Arytmetyka, głupcze!

Arytmetyka, głupcze!

Totalna krytyka poczynań PiS jest odbierana przez wielu wyborców jako jałowe krytykanctwo

Rybę łowi się na to, co lubi ryba,
a nie na to, co lubi rybak!
Gen. Robert Baden-Powell, twórca skautingu

W mediach, także w „Gazecie Wyborczej” i w „Polityce”, nastąpił wysyp filipik przeciw symetrystom, czyli osobom, które wytykają wady i błędy zarówno obozowi rządzącemu, jak i opozycji. No bo przecież wiadomo, że „Jarosław Kaczyński demoluje wszystkim, co robi, państwo polskie i zmierza do dyktatury”. Wobec tego opozycja powinna się zjednoczyć, zapomnieć o różnicach programowych i programach w ogóle, w nadrzędnej intencji pokonania obozu rządzącego. Ponieważ zaś opozycja jest jedyną opozycją, jaką mamy, to w trosce o sukces należy przymknąć oko na wszelkie jej niedostatki. Kto tego przesłania antysymetrystów nie rozumie, ma według nich nie po kolei w głowie lub nie ceni sobie dostatecznie wartości demokratycznych, europejskich itd. Jednocześnie, podobno z nieznanych zupełnie powodów, notowania sondażowe PiS ciągle rosną, a opozycji spadają.

Jest to podejście samobójcze z punktu widzenia podstawowego ponoć celu antysymetrystów, czyli odsunięcia od władzy obozu Jarosława Kaczyńskiego. Otóż zarówno obóz – nazwijmy go – antypisowski (choć niekoniecznie aż tak twardy jak „antysymetryści), jak i obóz „dobrej zmiany” mają za sobą mniej więcej po jednej trzeciej elektoratu. Ten elektorat na drugą stronę nie zagłosuje, co najwyżej część bardziej umiarkowana może zostać w domu w dniu wyborów. Warunkiem zwycięstwa jednej ze stron jest pozyskanie poparcia i zaufania, choćby warunkowego, pozostałej jednej trzeciej wyborców. Szansa, by to nastąpiło dzięki połajankom w stosunku do nich, jest zerowa.

Nieodrobiona lekcja powyborcza

Co można zrobić w takiej sytuacji? Przede wszystkim myśleć o tym, by do siebie tej jednej trzeciej elektoratu nie zrażać i jej nie straszyć. Po pierwsze więc, nie obrażać wytykaniem rzekomej głupoty bądź innych wad. Po drugie, nie eksponować najbardziej emocjonalnych, hałaśliwych i kontrowersyjnych przedstawicieli swojego obozu – oni wyborców umiarkowanych/niezdecydowanych odstraszają – a przynajmniej równoważyć ich wysuwaniem na pierwszy plan polityków spokojnych, wyważonych i koncyliacyjnych, niekwestionowanych fachowców z dorobkiem predestynującym do objęcia istotnych funkcji itd. Druga kluczowa kwestia to wybór problemów ważnych dla znacznych grup wyborców i przedstawianie propozycji satysfakcjonującego ich rozwiązania po wygranych wyborach. Tak właśnie partia Kaczyńskiego wygrała w roku 2015 – schowała Antoniego Macierewicza, Krystynę Pawłowicz, a i samego Kaczyńskiego. Na pierwszym planie pojawili się spokojni i koncyliacyjni Andrzej Duda i Beata Szydło. Jednocześnie, jak to np. stwierdził po wyborach 2015 r. prof. Karol Modzelewski, podjęła wiele kwestii, których inne ugrupowania albo nie zauważały, albo zauważać nie chciały. I takie podejście, w stopniu ograniczonym oczywiście potrzebami realnego rządzenia i jakością własnej bazy kadrowej, Jarosław Kaczyński kontynuuje po wyborach. Dodatkowo eksponuje propagandowo wątek dotrzymywania obietnic wyborczych, czego wyniki widać po sondażach.

Tymczasem opozycja sprawia wrażenie, jakby przegrane wybory niczego jej nie nauczyły. Działaczy partyjnych można zrozumieć – na razie PO z Nowoczesną konkurują o względy twardego elektoratu antypisowskiego i rywalizują wewnątrz siebie, co też jest związane z poparciem tego elektoratu. Zresztą części starych wyjadaczy z tych partii bycie w opozycji nie przeszkadza, pod warunkiem utrzymania dotychczasowych wygodnych mandatów posła, senatora czy europosła. Dlatego chętnie kokietują twardy elektorat. W efekcie mamy rywalizację o to, kto powie, przyłoży czy zachowa się ostrzej, bardziej emocjonalnie czy dosadnie, a przede wszystkim barwnie i medialnie. Tyle że zyskując uznanie tego skrajnie antypisowskiego elektoratu, całkowicie (!) uniemożliwiają odsunięcie PiS od władzy, bo skutecznie odstraszają resztę wyborców. Nie ma natomiast opozycja praktycznie żadnych propozycji programowych i merytorycznych dla wyborców niezdecydowanych czy choćby mniej emocjonalnych, a bardziej racjonalnych. Rzuca poza tym całą swoją energię, środki i siły na pola walki świadomie wskazywane jej przez… Jarosława Kaczyńskiego. Pola, na których musi się przeciwstawiać przekonaniu 60-70% wyborców o potrzebie zmian w tych dziedzinach. Narracja rządzących brzmi tu: „No to właśnie zmieniamy!”, a z narracji opozycyjnej przebija się wyłącznie: „Żeby było, tak jak było!” oraz „PiS jest dziki, PiS jest zły…”, co do większości nie trafia.

Obecna opozycja nie przeprowadziła nawet odpowiedniej dyskusji i nie wie, jakie były powody jej klęski wyborczej ani kto był za nią odpowiedzialny. W obiegu są podstawowe tłumaczenia, że rywale wyborców oszukali, a wyborcy się znudzili monotonią na szczytach władzy oraz zniesmaczyli taśmami od Sowy. Mają te usprawiedliwienia swoje wewnątrzpartyjne zalety – chronią dotychczasowe układy i hierarchie oraz koją psychikę. Tylko że bez rzetelnej analizy swoich błędów trudno nawet marzyć o poprawieniu sondaży, nie mówiąc o wygraniu wyborów.

Minister wybrana w kwadrans

Dla partii, która rządzi osiem lat, wyborczymi spotami, plakatami, ulotkami i banerami są w pierwszej kolejności działania osób wyznaczonych przez nią do kierowania różnymi segmentami życia państwa i skutki podejmowanych decyzji. Opis całości działań obecnej opozycji w latach 2007-2015 zająłby grubą księgę. Ja dla ilustracji przedstawię w wielkim skrócie najbliższe mi poletko, czyli edukację.

Poletko to z wyborczego punktu widzenia jest szalenie istotne. W naszych szkołach uczy się bowiem ok. 4,5 mln uczniów, a za każdym stoi mniej więcej sześcioro wyborców – rodzice i dziadkowie, a w szkołach średnich również sami uczniowie. W oświacie pracuje też ok. 500 tys. nauczycieli oraz sporo innych pracowników. Mają oni rodziny, czyli razem to minimum kolejny milion wyborców. Przy nieprawdopodobnej wręcz centralizacji, uniformizacji i formalizacji polskiego systemu szkolnego działania (i nawet słowa) ministra mają bezpośrednie przełożenie na funkcjonowanie szkół i innych placówek edukacyjnych oraz wychowawczych. Uczniom z rodzinami i nauczycielom żadna propaganda nie wytłumaczy, że jest dobrze, jeśli na swoim poletku będą odczuwać coś wręcz przeciwnego. Wydawałoby się, że w tej sytuacji minister edukacji powinien być przez rządzącą partię dobierany wyjątkowo starannie. Dotyczy to zarówno kwalifikacji merytorycznych i doświadczenia, jak i niekonfrontacyjnego, koncyliacyjnego sposobu komunikowania się ze środowiskiem szkolnym i okołoszkolnym. Oraz pewnej wyobraźni politycznej np. co do wyborczych skutków podejmowanych działań i wykonywanych gestów. W jaki sposób została ministrem Katarzyna Hall, pochwalił się w swoim czasie w wywiadzie dla „Polski” Sławomir Nowak. Otoczenie premiera dostało 15 minut na wskazanie kandydatury na szefa Ministerstwa Edukacji Narodowej i wskazało Katarzynę Hall, co bez większych deliberacji zostało zatwierdzone. Nie był to dobry pomysł – minister Hall sposobem realizacji całkiem rozsądnego projektu obniżenia wieku szkolnego skonfliktowała dzisiejszą opozycję z jej wyborcami. Ruch Elbanowskich był przecież początkowo apolitycznym ruchem wykształconych i sprawnych organizacyjnie rodziców, a oni sami bodaj nawet startowali z list PO do samorządu w podwarszawskim Legionowie. Rodzice sprzeciwiali się obniżeniu standardów opieki nad swoimi sześciolatkami w związku z dość obcesowym wypychaniem zerówek z przedszkoli do szkół. Chcąc posłać obligatoryjnie cały (!) pierwszy rocznik sześciolatków do nieprzygotowanych szkół, w wyborczym roku 2011 minister Hall o mało nie doprowadziła do zwycięstwa PiS już po pierwszej kadencji PO. Na szczęście Donald Tusk zorientował się w niebezpieczeństwie i wymusił przesunięcie terminu wdrożenia tej reformy. On sam był wstrząśnięty biurokracją wprowadzoną przez minister Hall i jej współpracowników do szkół oraz generowanym przez nią marnotrawstwem czasu i energii szkół i nauczycieli.

Minister Hall przeprowadziła też, zupełnie bez konsultacji, tzw. reformę programową – miała ona dostosować programy i podręczniki oraz siatkę godzin w całym systemie edukacji do obniżonego już od września 2011 r. wieku szkolnego. Pośpiechu (jak się później okazało, zupełnie niepotrzebnego), z jakim to robiono, mogłaby pozazdrościć w ubiegłym roku minister Zalewska.

Zgrane twarze opozycji

Następczynie minister Hall – Krystyna Szumilas i Joanna Kluzik-Rostkowska – nie były ani lepsze, ani staranniej dobierane. Może nie byłoby to takim problemem, gdyby Donald Tusk dotrzymał obietnicy z początku swoich rządów – ministrowie mieli być oceniani co pół roku, a najsłabsi eliminowani. Nigdy do tego nie doszło – za to pojawiła się teoria, że zmiana urzędnika, nawet po największej kompromitacji, nie poprawi funkcjonowania powierzonej mu domeny, więc… po co zmieniać.

Minister Kluzik-Rostkowska swoimi publicznymi listami również skłóciła PO z nauczycielami. Wprowadzając zaś do szkół, bez przygotowania, kilka tygodni przed wyborami 2015 r. (!), drakońskie i nierealistyczne regulacje dotyczące zdrowego żywienia, dobiła wyborczo PO. Jakość działania wymienionych trzech pań minister oraz ich współpracowników rozłożyła na łopatki kilka obiecujących i ważnych projektów edukacyjnych – obniżenie wieku szkolnego, poprawę opieki nad uczniami o szczególnych potrzebach edukacyjnych, oceny jakości pracy szkoły (tzw. ewaluację), bezpłatny podręcznik, przedszkole za złotówkę, poprawę nawyków żywieniowych młodzieży i inne. Miały one przynieść PO wzrost poparcia, a skłóciły ją ze znaczną częścią jej wyborców – zarówno rodziców, jak i nauczycieli.

To oczywiście przeszłość, ale nierozliczona. I jak długo to rozliczenie – merytoryczne i personalne – nie nastąpi, u sporej grupy wyborców niechęć do działań PiS będzie rywalizować z obawą przed recydywą ze strony obecnej opozycji. Tym bardziej że wyżej wymienione panie nadal są edukacyjną twarzą opozycji.

PiS przeprowadza obecnie reformę edukacji, której sztandarowy cel – powrót do struktury 8+4 – był popierany przez dwie trzecie wyborców. Z punktu widzenia partykularnych interesów odpowiada on też mniej więcej trzem czwartym nauczycieli – tym zatrudnionym w szkołach podstawowych i ponadgimnazjalnych. Nauczyciele gimnazjalni będą niezadowoleni (poza relatywnie małą grupką), dopóki nie znajdą sobie nowego miejsca pracy, co do roku 2019 ewidentnie nastąpi. Cóż robi w tym momencie opozycja – ano wymyśla słowo deforma i przystępuje do zmasowanej idealizacji gimnazjów oraz generalnie dotychczasowego systemu szkolnego. Trudno się dziwić, że – jak na skalę oświaty – odzew był wątły. Gdyby MEN było elastyczniejsze i wcześniej załatwiło sprawę uczniów szkół podstawowych utalentowanych sportowo, artystycznie, językowo, i gdyby nie pozbawiło szans uzdolnionych matematycznie, udział rodziców w protestach w ogóle byłby śladowy.

Partia Kaczyńskiego w kampanii wyborczej deklarowała wolę zmniejszenia nieprawdopodobnej już szkolnej biurokratyzacji, formalizacji i uniformizacji i nawet pewne kroki po objęciu władzy poczyniła. Przeprowadzając jednak swoją reformę przy sprzeciwie znacznej części samorządów i mając nieakceptowane przez wielu cele ideologiczne, musi dać władzę „swoim” kuratoriom. Czyli dalej biurokratyzować, formalizować i uniformizować. W tej sytuacji opozycji nie powinny schodzić z ust postulaty: autonomia szkoły i nauczyciela, indywidualizacja, szerokie prawo wyboru dla ucznia, zróżnicowanie oferty edukacyjnej, zmniejszenie biurokratycznych obciążeń, odformalizowanie, zwiększone kompetencje samorządu itp., z konkretnymi przykładami. O takie przykłady nietrudno, ponieważ, jak już wspomniałem, na tle krajów rozwiniętych polska oświata jest w sposób wręcz nieprawdopodobny sformalizowana, zuniformizowana, scentralizowana i zbiurokratyzowana. Oczywiście warunkiem efektywności takiego podejścia jest parę słów krytyki „dorobku” pań Hall, Szumilas i Kluzik-Rostkowskiej, odcięcie się od nich oraz przeproszenie za ich „dokonania” stosownych grup wyborców.

Krytykować dla dobra opozycji

Podobnie jest w innych dziedzinach. Nasz wymiar sprawiedliwości wymaga reform, więc idealizowanie go raczej wyborców nie przysporzy. Mieszkańcy Polski powiatowej znają sądy itd. z perspektywy swojej miejscowości, a tam „wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi”. Ich szansa np. na „zderzenie polityczne” z samochodem BOR jest na poziomie głównej wygranej w lotto. Dużo większa – na zderzenie z przedstawicielem miejscowej elity czy, jak kto woli, sitwy. Obecna forma sędziowskiej niezależności dla nich oznacza brak możliwości poskarżenia się komukolwiek spoza korporacji sędziowskiej na choćby taką czy inną stronniczość sędziego. Zbigniew Ziobro ma dla nich ofertę, zwiększającą co prawda władzę jego i jego urzędników i o wątpliwej skuteczności, ale jakąś. Co ma dla nich opozycja? W praktyce nic poza „żeby było, tak jak było” i widowiskowymi demonstracjami. A przecież jest – odmienny od Ziobrowego – choćby model amerykański z wybieralnością sędziów na najniższych szczeblach w wyborach powszechnych. Nie upieram się przy nim – chcę tylko pokazać, że opozycja powinna i może (!) każdej koncepcji PiS przeciwstawiać swoją. Ale tego nie robi. W tej sytuacji czysta i totalna krytyka poczynań PiS jest odbierana przez wielu wyborców jako jałowe krytykanctwo tych, którzy jednak „coś robią”.

Trudno się dziwić niemocy programowej opozycji. W partiach opozycyjnych, szczególnie PO i Nowoczesnej, jest sporo znaczących fachowców (dobrze osadzonych w swoich dziedzinach i środowiskach) oraz samorządowców z wieloletnim stażem i autorytetem na swoim terenie. Ich rola sprowadza się jednak do robienia frekwencji na „eventach” i demonstracjach. De facto cała opozycja to góra 30-40 osób biegających z obłędem w oczach głównie po programach typu gadające głowy, które coraz mniejsza garstka widzów chce oglądać. Oczywiście nie mają czasu na myślenie, a i trudno znać się na wszystkim, więc mówią jałowo i na okrągło, schematami i stereotypami, dbając tylko o to, żeby dać odpór poczynaniom rządzących. W ich wypowiedziach nie ma pomysłów ani propozycji, są one też do bólu przewidywalne i kompletnie niewiarygodne. No ale żeby o danej sprawie wypowiedzieć się w zdecydowanie wiarygodniejszej konwencji „tak, ale…”, trzeba mieć o niej przynajmniej minimum wiedzy.

Dyskusja o symetrystach i antysymetrystach jest dyskusją o tym, czy krytykować polityków opozycyjnych i ich poczynania, czy nie. Moja odpowiedź jest krótka: krytykować! Dlaczego?

1. PiS rządzi i za to wyborcy będą tę partię oceniać. Rządzi dlatego, że nad obecną opozycją za długo był rozpięty parasol medialny. Stąd brało się to jej poczucie, że nie ma z kim przegrać. Z niego wynikał i poprzedni, i obecny fatalny dobór kadr (czy ktoś coś słyszał, poza powołaniem, o rządzie cieni PO?), podobnie jak tolerancja dla bylejakości myśli i działań.

2. Rywalizacja między- i wewnątrzpartyjna opozycji o twardy elektorat ma swoje prawa – same partie ich nie przezwyciężą. W tej rywalizacji wygrywają show i emocje. Decydującą jednak grupę wyborców umiarkowanych przyciągnąć mogą jedynie spokój, pomysły, kompetencje, dorobek i doświadczenie (bynajmniej nie młode twarze, bo wyborcy są w różnym wieku). Zniechęcić zaś – jednostki, które obecną opozycję kompromitują swoimi wypowiedziami, niekompetencją i zachowaniami, zarówno aktualnymi, jak i z przeszłości. Już PiS zadba o ich nagłośnienie w odpowiednim momencie. Każda taka osoba to dla opozycji tykająca bomba (vide Kijowski!). Media opozycyjne powinny być dla polityków opozycji jak drapieżniki dla saren i jeleni – tępić sztuki słabe i chore, promować atrakcyjne dla znacznych grup wyborców.

Autor jest nauczycielem fizyki i matematyki, wychowawcą olimpijczyków, autorem podręczników, instruktorem harcerskim, publicystą oświatowym

Wydanie: 40/2017

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy