy umiejętnie rozegrać te atuty, co jest politycznym abecadłem, a ma się gwarantowane poparcie większości elektoratu. Podstawą utrzymania się u władzy, przynajmniej w małych społecznościach, i zapewnienia sobie pożądanego następstwa jest więc przede wszystkim odpowiedni dobór posłusznych, działających ręka w rękę, niemających innego niż szef zdania współpracowników, zdolnych do przegłosowania opozycji. Nie dotyczy to rzecz jasna tylko władz mojego miasteczka.
Znakomitym przykładem takiego systemu jest Kościół katolicki, tym bardziej modelowym, że szef nie musi tu nawet przepuszczać pupilów przez wyborcze, niekiedy zawodne sito, ale mianuje elitę władzy według własnego widzimisię. Obecne grono kardynałów mających prawo głosu zostało w całości powołane przez Jana Pawła II (27 lat pontyfikatu) i Benedykta XVI (8 lat), papieży mających tę samą konserwatywną wizję Kościoła i świata. Wszelkie ideowe niespodzianki są więc zupełnie nieprawdopodobne. Kolejny papież nie zmieni stanowiska Kościoła w żadnej z istotnych, a nawet nabrzmiałych spraw z tego najprostszego powodu, że nawet nie będzie próbował ich zmieniać. Gawiedzi pozostanie emocjonowanie się, czy na tronie watykańskim zasiądzie Włoch, inny Europejczyk, Latynos, a może czarny. W tym ostatnim przypadku zachwycono by się od razu „otwarciem Kościoła na świat” i uznano elekcję za wyraz postępu. Nic bardziej błędnego. Kardynałowie afrykańscy należą akurat do najbardziej konserwatywnych. I nic w tym dziwnego. Czarny Ląd narażony jest bowiem na zjawisko akomodacji chrześcijaństwa do miejscowych zwyczajów i tradycji, co potępione zostało już w 1742 r. przez Benedykta XIV bullą Ex quo singulari. Tamtejsi kardynałowie muszą więc wykazywać się szczególnym rygoryzmem i ortodoksją. Dotyczy to w znacznej mierze również hierarchów azjatyckich. W gruncie rzeczy stajemy więc w obliczu konklawe jeszcze bardziej jałowego i pozbawionego stawki w grze niż to, które ozdobiło białą piuską głowę Benedykta XVI. Oczywiście wysunąć tu można od razu dwa zastrzeżenia:
1. A Jan XXIII? Rzeczywiście, większość wśród kardynałów, którzy go wybrali w 1958 r., stanowili nominaci Piusa XII.
Sytuacja była jednak szczególna. Po pierwsze, polityka Piusa XII podczas II wojny światowej budziła cichy sprzeciw części hierarchów. Po drugie, pewne wrzenie wzbudził ogłoszony przezeń dogmat o wniebowzięciu (Konstytucja Apostolska Munificentissimus Deus) z 1950 r., podług którego Maryja „z duszą i ciałem” została wzięta do nieba, uważany za niepotrzebne w danej chwili wypowiedzenie wojny racjonalno-naukowej wizji świata. Po trzecie, zgorszenie budziła niejasna pozycja panoszącej się w Watykanie papieskiej faworyty, matki Pasqualiny. W tej sytuacji najwierniejsi zmarłemu papieżowi nie mieli szans, podobnie jak opozycja. Wybrano więc 77-letniego „przejściowego papieża”. Nikt nie przypuszczał, jakiego figla konserwatystom spłata, zwołując Sobór Watykański II. Nic nie wskazuje, aby istniał w tej chwili w Watykanie układ podobny do tego z 1958 r.
2. A Duch Święty? Jeśli przyjmuje się założenie, z którym polemizować nie sposób, że przemawia on przez głosujących kardynałów, warto zauważyć, jak bardzo Benedykt XVI zlaicyzował instytucję, rezygnując z obowiązków papieskich na skutek fizycznej słabości, czyli pierwiastka czysto ziemskiego (sam nie wspomniał nawet o nadprzyrodzonych korzeniach swojej decyzji). Na tej samej zasadzie – kpi Jean-Luc Mélenchon – „święty Piotr mógłby podać się do dymisji i uniknąć ukrzyżowania”. Daleki jestem od żartów, trudno wszakże nie zauważyć, że odchodząc z ziemskich powodów, sprowadził Benedykt XVI święty urząd papieski do rangi okresowego mandatu, np. prezydenckiego. Duch Święty jest zaś zbyt mądry, takim go przynajmniej piszą, by się mieszać w doraźną politykę, od której wieje zawsze różnymi zapaszkami, z kadzidłem i mirrą niemającymi nic wspólnego, acz ze złotem i owszem.
Dalej będzie jak w moim miasteczku. Skoro zabezpieczona zostanie ciągłość układu na górze, fryzjer, sklepikarz, restaurator nie będą musieli się martwić o zmianę kierunku ruchu na swoich uliczkach. Nie ma się więc co spodziewać (wprost przeciwnie) jakichkolwiek zmian w Kościele polskim, a przed Radiem Maryja i księdzem Rydzykiem trudno nie dostrzegać szerokich, jasnych i pomyślnych horyzontów.
PS
Donald Tusk mianował ministrem spraw wewnętrznych pana Bartłomieja Sienkiewicza – znanego przede wszystkim z alergicznej rusofobii, której zresztą w swoich publikacjach nigdy nie ukrywał. Można oczywiście być panu premierowi wdzięcznym, że nie uczynił go ministrem spraw zagranicznych. Dzięki. Z alergikami tak już jednak bywa, że nie wiadomo gdzie ich i kiedy zaswędzi. Czyż więc naprawdę na tak odpowiedzialne stanowisko nie można było znaleźć w całej Polsce kogoś o bardziej wyważonych i spokojniejszych poglądach? Na myśl mi bowiem nie przyjdzie, że to właśnie rusofobia może w III (a nie IV!) Rzeczypospolitej być legitymacją do awansu.

Wydanie: 10/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy