Spór o naród

Spór o naród

Julianowi Tuwimowi zawdzięczamy piękną formułę „ojczyzna polszczyzna”. Z kolei Karol Radek (Sobelsohn) powiedział kiedyś do mojej Matki (poznała go przed Pierwszą Światową w Paryżu, w kręgach tamtejszej Polonii): „Czy pani sądzi, że Żyd wychowany w Polsce – kocha tę rzekę mniej niż rdzenny Polak?”. Mamę zafrapowały te słowa późniejszego współtowarzysza Lenina i mnie też zapadły w pamięć. A przypominam te znamienne wypowiedzi, bo oto nieprzeciętni ludzie, których nie sposób posądzać o nacjonalizm, wskazali na swój pozytywny stosunek do języka i do krajobrazu, a więc dwu czynników odgrywających istotną rolę w kształtowaniu patriotyzmu, przywiązania do ojczyzny, ta zaś nieuchronnie kojarzy się z narodem.

Ojczyzna to obszar

zamieszkany przez określony naród. W dobie jednoczenia się Europy i procesów globalizacyjnych zdefiniowanie, czym jest naród, staje się zadaniem arcypilnym. Piszę ten tekst po wizycie Benedykta XVI, który nie ukrywa, że czuje się „synem narodu niemieckiego”. Równocześnie w naszym kraju doszło do haniebnego wybryku, jakim był atak na rabina Schudricha podjęty pod hasłem „Polska dla Polaków”. I wreszcie w „Gazecie Wyborczej” ukazał się obszerny wywiad z panią prof. Janion pt. „Moje herezje antynarodowe”, który przeczytałam wyjątkowo uważnie, a zarazem z mocno mieszanymi uczuciami.
Wybitna uczona, polonistka, wychowawczyni młodzieży, prezentuje tezy, które zasadniczo rozmijają się z moimi doświadczeniami i przemyśleniami.
Tu pozwolę sobie na dygresję, mającą na celu wyjaśnienie, jak doszło do mego bliższego zainteresowania się problemem tożsamości narodowej, a raczej, jak wolę – kulturowej. W trakcie wieloletniej działalności translatorskiej (mam na koncie przeszło 40 poważnych pozycji książkowych oraz morze tekstów do tygodnika „Forum”) coraz bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że w gruncie rzeczy tłumaczenie jest niemożliwe, bo języki różnią się od siebie jak instrumenty, np. fortepian i skrzypce, z których nie da się wydobyć identycznego dźwięku. Język to

instrument wyrażania mentalności,

zwłaszcza uczuć właściwych wspólnocie kulturowej, która się danym idiomem posługuje, tworząc go, a zarazem jakoś mu podlegając. Dlatego od dawna apeluję o pogłębioną dyskusję o naszej tożsamości kulturowej, o tożsamości osób osiedlonych nad Wisłą i porozumiewających się po polsku. Problem ten w ostatniej dekadzie nabrał dla mnie szczególnej aktualności, bo nasz wnuk od bez mała 10 lat przebywa w USA. Ukończył tam studia, popracował zarobkowo, a teraz kontynuuje edukację w szkole filmowej. Pozazdrościć? Nie byłabym taka pewna, w każdym razie przez cały ten czas prowadzimy ożywiony dialog na temat, co to znaczy być Polakiem.
I nie wydaje mi się, aby tezy formułowane przez prof. Janion mogły pomóc młodym Polkom i Polakom w uświadomieniu sobie, na czym właściwie polega ich przynależność narodowa.
Prof. Janion przyjmuje za swoją definicję narodu, zaproponowaną przez anglosaskiego politologa, Benedicta Andersona, który uważa, iż naród to „wspólnota wyobrażona”, nie zaś, jak głoszą teorie odrzucane przez prof. Janion, „wspólnota dana przez siły nadprzyrodzone” ani też „wspólnota biologiczna”. Mnie również takie koncepcje nie odpowiadają, ale też nie wydaje mi się, aby formuła Andersona trafiała w sedno. W moim najgłębszym przekonaniu naród to wspólnota kulturowo-emocjonalna, tworząca się ewolucyjnie przez wieki i tysiąclecia wskutek oddziaływania różnych czynników obiektywnych, które determinują postawy subiektywne, zarówno pozytywne, jak i negatywne. Do tych drugich zaliczam wszelkie mesjanizmy, w tym polski, zapoczątkowany na fali sarmatyzmu (XVII w.), a kulminujący się w dobie romantyzmu, po klęsce Powstania Listopadowego. Moim zdaniem, mesjanizm, stanowiący formę nacjonalizmu, to zespołowa megalomania, jaką jednostki i grupy kompensują poczucie słabości i różne kompleksy. Zdumiewa mnie, że prof. Janion, wybitna znawczyni polskiego romantyzmu, tak całkowicie przemilcza w swoim wywiadzie rolę Mickiewicza, czołowego polskiego mesjanisty, a zarazem apologety walki zbrojnej. „Bóg z Napoleonem, Napoleon z nami”. Że słowem nie wspomina o przeciwstawnym nurcie polskiej kultury, wytyczanym przez takich twórców jak antymilitarysta Kochanowski, Fredro (autor m.in. przejmujących wspomnień z moskiewskiej kampanii Napoleona pt. „Trzy po trzy”), a zwłaszcza Prus, prawdziwy „wieszcz” i prekursor dzisiejszych ważnych tendencji. W tym nurcie naprawdę trudno dojrzeć ślady mesjanizmu, ksenofobii czy homofobii, którą prof. Janion kojarzy z naszym stosunkiem do „wspólnot męskich”, zwłaszcza militarnych, w tym do ułanów. Taka interpretacja wydaje mi się całkowitym nieporozumieniem. Polski

sentyment do wojska

powstał w kontekście walk o niepodległość, której symbolem, obok hymnu i flagi, jest własna armia. Ponadto służba w wojsku była jedną z nielicznych dróg awansu społecznego dla synów chłopskich. To chyba nie przypadek, że Karol Wojtyła i Andrzej Wajda są synami wojskowych pochodzenia chłopskiego. Odnoszę jednak wrażenie, że nasza „liberalna” inteligencja w dużej mierze postszlachecka, uczulona – słusznie! – na dyskryminację wszelkich mniejszości, jakby nie zauważa krzywd chłopskiej większości. Orzeszkowa i Prus byli pod tym względem „nietypowi”, bo wykazywali zrozumienie dla wszystkich „wykluczanych”.
Skądinąd Prus, uczestnik Powstania Styczniowego, odciął się od kultu walki zbrojnej, a także był chyba pierwszym pisarzem europejskim mężczyzną, który tak poważnie i wnikliwie zajął się sprawą równouprawnienia kobiet. Prototypem wyzwolonej kobiety jest Madzia Brzeska, która uczy się i pracuje, zarazem zaś wyróżnia się wyjątkową empatią. Przypomnę, że wybitny intelektualista amerykański, Jeremy Rifkin, właśnie empatię uważa za warunek rozwiązania problemów dzisiejszego świata.
Spoiwem żadnej wspólnoty kulturowej nie są wyłącznie pozytywne uczucia i otwarcie na „innych”. Ale takie właśnie postawy należy dojrzeć, doceniać, kultywować i rozwijać. Czy skutecznie czyniono to w III RP, którą explicite komplementuje prof. Janion? Drastyczne rozwarstwienie materiale, nasilenie przestępczości, bezrobocie skutkujące nieuchronnie masową emigracją zarobkową – to rezultaty „liberalnych” działań, których ja osobiście nie potrafię aprobować, mimo że nie należałam do PZPR ani w ogóle żadnej partii. Ale też nie wiążę nadziei z VI RP, kreowaną pod auspicjami WODZA przy wsparciu sił odwołujących się jawnie lub po cichu do hasła „Polska dla Polaków”. Nie tędy droga! Na tę właściwą chyba dotychczas nie udało nam się trafić…

 

Wydanie: 25/2006

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy