Prezydent

Prezydent

W parlamencie są obecnie dwa akty prawne, których Aleksander Kwaśniewski nie będzie mógł podpisać chyłkiem

Sądząc z rezultatów sondaży, trzy czwarte (76%) Polaków jest zadowolonych z prezydenta Kwaśniewskiego. Ich zdaniem, prezydent właściwie wywiązuje się z zadań mu powierzanych przez Konstytucję. Warto przypomnieć te zadania określone w ust. 1 i 2 art. 126 Konstytucji. Prezydent „jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej i gwarantem ciągłości władzy państwowej” (ust. 1). Prezydent „czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji, stoi na straży suwerenności i bezpieczeństwa państwa oraz nienaruszalności i niepodzielności jego terytorium” (ust. 2). Ust. 3 art. 126 stwierdza z kolei, że prezydent „wykonuje swa zadania w zakresie i na zasadach określonych w Konstytucji i ustawach”. Innymi słowy, ust. 3 gwarantuje, że realizując swe obowiązki określone w poprzedzających ustępach w sposób bardzo ogólny, prezydent nie wykroczy poza ramy praw. Jak widać, według ustępu 1 prezydent jest postacią w wysokim stopniu symboliczną, która wchodzi w kontakt z rzeczywistością, zgodnie z ust. 2, tylko w najbardziej drastycznym jej wymiarze, gdy idzie o najwyższe interesy państwa, jego Konstytucję, suwerenność, bezpieczeństwo, nietykalność terytorialną…

Z perspektywy zwykłego obywatela żyjemy w czasach raczej spokojnych, wszelkie interesy państwa polskiego nie są zagrożone, nie widać dramatów na horyzoncie – więc z zadań prezydenta dostrzegane są na ogół tylko te symboliczne. Z tych zaś prezydent i jego małżonka

 

wywiązują się nienagannie.

Nie jest intencją tego wywodu deprecjonowanie popularności prezydenta Kwaśniewskiego. Chcę natomiast zwrócić uwagę, że obywatele nie stawiają dziś w istocie swemu prezydentowi wielkich wymagań. Chcą, żeby był poprawny i prezydent jest poprawny. O polityce prawie nie ma mowy. Przynajmniej wśród wspomnianych trzech czwartych zadowolonych. Reszta pamięta Aleksandrowi Kwaśniewskiemu skąd przyszedł albo ma pretensje o to, kim był, albo o to, że tego dostatecznie nie okazuje. I wszystko w porządku, symbol trzyma się w środku i trochę w tyle sceny, jak być powinno.

Zbliżamy się jednak do wyborczej sekwencji (prezydent, parlament, samorząd), która będzie przez dwa lata wypełniać życie politykom, potem zaś wszystko zdominuje sprawa akcesu do Unii Europejskiej, która dziś już dzieli opinię polską, a w braku zgodnego wysiłku wszystkich głównych sił politycznych, może ją podzielić jeszcze wyraźniej. W nadchodzących latach do prezydenta będą kierowane pytania i pretensje coraz bardziej polityczne. Poprawność przestanie wystarczać.

Przed paroma tygodniami wysłuchałem rozmowy Ryszarda Kalisza prezydenckiego ministra, z dziennikarzem, który go pytał, dlaczego prezydent nie zawetował jakiejś ustawy, wyraźnie niewydarzonej. Minister Kalisz pouczył najpierw rozmówcę, że prezydent nie rządzi i nie odpowiada za to, co uchwala koalicyjna większość, a potem dodał, że prezydent wiedział, że

 

ustawa jest zła, ale

weto nic by przecież nie dało, było jasne, że większość je odrzuci. Inaczej mówiąc, minister dał do zrozumienia swemu rozmówcy, że byłoby niepolitycznie wetować bez żadnych szans utrzymania weta. Jest interesujące, że prezydencki minister nie dostrzegł głębokiej dwoistości we własnych słowach. Z jednej strony, obstawał bardzo mocno przy omówionej poprzednio, symbolicznej roli prezydenta, „w centrum i z tyłu” sceny politycznej. Z drugiej, uzasadnił działania i zaniechania prezydenckie wprost grą polityczną, choć jest przecież jasne, że taka gra nie przystoi postaci symbolicznej, która musi baczyć przede wszystkim na pryncypała.

Dotychczas mowa była o pewnym modelu prezydenckiej roli. W praktyce prezydent Kwaśniewski nie zawsze przestrzega niepolityczności swej funkcji i odmawia podpisu – jak kiedyś przy reformie terytorialnej, a ostatnio na ustawie o PIT. Nawet wówczas stara się jednak, żeby motywacja odmowy była jak najmniej polityczna. Tak np. ustawę o PIT zawetował, powołując się przede wszystkim na krętactwa proceduralne przy jej uchwalaniu, a tylko mimochodem wspomniał o jej krzywdzącym dla biednych charakterze.

Niezależnie od walorów, jakie to ostrożne dozowanie otwartych ingerencji prezydenta w proces legislacyjny ma dla wyników sondaży prezydent będzie zapewne zmuszony wkrótce do wyraźniejszych zachowań. Kiedy już się jest prezydentem, trzeba się, być może, starać o akceptację „wszystkich Polaków”, ale elektem się jest tylko niektórych. Kandydat Kwaśniewski będzie więc zmuszony przedstawić się publiczności nie jedynie jako postać symboliczna i pięknie mówiąca.

W parlamencie są obecnie w przygotowaniu dwa akty prawne, bardzo zresztą różnej wagi, do których prezydent

 

będzie zmuszony się ustosunkować.

Na pewno nie będzie mógł ich podpisać chyłkiem.

Pierwszy to słynny już zakaz pornografii. Nawet jeśli Sejm odrzuci zapały Senaty i powróci do własnej wersji – tej z organami w akcji – prezydent ośmieszyłby się, składając podpis na tej ustawowej definicji pornografii, nie mówiąc już o prohibicji w wersji Senatu. Ale nie tylko. W tej inicjatywie ustawodawczej zawarta jest pewna filozofia rządzenia obyczajami, należąca do bardzo skrajnej prawicy (nawet jeśli przyznają się do niej zawiedzeni życiem liberałowie).

Drugim ze wspomnianych aktów, nieporównywalnie ważniejszym, będzie ustawa o reprywatyzacji i rekompensatach, w obu wariantach, z wykluczeniem Żydów i Polonusów z zagranicy i bez wykluczeni. Każda decyzja będzie kosztowna dla prezydenta, każda też będzie wyraźną opcją ideową. Przypadek reprywatyzacji należy do tej kategorii ustaw, które ostro przeciwstawiają sobie ludzkie interesy, lecz również wizje przeszłości: czy reforma rolna i nacjonalizacja zaliczają się do zbrodni komunizmu, czy może do jego zasług?

Oba projekty nie wyczerpują, oczywiście, tegorocznych możliwości naszych Izb. W przededniu wyborczych terminów również parlamentarzyści zadbają o rynsztok ideowy i niejedno jeszcze wymyślą. Nie ma łatwo.

Komentator polityczny „Kultury”

 

Wydanie: 4/2000

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy