Noc „Heweliusza” trwa

Noc „Heweliusza” trwa

Zatonięcie promu do dziś nie zostało zbadane, jak tego wymaga prawo międzynarodowe Czy coś łączy wypadki tak odległe geograficznie i technicznie jak awaria w elektrowni atomowej Fukushima, rozbicie Tu-154 w Smoleńsku i zatonięcie promu „Jan Heweliusz”? Łączy wyjątkowo wiele, jeśli popatrzymy na nie w taki sposób, w jaki badano Fukushimę. We wstępie do raportu specjalnej komisji japońskiego parlamentu czytamy: „Wypadek w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi nie może być rozpatrywany jako katastrofa wywołana przez siły natury. To była w najwyższym stopniu katastrofa spowodowana przez człowieka (manmade) – można było i należało ją przewidzieć i jej zapobiec. (…) Jej fundamentalne przyczyny znajdują się w zakorzenionych cechach japońskiej kultury: w naszym bezmyślnym posłuszeństwie, w naszej niechęci do krytykowania zwierzchności, (…) w naszym konformizmie i w naszej zaściankowości” (www.nirs.org/fukushima/naiic_report.pdf, s. 9). Podobnie jest z polskimi katastrofami – nie spowodowały ich ani sztorm, ani mgła, ani trotyl, tylko cechy polskiej kultury przypominające te japońskie. Międzynarodowe badania charakteru narodowego wskazują, że Polacy i Japończycy są w grupie narodów mających najgorszy tzw. wskaźnik unikania niepewności (Uncertainty Avoidance Index – UAI), który mierzy m.in. odwagę cywilną. W zestawieniu 74 krajów i regionów opracowanym przez ojca i syna Geerta i Geerta Jana Hofstede (ten pierwszy jest obecnie najczęściej cytowanym socjologiem na świecie) zajmujemy 64. miejsce, tuż za Japonią; mieszkańcy Rosji są o trzy pozycje niżej, a tabelę zamyka Grecja („Kultury i organizacje”, Warszawa 2007). Gdy się patrzy na nieodległe, a nawet trwające perypetie państw i pojazdów, nabiera się przekonania, że wskaźnik UAI nie kłamie i co nieco tłumaczy. Jednopunktowa różnica między Japonią a Polską zamienia się jednak w lata świetlne, gdy chodzi o wnioski z katastrof. Kiyoshi Kurokawa, szef parlamentarnej komisji ds. Fukushimy, napisał do rodaków: „Musimy z tej katastrofy wyciągnąć nauki i głęboko przemyśleć jej fundamentalne przyczyny, żeby się nigdy nie powtórzyła. Wiele tych nauk dotyczy zasad postępowania i procedur, ale najważniejszą musi głęboko przemyśleć każdy obywatel Japonii. Skutki zaniedbań w Fukushimie rzucają się w oczy, bo są katastrofalne, ale sposób myślenia, z którego wynikły, można spotkać w całej Japonii. Uświadamiając sobie ten fakt, każdy z nas powinien pomyśleć o naszej zbiorowej odpowiedzialności jako członków demokratycznego społeczeństwa”. Do obywateli Polski nikt tak nie mówi, chociaż większość wypadków ma przyczyny podobne – albo i głębsze – niż ogłoszone światu w Japonii. Katastrofy „Jana Heweliusza” i Tu-154 łączy ten sam lęk cywilny, poczucie bezsilności i beznadziejności, gdy chce się zapobiec złu, świadomość zepsucia aparatu kontrolno-policyjnego, skorumpowania, ignorancji i bezkarności polityków, którzy odpowiadają za jego jakość. Wyrok Trybunału Przypomnijmy: prom „Jan Heweliusz” zatonął 14 stycznia 1993 r. podczas nocnego sztormu u wybrzeży Rugii. Była to najtragiczniejsza katastrofa w dziejach naszej floty. Zginęło w niej 20 marynarzy i 35 pasażerów. Uratowało się zaledwie dziewięciu marynarzy. Izby morskie orzekały w tej sprawie cztery razy, dwukrotnie w pierwszej i dwukrotnie w drugiej instancji. Werdykty łagodniały w miarę upływu czasu. Szczecińska izba bardzo surowo potraktowała starszyznę statku, gdyńska orzekła o winie armatora, Euroafriki, „w stopniu niedającym się ustalić”. Ostatecznie Odwoławcza Izba Morska w Gdyni w styczniu 1999 r. stwierdziła tylko „nieprawidłowe postępowanie” Euroafriki, kapitana i starszego oficera oraz przypisała postępowanie „nasuwające zastrzeżenia” Polskim Liniom Oceanicznym, Polskiemu Rejestrowi Statków i Urzędowi Morskiemu w Szczecinie. W 2005 r. Trybunał w Strasburgu stwierdził, że orzeczenia izb morskich rozpatrujących ten wypadek zostały wydane z naruszeniem art. 6 ust. 1 Europejskiej konwencji praw człowieka, czyli przez organ pozbawiony przymiotu niezawisłości i bezstronności. Oznacza to formalnie, że zatonięcie „Heweliusza” nie zostało zbadane, jak tego wymaga prawo międzynarodowe od państwa bandery. Na Polsce nadal więc ciąży obowiązek oznajmienia obywatelom i światu, jak doszło do katastrofy. Jednak przez siedem lat nikt nie nakazał wznowić postępowania przed izbami morskimi, chociaż wypadki morskie bada się z urzędu. Przewodniczącym komisji powołanej przez ministra transportu i gospodarki morskiej do ustalenia przyczyn i okoliczności wypadku promu „Jan Heweliusz” był podsekretarz stanu w tym ministerstwie, kpt. ż.w. Zbigniew Sulatycki. W aktach izb morskich dotyczących „Heweliusza” jest kopia podpisanego

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 04/2013, 2013

Kategorie: Opinie
Tagi: Marek Błuś