Dworce kolejowe tylko dla bogatych?

Dworce kolejowe tylko dla bogatych?

Państwo coraz powszechniej wprowadza rozwiązania pomiatające uboższymi. Bez śladu solidarności międzyludzkiej

Mamy kolejne ograniczenie praw obywateli, w postaci nie tylko rozszerzenia wachlarza środków przymusu wobec osób zaniedbanych lub nietrzeźwych, lecz także przy okazji utrudnienia w realizowaniu potrzeb podróżnych.
Po chwalebnej fali modernizacji lub budowy nowych dworców dziś w niejednym z nich można się zastanawiać, czy to jeszcze budynki kolejowe, czy już tylko galerie architektury. Szkło, przestrzeń, marmury, od Przemyśla po Poznań, od Katowic po Trójmiasto. Ale podobnie jak sprawdzianem jakości puddingu jest jego smak, a nie oglądanie go, tak sprawdzianem dworców powinna być ich funkcjonalność, a nie sztuka dla sztuki ani pomnik dla kolejnego samca alfa. A co dostrzegamy, poza pierwszym wrażeniem blichtru, opiszę na przykładzie nowych/odnowionych dworców w Poznaniu i we Wrocławiu, niewątpliwie estetycznych. Czy najlepiej służą one podróżnym, zwłaszcza tym przesiadającym się i niezamożnym, których niemało?
Kolej to egalitarna forma transportu publicznego, służąca dotąd nawet najbiedniejszym obywatelom. Czy nowe dworce im sprzyjają? Niekoniecznie, bo o ile zamożniejsi znajdą w nich ogrzewane płatne kafejki, bistra czy bary, to ubożsi raczej nie. Ogromne, przeszklone i niedogrzane hale dworcowe ani nie sprzyjają uboższym podróżnym, ani nie odpowiadają warunkom panującym podczas surowszych od czasu do czasu zim. Są jak piramidy. Ani na warszawskim Dworcu Centralnym, gdzie zimą najcieplejsza bywa okolica posterunku policji w podziemiu, ani na nowym poznańskim, ani na odnowionym wrocławskim nie znajdziemy ciepłych bezpłatnych poczekalni! Projektanci czy administratorzy nie zatroszczyli się o to. Na dworcu wrocławskim wprawdzie istnieje poczekalnia na 50 miejsc siedzących, ale – chyba celowo – nie jest ani oznaczona napisem (jak ją znajdzie obcokrajowiec?), ani ogrzana w takim stopniu jak kafejki. Do tego straż kolejowa, głośno cytując paragrafy, usuwa z niej osoby bez biletu, choćby oczekujące na czyjś spóźniony przyjazd. W holu centralnym jest zaś tylko ok. 20 niewygodnych (bez oparć) miejsc siedzących, i to dla osób odpornych na zimno. A na nowym dworcu poznańskim znajdujemy jedynie boczną ławę w holu głównym, oczywiście też bez oparć. Taka liczba miejsc siedzących może nawet wystarczać w zwykłe dni, ale nie w okresie świąt, nie zda też egzaminu w czasie możliwych zaburzeń w funkcjonowaniu komunikacji, z tłumami oczekującymi na spóźnione lub rozregulowane połączenia. W rezultacie tej bezmyślności lub złośliwości większość podróżnych czeka, stojąc, w tym ludzie starsi i matki z dziećmi.
A tuż obok są wielkie i chyba cieplejsze sale dworcowe zamknięte na głucho. Czekają na bardzo wysoki czynsz od bogatych podnajemców, co ujawniła wrocławska „Gazeta Wyborcza”, ubolewając, że po kilku miesiącach od otwarcia „dworzec nadal nie zarabia”! Wiemy już, czemu w kapitalizmie mają służyć dworce!
Widzę w tym dowód na antyobywatelskie nastawienie administracji, która zdaje się dbać tylko o bogatych. Tak chwalona w mediach „europejskość” nowych dworców okazała się aroganckim wypchnięciem z nich ludzi najuboższych, i to w jednym z najbiedniejszych krajów UE! W celu „równania z cywilizacją”? To już wolę niepiękny Biełorusskij Wokzał w Moskwie, gdzie w ogrzanym i ludzkich rozmiarów holu znajdujemy ponad 100 miejsc siedzących, i to z oparciami.
Ta polska pogarda dla gorzej sytuowanych przypomina mi niemiłe doświadczenia ze „wspaniałego Zachodu”, kiedy to w latach 70., straciwszy połączenie, musiałem przeczekać pięć godzin na dworcu we Frankfurcie nad Menem. W zimną lutową noc. I tak miałem szczęście, że następny pociąg odchodził przed północą, bo potem dworzec zamykano. Chroniłem się zatem przed zimnem w jedynym względnie tanim punkcie, w McDonaldzie, ustępując na zmianę miejsca innym zmarzniętym. I płacąc drogo za porcję frytek, bo w owym czasie moja miesięczna pensja odpowiadała 20 dol. Frustrujące było też zdarzenie z wczesnych lat 90., kiedy to do Wiednia przyjechaliśmy o godz. 5 rano, zastając „cywilizowany” dworzec zamknięty do godz. 7. Mieliśmy zakwaterowanie załatwione przez prywatne osoby, nie wypadało nam więc zrywać ich z łóżek o świcie, i to w dzień świąteczny. Koczowaliśmy zatem, doktorzy i profesorowie, w zimnie pod dworcem, z garstką miejscowych nie najsympatyczniejszych postaci.
Czy takie spełnianie potrzeb podróżnych jest istotnie przejawem „postępu i europejskości”, godnym demokratycznych społeczeństw? Czy to właściwe traktowanie ubogich w krajach chrześcijańskich? Nic się tu nie zgadza. Istny faryzeizm.
Obecne podejście jest dowodem pogardy wobec biednych ze strony władz nieumiejących wygospodarować paru pomieszczeń dla jednostek niewątpliwie czasem uciążliwych, ale będących ludźmi. Pełnoprawnymi obywatelami. Tymczasem nasze ultrakatolickie państwo coraz powszechniej wprowadza rozwiązania pomiatające uboższymi. Bez śladu międzyludzkiej solidarności. Choć nawet zwierzętom wypadałoby nieraz zapewnić jakieś ciepłe schronienie na noc.

Autor jest emerytowanym profesorem, doktorem habilitowanym z Uniwersytetu Wrocławskiego

Wydanie: 5/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy