Polemika z prof. Zdzisławem Sadowskim

Polemika z prof. Zdzisławem Sadowskim

W rozmowie zastępcy redaktora naczelnego „Przeglądu” (nr 47 z 28.11.2010) Roberta Walenciaka z prof. Zdzisławem Sadowskim znalazło się parę nieścisłości, na które chciałbym zwrócić uwagę.
Dotyczy to przede wszystkim tzw. długu zagranicznego Gierka. Na pytanie redaktora Walenciaka: „Ile wynosiło w stosunku do PKB zadłużenie epoki Gierka?”, prof. Sadowski odpowiedział bez wahania: „Czterdzieści parę procent”, nie tłumacząc, jak to wyliczył. A przecież wszystko zależy od przyjętego do obliczenia kursu walutowego (czy raczej przelicznika dewizowego, bo w roku 1980 nie było realnego kursu walutowego w dzisiejszym rozumieniu). Kierując się zatem logiką prof. Bożyka (artykuł opublikowany w „Przeglądzie” nr 43 z 31.10.2010), przy przeliczaniu dochodu narodowego na wielkości porównywalne w skali międzynarodowej można wykorzystać w Polsce

trzy rodzaje przeliczników:

czarnorynkowy, handlu zagranicznego i siły nabywczej złotego. Różnice między nimi są znaczne. Krańcowo różna może więc być wyliczona wartość dochodu narodowego w dolarach. Przykładowo, jeżeli kurs czarnorynkowy wynosi ok. 700 zł/dol., to kurs handlu zagranicznego (cztery razy niższy od czarnorynkowego) wyniósłby 175 zł/dol., a kurs parytetowy (kurs ppp, dwa razy niższy od kursu handlu zagranicznego) – ok. 90 zł/dol.
Prof. Belka udzielając parę tygodni temu wywiadu w telewizji, przytoczył wyniki swoich obliczeń wykorzystujących prawdopodobnie kurs czarnorynkowy, wyszło mu bowiem wtedy, że zadłużenie Polski w 1980 r. stanowiło dwuletnią wartość ówczesnego PKB.
Prof. Sadowski zaś oparł się zapewne na kursie handlu zagranicznego, gdyż podaje wartość czterokrotnie niższą niż prof. Belka (około połowy rocznego ówczesnego PKB). Oba te wyniki są jednak błędne. Nie można bowiem przeliczać PKB Polski za pomocą kursu czarnorynkowego, dotyczącego przecież części procenta ówczesnych obrotów dewizowych Polski z zagranicą. Także kurs handlu zagranicznego jest niewłaściwy, bo dotyczy nie więcej niż 10-15% produkcji eksportowej. Pozostaje więc kurs parytetowy (ppp), którym w tamtym czasie posługiwała się Europejska Komisja Gospodarcza. Według niej udział zadłużenia zagranicznego w PKB wyliczony za pomocą tego kursu wyniósł ok. 10%.
Zadłużenie to w momencie pozbawienia Edwarda Gierka władzy politycznej było równe kwocie ok. 23 mld dol., w tym 3,4 mld dol. stanowiły kredyty bieżące, które musiały być spłacone do końca 1990 r. Pozostało więc do spłacenia 19,6 mld dol. Nie wiem zatem, skąd prof. Sadowski wziął kwotę „chyba” – jak dodał – 27 mld dol.
W latach 70. bowiem kredyty, jak i odsetki od nich były spłacane regularnie głównie dzięki eksportowi węgla, ciężar spłat zaś był nieporównywalnie większy niż obecnie. Tak więc łączne spłaty w ciągu dziesięciolecia przekroczyły

dwukrotnie wartość zadłużenia

i wyniosły ponad 40 mld dol. Wymieniona dalej przez prof. Sadowskiego kwota spłat zadłużenia w latach 80. w wysokości 27 mld dol. była więc prawie o połowę mniejsza od spłat rat kapitałowych i odsetek, dokonanych w latach 70.
Ale nie to jest najważniejsze, zadłużenie w latach 70. posłużyło do sfinansowania olbrzymich inwestycji; łącznie wybudowano i zmodernizowano 570 fabryk, które do dzisiaj są sprzedawane w ramach prywatyzacji i zasilają budżet państwa. Dochody z tej sprzedaży już kilkakrotnie przekroczyły wielkość zadłużenia z tego okresu.
Prof. Sadowski niewłaściwie ocenia przyczyny załamania polskiej gospodarki na przełomie lat 70. i 80.
Nie spowodowało go z pewnością zadłużenie gierkowskie, ale bałagan w gospodarce będący rezultatem głównie strajków.
W efekcie tego gospodarka znalazła się w regresie. Najwyższa pora, by otwarcie powiedzieć, kto namawiał robotników do strajków. Nie zrobił tego przecież Edward Gierek. Zanim pojawiła się i okrzepła „Solidarność”, do buntu prowokowali inni.
Warto też powiedzieć, jaką rolę we wzroście zadłużenia odegrało wprowadzenie stanu wojennego. Polsce odmówiono wtedy kredytów handlowych, trzeba było więc finansować bieżące zakupy żywności i surowców, zaciągając pożyczki na spekulacyjnym rynku eurodolarowym, tj. kredytów oprocentowanych nie w wysokości 5%, jak czyniono to za Gierka, lecz w wysokości 20%. Nic więc dziwnego, że zadłużenie Polski w latach 80. więcej niż się podwoiło (wzrosło do 45 mld dol., jak podaje prof. Sadowski), przy czym niczego w tym czasie nie zbudowano.
I wreszcie zadłużenie premiera Tuska. Zdaniem prof. Sadowskiego obecnie „inwestycje owocują wzrostem gospodarczym”. Ale odpowiadając na pytanie red. Walenciaka: „Jakie inwestycje? Co takiego nowoczesnego Polska produkuje, że możemy to sprzedawać?”, prof. Sadowski znalazł się w kłopocie: „Rozwinęliśmy przemysł maszynowy i środków transportu. To, że jest oparty na montowniach, to inna sprawa. Chciałoby się mieć (…) własny (…). Naszą wielką słabością jest niski potencjał naukowo-badawczy”.
Chciałbym w tym miejscu zapytać prof. Sadowskiego: na co więc poszło tych 280 mld dol. obecnego zadłużenia zagranicznego Polski? Na montownie? Przecież one nie są polską własnością. Szkoda, że prof. Sadowski nie dopowiedział całej prawdy, a mianowicie, że kredyty te w przeważającej części zostały przeznaczone

na sfinansowanie rozbuchanej konsumpcji.

To właśnie może być swego rodzaju bańka kryzysowa, mająca pierwowzór w tym, co dwa lata temu miało miejsce w Stanach Zjednoczonych.
Groźba potencjalnego kryzysu nie jest więc związana obecnie ze zbyt dużym udziałem zadłużenia zagranicznego w PKB (prof. Sadowski ocenia je na 54%), ale z podobnymi konsekwencjami, z jakimi borykały się i borykają nadal Irlandia i Grecja. Nie ominą one zapewne Portugalii i Hiszpanii, a wtedy strach zajrzy w oczy także polskim politykom. Nie lekceważyłbym tego.

Wydanie: 49/2010

Kategorie: Opinie
Tagi: Adam Gierek

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy