Oscar a sprawa Polska

Oscar a sprawa Polska

Andrzej Wajda wielkim reżyserem jest. I wspaniałomyślnym. Świadectwem – Centrum Sztuki Japońskiej w Krakowie, na które przeznaczył swoją nagrodę, a także statuetki Złotego Lwa, Złotej Palmy i teraz Oscara, ofiarowane Uniwersytetowi Jagiellońskiemu. Nie wypominając noblistom, tylko Wisława Szymborska przekazało dwój medal Muzeum UJ w Collegium Maius. Wałęsa wolał Częstochowę, Miłosz… własną szafę.

Jako zwykły widz niemal od 40 lat podziwiam filmy Wajdy, znajdując w nich wartką akcję, gorzką mądrość oraz bieżącą publicystykę. Tak odbierałem „Popiół i Diament”, potem „Kanał” (jako syn zabitego w powstaniu oficera AK). Nie inaczej przyjmowałem „Lotną”, później „Ziemię Obiecaną” oraz „Wesele”, obu „Człowieków”, a nawet „Pana Tadeusza”, „Pannę Nikt” szczęśliwie przepuściłem. Rozkoszowałem się za to spektaklem telewizyjnym „Bigda idzie”. Dziękuję, Panie Andrzeju.

Jako najzwyczajniejszy profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego dziękuję także za ciepłe słowa o starej Alma Mater oraz hojny dar dla jej Muzeum w roku 600-lecia, choć nie rozumiem, dlaczego mój Uniwersytet odmłodził się o niemal czterdzieści lat, gdyż jubileusz założenia świętowano już w 1964 roku. Widać w Krakowie celebracji nigdy dosyć.

Mam niemal pewność, że Oscar Wajdy przyciągnie do Collegium Maius, najstarszego budynku UJ, rzesze młodzieży, ciekawej nie tyle starego globusa, na którym nie ma jeszcze Ameryki (a tym bardziej Hollywood), co współczesnej pop-kultury. Ten złoty, błyszczący, totalnie kiczowaty symbol amerykańskiego show-biznesu, obok kunsztownych, złotych, średniowiecznych pucharów oraz medalu subtelnej poetki, to znak czasu – postmodernizmu, a także i naszej nowej, prozachodniej demokracji. Jakaż to odtrutka na wystawiennictwo okresu komuny!

Ze wspomnień mojej wczesnej młodości pozostała mi w pamięci wystawa w (horrible dictu) Muzeum Narodowym w Krakowie pod obiecującym tytułem „Oto Ameryka”. Pędziliśmy na nią dobrowolnie i gromadnie, ówcześni gimnazjaliści, aby oprócz słynnego żuka z Kolorado zobaczyć pistolet szpiega z CIA oraz butelkę coca-coli. Dzisiaj Ameryka, założyciel i filar NATO, ma dzięki Oscarowi swą permanentną wystawę w Krakowie. I trafnie wybrany obiekt. Bo przecież, chociaż jak sami Amerykanie powiadają: „Business od America is business”, to w Holywood dodają: „There is no business like show-business”. Teraz Muzeum UJ eksponuje to, co jest istotą nowej kultury – obiekt kultowy naszych atlantyckich przyjaciół.

Jednak do tej panaandrzejowej chwalby wypada dorzucić szczyptę soli attyckiej. Chodzi mi o samą ceremonię odebrania statuetki. Mając swoje 60 sekund, Andrzej Wajda, za cudzym podszeptem, wypadł z konwencjonalnej roli. Najpierw, wybierając nasz język. Zrozumiałe, że zwracał się do polskiego telewidza, którego niewątpliwie mogła wzruszyć taka panarejowska i narodowa demonstracja („I my Polacy nie gęsi”). Jednak niepotrzebnie wyjaśniał zebranym, że mówi po polsku dlatego, że myśli po polsku. Przecież sam później ujawnił, że tekst w części napisał mu Tym, a spomagał Jan Nowak-Jeziorański. Skrzyżowanie wytrawnego felietonisty (przypomina się Urban w roli autora artykułów wstępnych, pisanych w czasach napięć na zlecenie Wydziału Prasy KC) z jeszcze wytrawniejszym propagandystą, dało w rezultacie to, co musiało dać: tekst, który w czasach słusznie minionych był zwany politgramotą. Na szczęście, o ogólnym zmęczeniu, pod koniec ceremonii oscarowej, nikt tego na Sali nie zrozumiał, więc i nie zauważył.

Jednakże w oczach krajowej widowni Andrzej Wajda wypadł znakomicie. Przypomniał dyskretnie naszą martyrologię, podziękował wyzwolicielom. Tyle, że konwencja hollywoodzkiego spektaklu nakazuje inne podziękowania – bardzo osobowe i serdeczne. Myślę, że wielu polskich aktorów (choćby Olbrychski) pieściło w głębi duszy nadzieja, że Pan Andrzej wspomni o nich w światłach wielkiej rampy. Może słowo podzięki należało się Rywinowi, choćby za heroiczne zabiegi o nominację dla „Pana Tadeusza”. Może wzmianka o żonie Krystynie ociepliłaby oscarowe przesłanie. Nic z tego, ważniejsza okazała się nasza polska sprawa. I nic to, że statuetkę wręczyła Jane Fonda, niegdyś aktorka mocno lewicująca.

Spektakl spokojnie wytrzymał odejście od rozrywkowej konwencji, a może potwierdził filmowy stereotyp. Ci Słowianie są przecież zawsze poważni i cierpią za miliony. Na szczęście, Oscary dostają rzadko, a reżyserem spektaklu nie była Iza Cywińska.

Na koniec morał. Widać, mamy zakodowane w genach, że radość i spojrzenie w przyszłość Polakom publicznie nie przystoi. Polak staje z czołem chmurnym, mówi poważnie i rozważnie. Bo z czego się tu cieszyć, jak się ma taką przeszłość? Łagry, powstania, getta, Katyń. Jak nie zabory, to faszyzm, jak nie faszyzm, to komuna. Od czasów Wielkiej Emigracji polski intelektualista czuje moralny oblig przypominania światu polskich cierpień. Tyle tylko, że jak w songu o Janku Wiśniewskim, kończącym „Człowieka z żelaza” – „Świat się dowiedział, nic nie powiedział…”.

Autor jest profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, znawcą socjologii masowego komunikowania

Wydanie: 15/2000

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy