Słowa, słowa, słowa…

Słowa, słowa, słowa…

Liberum veto

Przed paroma laty przeszłam trzygodzinną operację, która od chirurga wymagała szczególnej precyzji, a od anestezjologa – czujności, czego warunkiem jest spokój wewnętrzny.
Śledząc dyskusję o „łowcach skór”, zastanawiam się, czy dziś łatwo o taki spokój najrzetelniejszym nawet lekarzom, członkom grupy zawodowej tak bezpardonowo atakowanej? I czy aby część dziennikarzy nie przekracza cienkiej linii dzielącej ujawnianie prawdy w interesie społecznym od polowania na sensacje, które przyciągają licznych czytelników? Wszak jest tajemnicą poliszynela, że na wolnym rynku medialnym toczy się obecnie ostra rywalizacja, grożąca „równaniem w dół” nawet takim potęgom, jak BBC (por. tekst na ten temat w tygodniku „Forum” z 7-13 stycznia br.).
„Polowanie na skóry” ma całkiem inną temperaturę emocjonalną i „siłę rażenia” niż na przykład „odpłatne informowanie o zgonach”, o co w danym przypadku chodzi. Uprawianie takiego procederu przez pracowników służby zdrowia, zwłaszcza lekarzy, budzi odrazę i zapewne podpada pod jakiś paragraf, ale to jednak coś całkiem innego niż rozmyślne przyspieszanie śmierci pacjenta. Moi Rodzice umierali u nas w domu, wiem więc z własnego doświadczenia, jak niełatwa jest wówczas sytuacja rodziny oraz lekarzy stwierdzających swą bezradność. Wiem też, jak dalece emocje rzutują na wybiórcze zapamiętywanie faktów składających się na takie wydarzenie.
Skądinąd nie do pozazdroszczenia wydaje mi się rola prokuratorów i sędziów zajmujących się tą drastycznie nagłaśnianą sprawą. Czytamy i słyszymy, że masowo zgłaszają się świadkowie. Ale – jak powiedział Rejent w „Zemście” – „Nie brak świadków na tym świecie”. Znane porzekadło głosi „Łże jak naoczny świadek”. Nie mam podstaw ani prawa kwestionowania czyichkolwiek zeznań, ale z jednej strony, w grę może wchodzić wspomniana już wybiórcza, subiektywna pamięć, z drugiej – bardzo ludzka skłonność do załatwiania porachunków: podobno przesłuchiwani już oskarżają się nawzajem.
W dodatku nad śledztwem czuwa pani minister Barbara Piwnik, która po niedawnych atakach musi mieć świadomość, jak natrętnie patrzy się jej na ręce. Szczęściem, pani minister sprawia wrażenie osoby wyjątkowo opanowanej!
Wszystko to dzieje się za sprawą „Gazety Wyborczej”, której dziennikarze nie po raz pierwszy nagłaśniają fakty nie do końca sprawdzone i – wyprzedzając sąd – ferują wyroki nieliczące się z zasadą domniemania niewinności oskarżonego, dopóki bezspornie nie dowiedzie mu się winy.
Powiem szczerze, iż nie odzywałabym się w tej sprawie (wszak w środowisku dziennikarskim również obowiązuje solidarność zawodowa, jaką zarzuca się lekarzom…), gdyby nie dwa znane mi z bliska przypadki dowodzące, że redaktorom „Gazety Wyborczej” nie zawsze przyświeca szczytna idea dochodzenia prawdy, tylko prawdy, całej prawdy.
W 1950 roku Władysław Tatarkiewicz padł ofiarą ataków ze strony młodych gniewnych marksistów. Mój mąż i ja nie wracalibyśmy po latach do tej sprawy, gdyby nie to, że Adam Michnik w rozmowie z naszym synem, Jakubem, stwierdził stanowczo, że takiego incydentu nigdy nie było. Wobec tego dictum dotarliśmy do archiwum KUL-u, gdzie zachowała się dokumentacja wydarzenia, co jednak nie zainteresowało „Gazety”. Tylko dzięki nieodżałowanej pamięci prof. Antoninie Kłoskowskiej oraz prof.prof. Andrzejowi Grzegorczykowi i Andrzejowi Paczkowskiemu odnośne dokumenty wraz aktualnymi komentarzami ukazały się na łamach niskonakładowego specjalistycznego „Przeglądu Filozoficznego”. W jakiś czas potem w „Gazecie Wyborczej” opublikowano obszerny artykuł na temat zachowań intelektualistów w czasach stalinowskich. Jako inspiratora ataku na W. Tatarkiewicza wskazano tam prof. Adama Schaffa, o czym mój teść nigdy nie wspominał i na co nie ma żadnych dowodów (w prywatnej rozmowie prominentny uczestnik „incydentu” podał mi całkiem inne nazwisko, czego z natury rzeczy nie mogę i nie chcę ujawnić). List do „Gazety Wyborczej”, w którym mój mąż, Krzysztof Tatarkiewicz, prostował pomówienie krzywdzące prof. Adama Schaffa, nigdy się na łamach tego dziennika NIE UKAZAŁ. Dlaczego?…
Druga sprawa jest bardziej skomplikowana i wymaga dłuższego omówienia. W swej książce pt. „Z dziejów honoru” Adam Michnik obszernie skomentował utwór J.J Szczepańskiego „Koniec legendy”. Jest to kryptoreportaż, względnie opowiadanie „z kluczem” na temat zabawy sylwestrowej, jaka na przełomie lat 1944-1945 odbyła się w domu państwa Kernów, teściów śp. Jerzego Turowicza. Występujące tam postaci to mniej lub bardziej wierne portrety literackie autentycznych osób. Dwie z nich, poeta Wielgosz oraz socjolog z Warszawy, Siciński, wypowiadają się krytycznie o powstaniu warszawskim i w ogóle o naszej skłonności do toczenia walk, nieuchronnie skazanych na klęskę. Adam Michnik w swej książce ujawnił, że prototypem Wielgosza jest Czesław Miłosz, przy okazji cytując z pietyzmem „Traktat moralny” oraz inne utwory poety. Sicińskiemu natomiast przypisał wszystko, co najgorsze, imputując, że prezentowana przez niego postawa wobec naszej historii musiała po wojnie owocować skrajnym oportunizmem. W środowisku naukowo-literackim na ogół wiadomo było, ze w osobie Sicińskiego J.J. Szczepański (wówczas młody pisarz, pozostający pod wrażeniem doświadczeń wojennych) nakreślił złośliwą podobiznę socjologa Mieczysława Choynowskiego (1909-2001), nie przesądzając jednak dalszych jego losów. A wyglądały one całkiem inaczej niż to w swej książce „dopisał” Adam Michnik. Z racji swej bezkompromisowej postawy Mieczysław Choynowski padł ofiarą dyskryminacji ze strony władzy PRL i ostatecznie wyemigrował do Meksyku, gdzie doceniono jego możliwości intelektualne. Książka „Z dziejów honoru” swego czasu dotarła do Mieczysława Choynowskiego, który był nią dotkliwie urażony i z oddali podejmował próby autorehabilitacji, niestety daremne.
Słowa mogą koić i ranić, łagodzić i jątrzyć. Dlatego – jak niektórymi lekami – trzeba posługiwać się nimi bardzo rozważnie.
29.01.2002 r.

 

Wydanie: 6/2002

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy