Jakie podatki? Jakie państwo?

Jakie podatki? Jakie państwo?

Rządzenie to nie tylko pragmatyczne krzątanie się wokół budżetu

Polska stanęła znowu na progu szaleństwa, któremu na imię podatek liniowy. Znowu, bo propozycje ówczesnego ministra finansów, Leszka Balcerowicza, uczynienia podatku liniowego rozwiązaniem systemowym dla Polski zostały w 1998 r. jednak zdecydowanie odrzucone. Tym razem, latem 2003 r., pod wezwaniem podatków liniowych gromadzi się swoisty front jedności narodu – od Balcerowicza i Tuska po Leppera i premiera Millera. Od byłych pracowników PGR po przedsiębiorców i ekspertów z BCC. Podobno ponad połowa społeczeństwa życzy sobie podatku liniowego, a więc załóżmy, że już go wprowadzono.

Wszyscy płacimy równo

i liniowo po kilkanaście procent. Niepotrzebny jest zatem cały aparat podatkowo-skarbowy. Można go ograniczyć i „wyprostować” tak jak podatki (kłania się Korwin-Mikke). Przecież, według promotorów liniowego systemu podatkowego, mechanizm jest bardzo prosty: zostawiamy więcej pieniędzy w kieszeni obywateli (inna sprawa, że głównie tych najbogatszych), więcej wydają zatem na konsumpcję, rośnie produkcja i zatrudnienie, a tym samym konsumpcja, a więc produkcja i zatrudnienie itd.
Następuje tak oczekiwany wzrost PKB: +5%, +7%, może nawet +10%! I jesteśmy już blisko Ameryki… tylko że Południowej. Bo skąd specjaliści od podatku liniowego wiedzą, że coraz „bogatsi” obywatele będą produkować i konsumować polskie towary i usługi, a nie niemieckie, francuskie czy amerykańskie. A sekwencja rozwoju PKB może równie dobrze wyglądać tak: 0%, -5%, a może nawet -10%. Czytelnikom, którym powyższe uwagi wydają się czczym banałem, już na wstępie przytoczę konkluzję tego artykułu: składanie propozycji podatków liniowych jako rozwiązania systemowego dla Polski świadczy, oględnie mówiąc, o nieznajomości mechanizmów rządzących zachowaniem się dużych systemów społeczno-ekonomicznych. Wprowadzenie podatków liniowych to likwidacja podstawowego mechanizmu regulacji systemów wolnorynkowych. Systemy takie, ze względu na stabilność funkcjonowania, wymagają mechanizmów regulacyjnych, czyli mechanizmów „automatycznej regulacji wzmocnienia” pozwalających na kontrole „amplitudy” procesów społeczno-ekonomicznych. To właśnie odpowiednio skonstruowane podatki nieliniowe stanowią realizację

mechanizmów samoregulacji,

stabilizacji i, co nie mniej istotne, kreacji pożądanych dla rozwoju procesów społeczno-ekonomicznych. Można je, używając języka socjologicznego, nazywać realizacją zasad sprawiedliwości społecznej.
W tym miejscu należy jednak uczciwie postawić następujące pytanie: być może promotorzy podatków liniowych celowo dążą do destabilizacji systemu, do powstania jeszcze większych różnic społecznych i rozwarstwienia (bo do tego niewątpliwie będzie prowadzić działanie takiego systemu podatkowego), aby w ten sposób osiągnąć „rozpędzenie” się gospodarki i zmniejszenie bezrobocia? A może chodzi o zrobienie z Polski jednego ze światowych centrów finansowych offshore służących bogatym obywatelom i firmom do ucieczki przed podatkami? Powyższy schemat rozumowania, tzn. „rozwój” przez destabilizację, uzasadniający konieczność wprowadzenia nowych rozwiązań podatkowych w szczególności, a tzw. zasadniczą reformę finansów w ogólności, należy do repertuaru rodzimych, naiwnych neoliberałów, staje się natomiast szaleństwem systemowym, gdy wchodzi do programów dużych partii, przynajmniej z nazwy socjaldemokratycznych. Błędność takich propozycji można wykazać na gruncie nowoczesnej teorii systemów społeczno-ekonomicznych, uwzględniającej zresztą historyczne rozważania A. Smitha i ich rozwinięcie w pracach L. Walrasa. Wystarczy także przywołać doświadczenia historyczne z kolejnych faz rozwoju systemów wolnorynkowych:

łamanie zasad

sprawiedliwości społecznej, co w języku teorii systemów oznacza brak lub likwidację systemowych mechanizmów regulacyjnych oraz próby obejścia praw fizycznych, kończyło się zawsze rewolucjami, w najlepszym przypadku zaś poważnymi kryzysami społecznymi.
Zanim przejdę do rozważań na ten temat, warto uświadomić sobie podstawowe filary wzorcowych dla świata zachodniego gospodarek – amerykańskiej i niemieckiej. Niezależnie od różnic w realiach ekonomicznych tych dwóch systemów ich zasadniczym fundamentem są wydajność i wysokotechnologiczna produktywność – Economics hinges on Technology. Powyższą uwagę można ująć w formie ogólnej tezy: podstawowym filarem nowoczesnego państwa jest szeroko rozumiany potencjał technologiczny, czyli narodowy zasób wiedzy i umiejętności (know-how) zgromadzony w strukturach

wielkich narodowych koncernów,

instytutach i laboratoriach badawczych oraz na uniwersytetach. Głównym zadaniem państwa jest właśnie dbanie o poziom i rozwój tego potencjału, ponieważ jest on podstawowym motorem rozwoju społeczno-gospodarczego. Jego uruchomienie przez stawianie odpowiednich narodowych celów, a także selektywna polityka podatkowa prowadzą do tworzenia nowych, wysokotechnologicznych miejsc pracy.
Naród i jego państwo stają się suwerenne po osiągnięciu odpowiedniego narodowego potencjału technologicznego. Polska w wyniku przemian ustrojowych zapoczątkowanych w 1989 r. odzyskała wolność polityczną, ale wskutek

realizacji neoliberalnej doktryny

społeczno-ekonomicznej nie uzyskała suwerenności gospodarczej. Zniszczono bowiem w różny sposób własny potencjał technologiczny pochodzący z okresu socjalistycznej ekonomii produkcji i nie tworząc podstaw wolnorynkowej ekonomii produkcji, przeprowadzono powszechną „finansjalizację” (financialization) naszego systemu społeczno-ekonomicznego. Nasz kraj, próbując wejść do globalnej sieci przepływu kapitału, informacji, usług i towarów, stał się głównie węzłem zlewowym tej sieci. Naiwność realizowanej w Polsce – niezależnie od rządzącej opcji – doktryny ekonomicznej polega na założeniu, że w systemie wolnorynkowym o poziomie technologii i konkurencyjności decydują uczestnicy rynku. W Polsce miałyby to być małe i średnie prywatne przedsiębiorstwa. To założenie o tyle błędne, że tego typu uczestnicy rynku nie są w stanie tworzyć własnego potencjału wysokotechnologicznego. Stąd w naszych warunkach ich działalność to głównie obrót obcymi produktami.
Powyższe uwagi mogłyby się wydawać prawdami oczywistymi, powszechnie znanymi, a więc truizmami. Byłyby nimi, gdyby nie fakt, że wśród formułowanych ostatnio sposobów na przyspieszenie rozwoju gospodarczego i likwidację destrukcyjnego bezrobocia wymienia się takie, które albo są błędne (powrót do trywialnej koncepcji podatków liniowych), albo jakkolwiek ważne, to jednak niepierwszorzędne (np. zmiany w prawie pracy i jego „uelastycznianie”). Pierwszorzędna droga o sprawnego, nowoczesnego państwa z dobrą gospodarką, rozwiązującego skutecznie problemy bezrobocia prowadzi poprzez reformę technologiczną państwa, tworzenie narodowego zasobu technologii, a więc także gruntowną

reformę organizacji nauki

i badań. Powyższe stwierdzenie o znaczeniu poziomu nauki, badań i rozwoju technologicznego trąci banałem. Z dużym prawdopodobieństwem można przyjąć, że tego typu tezy znajdują się standardowo w programach wszystkich ugrupowań sięgających po władzę. Przestają być jednak banałem, gdyby spróbowano je wdrożyć jako rozwiązania systemowe dla Polski. Oznaczałoby to między innymi konieczność wyrwania się z neoliberalnego „pola sił” narzuconego w 1989 r., zmianę poglądu i polityki prywatyzacyjnej, konieczność tworzenia narodowych koncernów, redefinicję roli nauki i badań naukowych oraz konieczność przeprowadzenia prawdziwej reformy szkolnictwa wyższego.
„Nadanie gospodarce intelektualnego, duchowego i materialnego kierunku – jak sformułował to L. Erhard, twórca podstaw społecznej gospodarki rynkowej – jest rzeczą polityki, sprawą społeczeństwa”. Czy istnieją w Polsce takie siły, które byłyby zdolne do nadania odpowiedniego kierunku w naszym rozwoju, a więc także dokonania szeroko rozumianej reformy technologicznej państwa? Rządzenie to nie tylko pragmatyczne krzątanie się wokół budżetu.

Autor jest profesorem Akademii Morskiej w Gdyni

 

Wydanie: 34/2003

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy