Reforma przemyślana inaczej

Reforma przemyślana inaczej

Gdyby wszystko zaczęło się sypać, winne będą samorzady

„Chcę, żebyśmy przypominali i powtarzali, że reforma jest przemyślana, odpowiedzialna, rozłożona na bardzo wiele lat”. Takim apelem do dziennikarzy minister edukacji narodowej Anna Zalewska rozpoczęła konferencję prasową (16 września br.), na której zaprezentowała założenia reformy szkolnictwa. Uzasadnienie konieczności dobrej zmiany w oświacie zaczęła od krytycznej oceny gimnazjów.

Nie chcę wchodzić w merytoryczną polemikę na temat przyczyn likwidacji gimnazjów – celowo nie używam słowa wygaszanie – interesuje mnie natomiast, jak ten proces ma przebiegać.

Na stronie MEN czytamy, że projekt ustawy zakłada stopniowe i ewolucyjne wygaszanie gimnazjów. Od 1 września 2017 r. nie będzie pierwszej klasy, a w kolejnych latach następnych. Wygaszanie może być realizowane w różnych wariantach, m.in. poprzez włączenie do ośmioletniej szkoły podstawowej lub przekształcenie w liceum ogólnokształcące, szkołę branżową pierwszego lub drugiego stopnia albo w technikum.

Nasuwa się pierwsze pytanie – w jaki sposób gimnazjum w ciągu trzech lat włączy się do szkoły podstawowej, zwłaszcza że większość gimnazjów i podstawówek funkcjonuje w osobnych obiektach, nawet jeśli formalnie są w zespołach szkół? Wyobraźmy sobie gimnazjum mające dwie lub trzy równoległe klasy, a więc także odpowiednią liczbę nauczycieli. W przyszłym roku szkolnym nie będzie pierwszej klasy. Czy do budynku gimnazjum przejdą siódme klasy nowo powstającej podstawówki i będą w nich uczyć nauczyciele gimnazjum? Tak więc uczniowie drugiej i trzeciej klasy gimnazjum – które nie spełniło oczekiwań wychowawczych – będą się spotykać na szkolnych korytarzach z uczniami siódmej klasy, wychowywanymi według nowych wzorców moralnych.

Ciekawe też, to po drugie, w jaki sposób część z 3,2 tys. wiejskich gimnazjów przekształci się w licea. I nie chodzi o sprawy formalne, bo gminy mogą podpisać stosowne umowy z powiatami, które są organami prowadzącymi liceów. O wiele ważniejsza może się okazać kwestia, skąd nowe licea wezmą kandydatów. Jest przecież pewne, że zdecydowana większość absolwentów podstawówek wybierze licea istniejące od lat, mające wyrobioną markę.

Trzecia wątpliwość: w jaki sposób gimnazjum przekształci się w szkołę branżową pierwszego lub drugiego stopnia. Taka szkoła musi umożliwić praktyczną naukę zawodu, a więc dysponować specjalistycznym zapleczem dydaktycznym, musi dać uczniom możliwość odbywania praktyk zawodowych w zakładach pracy. Jak urządzić takie pracownie w dzisiejszych obiektach gimnazjalnych? Gdzie zawodówki z miast powiatowych lub wsi znajdą partnerów wśród zakładów przemysłowych, i to tak, aby kształcenie odpowiadało potrzebom rynku pracy?

A co z nauczycielami? W cytowanym materiale czytamy, że nauczyciele zatrudnieni w obecnych szkołach z urzędu staną się nauczycielami szkół utworzonych w ramach nowego systemu. Wymienia się nauczycieli sześcioletnich szkół podstawowych, zasadniczych szkół zawodowych, trzyletnich liceów ogólnokształcący oraz nauczycieli gimnazjów wchodzących w skład zespołu szkół. Ani słowa o nauczycielach samodzielnych gimnazjów, których jest w Polsce 3 tys. Przeoczenie? A może celowe pominięcie?

Jaka przyszłość czeka dyrektorów gimnazjów? Na konferencji prasowej minister Zalewska poinformowała, że pozostaną nimi do końca kontraktów – dopóki będą funkcjonowały gimnazja. Potem mogą brać udział w konkursach na stanowiska dyrektorów podstawówek, liceów, techników lub zawodówek. Kiepsko oceniam szanse tych dyrektorów – bez względu na osiągnięcia dydaktyczne ich placówek – w konkurencji z dyrektorami podstawówek lub liceów, którzy przez trzy lata nabiorą doświadczenia we wprowadzaniu reformy edukacyjnej lub ustawią się politycznie. Wątpliwy też wydaje mi się ich powrót do „zwykłego” nauczycielstwa – i to nie ze względu na kwalifikacje. Dyrektorzy mają mniejsze pensum, realna jest więc groźba, że zabraknie dla nich miejsc pracy na pełen etat.

Wreszcie pytanie o koszty – począwszy od banalnych wydatków logistycznych, takich jak – nazwę to umownie – przemeblowanie placówek, po te związane z realizacją zapisów Karty nauczyciela. Minister Zalewska konsekwentnie utrzymuje, że zmiany zostaną wprowadzone „niemal bezkosztowo”. Według MEN ocena skutków regulacji (OSR), czyli wprowadzenia w życie projektów ustaw reformy oświatowej, wyniesie w ciągu 10 lat 214 mln zł, z czego tylko w tym roku zostanie wydanych 129 mln zł. Tymczasem związki samorządowe oszacowały, że likwidacja gimnazjów będzie kosztować gminne budżety 1 mld zł. Najwyraźniej autorów reformy nie obowiązuje zasada: kto zamawiał, ten płaci. Zgodnie z założeniami decyzje o terminach i trybie przekształceń podejmą samorządy. Gdyby reforma zaczęła się sypać, one będą wszystkiemu winne.

Wątpliwości związane z likwidacją gimnazjów próbuje się pokryć retoryką propagandową, polegającą na przedstawianiu życzeń jako faktów. Przykładem może być wypowiedź minister Zalewskiej na antenie TVP Info, że duża część gimnazjów „wygasiła się sama”, ponieważ placówki te weszły w skład zespołów szkół. Trzeba traktować odbiorców telewizji publicznej z dużą dozą nonszalancji, żeby wmawiać im coś takiego. Przecież to, że gimnazjum weszło w skład zespołu szkół, nie oznacza, że przestało być gimnazjum.

Przykład sztandarowego założenia dobrej zmiany w oświacie, jakim jest likwidacja gimnazjów, pokazuje, jak wiele może być zastrzeżeń dotyczących całej reformy, która w zapewnieniach minister Zalewskiej jest przemyślana i odpowiedzialna.

Wydanie: 39/2016

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy