Pożywka dla hipokryzji

Pożywka dla hipokryzji

Wliczanie stopnia z religii do średniej będzie jeszcze bardziej karykaturalne niż zajęcia z filozofii marksistowskiej na uczelni technicznej

Jesienią 1969 r., po odbyciu obowiązkowej praktyki robotniczej, rozpocząłem studia na jednej z uczelni technicznych w południowej Polsce. Na pierwszych ćwiczeniach z obowiązkowej wtedy filozofii pojawił się – jako prowadzący – młodszy asystent Adam Z. Był to cherlawy młodzieniec o przeintelektualizowanym spojrzeniu. Ambitny młodszy asystent Z. zaraz zadał nam szereg lektur do przeczytania, obejmujących m.in. fragmenty „Timajosa” Platona, wybrane zagadnienia z dzieł Hegla i Kanta oraz, aby zachować związek wykładanego przedmiotu z marksizmem, fragmenty prac Gramsciego.
Nam, dzieciom robotniczym lub chłopskim (a w niektórych przypadkach i robotniczym, i chłopskim), które dostały się na studia dzięki punktom za pochodzenie społeczne, nie w głowie było czytanie dzieł filozoficznych, więc na następnych zajęciach okazało się, że oprócz kilku gorliwych „zetemesówek” nikt polecanych lektur nie przeczytał. Dowiedziawszy się o tym, zdesperowany młodszy asystent Adam Z. zadał nam pytanie: „Czy inżynierom potrzebna jest filozofia?”. Do odpowiedzi rzuciły się zetemesówki, które w długich, ale chyba

nieszczerych wywodach

uzasadniały znaczenie filozofii nie tylko dla humanizacji uczelni technicznych, ale również dla codziennej praktyki inżynierskiej. Marksistowskim zelotkom odpór dała zdrowa część społeczności studenckiej, którą uosabiał Staś G. – prawdziwe dziecko robotniczej Nowej Huty. Staś G. uczył się marnie, bo czas zabierały mu liczne wyjazdy handlowe do Jugosławii, z których przywoził dobra powszechnie pożądane w ubogiej gomułkowskiej Polsce, np. gumy do żucia „balonówy”, sprzedawane potem z zyskiem. Otóż Staś G. bezczelnie stwierdził, że jemu filozofia nie jest potrzebna, bo nie pomoże mu ani w narysowaniu przekroju poprzecznego sprzęgła, który jest zadany na dzień następny, ani w wyjazdach do Jugosławii. My, zdrowa część społeczności studenckiej, milcząco popieraliśmy Stasia. Zetemesówy zatrzęsły się z oburzenia, a w oczach młodszego asystenta Adama Z. dostrzegliśmy smutek.
Widząc, że zadawanie lektur filozoficznych do czytania w domu nie ma najmniejszego sensu, młodszy asystent Adam Z. postanowił czytać je nam podczas zajęć. Przez kilka następnych tygodni podczas ćwiczeń z filozofii uzupełnialiśmy sprawozdania z różnych zajęć laboratoryjnych, słysząc w tle teksty Platona, Hegla, Kanta lub Gramsciego. Pomiędzy prowadzącym zajęcia a jego nielubiącymi filozofii uczniami istniało jednak wyraźnie wyczuwalne napięcie.
Wszystko zmieniło się pewnego sobotniego wieczoru, gdy troje z nas ujrzało, jak w parku Jordana (a może na Plantach) młodszy asystent Adam Z. goni za bardzo atrakcyjną panienką, a ta zmysłowo chichocząc i udając, że mu ucieka, chowa się za drzewo. I wtedy zrozumieliśmy, że młodszy asystent to jest swój chłop, a jego cherlawym ciałem i przeintelektualizowanym umysłem, tak samo jak nami, rządzą hormony. Bliska

perspektywa cielesnego zespolenia

z powabną przedstawicielką płci przeciwnej była dla młodszego asystenta ważniejsza w tamtym momencie niż Platon, Hegel, Kant czy nienapisany jeszcze wiersz. Na ćwiczeniach z filozofii nic się nie zmieniło, Adam Z. nadal czytał wybrane teksty filozoficzne, a my nadal uzupełnialiśmy sprawozdania z zajęć laboratoryjnych. Między prowadzącym zajęcia a słuchaczami nawiązała się jednak nić sympatii i wzajemnej tolerancji. Na zaliczenie wszyscy dostali piątki. Minęło prawie 38 lat od tamtych wydarzeń, w międzyczasie zetemesowskie zelotki zmieniły się w gorliwe katoliczki, a młodszy asystent Adam Z. stał się jednym z największych współczesnych poetów polskich.
Te karykaturalne przecież, mimo wysiłków Adama Z., ćwiczenia z filozofii przypominały lekcje literatury w angielskiej szkole zawodowej, opisywane wesoło przez Toma Sharpe’a w jednej z jego książek. Teraz trochę żałuję, iż lektur czytanych przez młodszego asystenta słuchałem jednym uchem. Coś z tego brzęczenia mi jednak zostało, wiele ważnych dla mnie decyzji życiowych podjąłem, uwzględniając świadomość wolności w ujęciu heglowskim, a podczas wykładu habilitacyjnego dotyczącego chemii podpierałem się „Timajosem”.
Przywołuję ten przykład z zamierzchłych czasów, gdyż uważam, że poddanie lekcji religii procedurom stosowanym dla innych przedmiotów doprowadzi do jeszcze większych wynaturzeń niż opisane powyżej. Religia nie może rządzić się prawami szkoły. Wykładowca dowolnego, poza religią, przedmiotu może go nie lubić. Jego zadaniem jest przyswojenie słuchaczom współcześnie przyjętych praw opisujących i określających daną dziedzinę wiedzy i nauczenie korzystania z nich. Sam jestem przykładem nauczyciela chemii, który tak naprawdę nie lubi tego przedmiotu. Zawsze chciałem studiować socjologię, ale maturę zdałem w 1969 r., czyli w okresie szczytu ideologicznej histerii moczarowsko-gomułkowskiej. Podejmowanie w tym czasie studiów socjologicznych przez kogoś, kto ceni sobie niezależność światopoglądową, byłoby szaleństwem. Dlatego wybrałem uczelnię techniczną. Ten wybór „wbrew miłości” ma dzisiaj pewne negatywne konsekwencje. Znacznie chętniej piszę artykuły do „Gazety Wyborczej”, „Przeglądu” czy „Polityki”, za które mi płacą nędznie (lub wcale), niż artykuły do „Journal of the American Chemical Society” czy „Journal of Physical Chemistry” co, obok nauczania, jest moim obowiązkiem służbowym.
Nielubiący swojego przedmiotu wykładowca może być jednak dobrym nauczycielem i mieć duże sukcesy pedagogiczne. Natomiast trudno wyobrazić sobie dobrego katechetę, który

byłby niechętny religii.

Ważną częścią religii jest wiara i miłość do Boga, a tam, gdzie mamy do czynienia z wiarą i miłością, wystawianie stopni jest co najmniej niestosowne. Kto zasługuje na lepszy stopień z religii: pobożny, ale niezbyt lotny uczeń, żyjący według wskazówek swojej wiary, który jednak nie może sobie łatwo przyswoić historii Kościoła, czy bystry hipokryta, który tę historię opanował świetnie, ale nie tylko po lekcjach, lecz nawet na przerwach grzeszy „myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”?
Stopnie z religii, a szczególnie ich wliczanie do średniej, stanowić będą świetną pożywką dla cwaniactwa i hipokryzji. Przedmiot ten stanie się jeszcze bardziej karykaturalny niż opisane powyżej zajęcia z filozofii marksistowskiej na uczelni technicznej. Dążenie kierownictwa Ministerstwa Edukacji do szkolnego zbiurokratyzowania religii nie dziwi mnie. Zaskoczyła mnie jednak, przypadkowo usłyszana, wypowiedź Jana Rokity, który w rozmowie z Moniką Olejnik stwierdził, że wliczanie stopni z religii podniesie rangę tego przedmiotu. Des clous – jak mówią młodzi Francuzi!

Autor jest profesorem chemii. Pracuje w Komisariacie ds. Energii Atomowej w Grenoble i na Politechnice Warszawskiej. W 2002 r. otrzymał nagrodę Fundacji na rzecz Nauki Polskiej (tzw. Polskiego Nobla)

 

 

Wydanie: 29/2007

Kategorie: Opinie
Tagi: Adam Proń

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy