Nie żenimy się pod wpływem współczucia

Nie żenimy się pod wpływem współczucia

Udzielając naszej ojczyźnie ślubu z jej prezydentem, pójdźmy za głosem serca lub za głosem rozumu, nie róbmy tego pod wpływem żalu

Nie znam nikogo, kto ożeniłby się pod wpływem współczucia. Ludzie pobierają się z miłości lub przynajmniej z rozsądku. Trudno również sobie wyobrazić, by wchodząc w związek, choćby limitowany czasowo, bo tylko pięcioletni, za to niezwykle poważny, kierowali się współczuciem. Udzielając ślubu naszej ojczyźnie z jej prezydentem, pójdźmy więc za głosem serca lub za głosem rozumu, nie róbmy tego pod wpływem żalu.
Katastrofa w Smoleńsku na pewno była ciosem dla całego społeczeństwa. Nie sposób jednak pogodzić się z tym, że politycy mogą być rozliczani z tego, kto i jak długo płakał oraz kto był i jest gorliwszym żałobnikiem. Wystarczy wspomnieć nieoklaskiwane wystąpienie marszałka Komorowskiego na krakowskim Rynku. Mówił rozsądnie, taktownie, lecz nie rozpalał emocji i nie rozpaczał publicznie, więc ponoć „nie zdał egzaminu”.
Z powodu śmierci prezydenta i wielu innych znakomitych, aktywnych publicznie Polaków czujemy żal, smutek i ból. Przepełnia nas czysto ludzkie współczucie dla ofiar i ich rodzin oraz narodowa solidarność właściwa dla żałoby narodowej. Zjawisko takie jest znane i opisane, często pewne jego aspekty funkcjonują pod nazwą jednoczenia się wokół flagi. Jest to mechanizm jak najbardziej zrozumiały i oczywiście pozytywny. Nasze skupianie się wokół symboli narodowych jest dodatkowo spotęgowane nieszczęśliwym i jakże wymownym splotem zdarzeń dotyczących miejsca i okoliczności katastrofy.
Żałoba, żal i nieszczęsny Katyń nie odbierają nam jednak prawa do dokonania wyboru politycznego. Zarówno prawa do rzetelnej oceny kadencji prezydenta, jak i prawa do obrony przed formacją polityczną forsującą koncepcję IV RP. Na skutek śmierci Lecha Kaczyńskiego jego prezydentura nie zrobiła się przecież jednoznacznie wybitna i godna Wawelu, a jego brat nie stał się politykiem, którego wolno tylko podziwiać i wspierać, PiS zaś nie stało się partią zasługującą na powszechną aprobatę i zaufanie. Oddzielmy czysto ludzkie współczucie od oceny politycznej tego, co Lech Kaczyński za życia zrobił. Oddzielmy też żal, który czujemy z racji tego, że urząd prezydenta nie został opróżniony z powodu zwykłego zakończenia kadencji, od wyboru politycznego, do którego mamy prawo, bo mamy zadecydować o przyszłości Polski.
Nie wstydźmy się ani żalu, ani łez, ale nie bójmy się też zachowania krytycyzmu politycznego. Gdy szlochamy na pogrzebie, nie jesteśmy przecież nietaktowni i liczymy na zrozumienie tych, którzy na nas patrzą. Gdy negatywnie oceniamy działalność polityczną zmarłych oraz propozycje ich sukcesorów, tak samo nie jesteśmy nietaktowni i tak samo mamy prawo liczyć na zrozumienie. Co więcej, w sytuacji katastrofy, narodowej tragedii nic nie jest zwyczajnie czarno-białe. Ci, którzy płakali, mogą głosować na kogoś innego niż brat zmarłego prezydenta, zaś ci, którzy nie uronili łzy, mają prawo okazać się zwolennikami PiS. Najważniejsze, by oddzielić jedno od drugiego i pamiętać podczas nachodzącej kampanii oraz przy samej już urnie wyborczej, po co i dlaczego człowiek się „„żeni””.

Autorka jest przewodniczącą Partii Demokratycznej, doktorem nauk prawnych, wykładowcą UJ

Wydanie: 22/2010

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy