Co z tą lewicą?

Co z tą lewicą?

LIBERUM VETO

Polska lewica przeżywa dziś ewidentny kryzys, a niektórzy wieszczą jej rychły kres. I tak w publicystycznym programie TVP Info (18.01) redaktor naczelny propisowskiego „Wprost”, mefistopodobny Stanisław Janecki, orzekł, że polską scenę polityczną zawłaszczą bez reszty dwie konkurencyjne partie prawicowe, jak stało się to w Irlandii.
Pomyśleć, że twórca i obecny właściciel „Wprost”, Marek Król, był jednym z ostatnich sekretarzy KC PZPR. I na dodatek TW. Ilu też takich „towarzyszy” pracowało na obecną zapaść lewicy!
Grzegorz Napieralski słusznie wskazał („Przegląd” nr 4), że Polska pod wieloma względami różni się zasadniczo od Zielonej Wyspy. Choćby dlatego trudno przypuszczać, aby nasza scena polityczna upodobniła się do irlandzkiej. Czekamy chyba na innego Godota (Beckett był zanglicyzowanym Irlandczykiem). Ale nie tylko dlatego sądzę, że autentyczna, społecznie wrażliwa, umiarkowana lewica jest nam potrzebna jak antybiotyk przy infekcji bakteryjnej.
Prof. Bogdan Wojciszke, psycholog społeczny, badający poglądy i nastroje Polaków, stwierdził w arcyciekawym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” (19-20.01), że społeczeństwo polskie jako jedyne „nie potrafi wyprodukować porządku, który uznałoby za prawomocny”. W rezultacie Polacy notorycznie nie uznają władzy za „swoją”.
Prof. Wojciszke przypuszcza, że istotnym powodem tego stanu rzeczy może być spadek historyczny: „Przez ostatnich dwieście lat – z wyjątkiem okresu po 1989 r. i lat międzywojennych – państwo to byli ONI”.
Dobrze pamiętając lata międzywojenne, zastanawiałam się, czy „rdzenni” Polacy, nie mówiąc już o mniejszościach, zwłaszcza Ukraińcach – mieli powody, aby sanacyjny establishment uważać za „swój”.
Józef Piłsudski zwyciężył w zamachu majowym, bo kolejarze widząc w nim socjalistę – nie dopuścili do stolicy wojsk wiernych legalnemu rządowi. Czy to, co działo się później, spełniło ich nadzieje?
Za „swoją” nie uważała sanacyjnej władzy silna wówczas endecja, ale w opozycji pozostawali także socjaliści z PPS oraz ludowcy, reprezentujący chłopską większość społeczeństwa. Ostatecznie liderzy jednych i drugich spotkali się we wspólnej celi. A Witosa zmuszono do emigracji.
Jesienią 1939 r. nawet autentyczni zwolennicy międzywojennych rządów przekonali się, jak dalece propaganda sukcesu (to nasza specjalność) streszczona w haśle „Silni, zwarci, gotowi” mijała się z rzeczywistością!
Po wojnie za aprobatą zachodnich sojuszników, którym bardziej zależało na Stalinie niż na Polakach – znaleźliśmy się w orbicie ZSRR. Władza z obcego nadania przypadła nielicznym radykalnym lewicowcom.
Gdybyśmy byli niezależni, w wolnych wyborach przewagę zyskaliby najprawdopodobniej ludowcy oraz socjaliści. Po Auschwitz skażeni nacjonalizmem endecy nie mieliby chyba większych szans. Zarówno oni, jak i zdziesiątkowani komuniści zapewne znaleźliby się na przeciwstawnych biegunach opozycji.
Jaki był udział przedwojennych ludowców i socjalistów z PPS w kształtowaniu rzeczywistości PRL? Nie wiem, czy ktoś to zbadał, ale jeśli nie, to wobec obecnej walki o pamięć pilnie należałoby się tym zająć.
Tu pozwolę sobie na osobistą dygresję.
Pod koniec lat 40. towarzysko bywałam u rodziców prof. J.T. Grossa. Przy okazji którejś z wizyt byłam świadkiem, jak młody akowiec przyszedł podziękować mecenasowi Zygmuntowi Grossowi, przedwojennemu pepeesowcowi, który wydostał go z więzienia. Z kolei w latach 60. współpracowałam w TPD ze śp. Krystyną Krzywiec. Związana przed wojną z PPS, za okupacji trafiła do Ravensbrück, by po powrocie kontynuować działalność w TPD, organizacji, która powstała swego czasu z inicjatywy PPS. Pani Krystyna wraz ze śp. Teresą Strzembosz (siostrą Adama i Tomasza Strzemboszów) powołały do istnienia pierwszy w kraju warszawski Ośrodek Adopcyjny TPD. Tam zrodziła się idea tak popularnych dziś rodzin zastępczych i „rodzinnych domów dziecka”.
O ile się orientuję, tego typu „obywatelskie” zachowania przedwojennych pepeesowców, na siłę „zjednoczonych” z PPR – były raczej regułą niż wyjątkiem.
Z roku na rok odchodzą osoby pamiętające międzywojnie i wojnę, przybywa zaś młodzieży, dla której nawet PRL to „niegdysiejsze śniegi”. Niedawny sąd „nad Iwaszkiewiczem”, jaki odbył się pod auspicjami „Gazety Wyborczej”, dowiódł chyba, jak dalece PRL czeka na obiektywnych historyków, na ukazanie prawdy, całej prawdy i tylko prawdy o tym tak złożonym okresie.
PRL to nie była „czarna dziura”, jak wynikałoby z niektórych nagłaśnianych dziś publikacji i wypowiedzi. Pamiętając o ówczesnych błędach, wypaczeniach, zbrodniach, należałoby wreszcie przeanalizować niezaprzeczalny dorobek PRL. Zwłaszcza w dziedzinie kultury. Ten rozkwit nie był wszak zasługą niepodległościowego podziemia, o czym dziwnie łatwo się zapomina.
Moim subiektywnym zdaniem, dekada 1957-1967 była bodajże najbardziej egalitarnym okresem naszych dziejów. I to jest chyba istotna przyczyna, dla której dochodzą do głosu różne formy nostalgii za PRL. Oglądając w mediach Dodę, trudno nie westchnąć za Przyborą i Wasowskim!
Z wszelkich badań wynika, że Polacy mają silne tendencje egalitarystyczne i nie jest to tylko spuścizna po PRL. Arcypolskiej formuły „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie” nie wymyśliły „komuchy”!
Czy takie ciągoty są do pogodzenia z gospodarką wolnorynkową, przynajmniej w wersji, jaka ukształtowała się pod wpływem etyki protestanckiej, a promuje najsilniejszych i najbardziej bezwzględnych?
W cytowanym wywiadzie prof. Wojciszke wskazał też, iż komunizm oraz katolicyzm (różniący się w tej mierze od protestantyzmu) „odnoszą się podejrzliwie do dóbr materialnych”. Dodam od siebie, że taka jest też wymowa Nowego Testamentu. Pod tym względem katolicyzm jest bliższy pierwotnemu chrześcijaństwu. Próbą teoretycznego skojarzenia K+K był personalizm Emmanuela Mouniera.
Późniejszy premier III RP, Tadeusz Mazowiecki, jako naczelny miesięcznika „Więź” opowiadał się właśnie za personalizmem. W Bibliotece „Więzi” ukazał się też illo tempore wybór tekstów Simone Weil pt. „Zakorzenienie” (Wyd. Znak, 1961 r.). Jak pamiętamy albo i nie, Simone Weil była francuską filozofką żydowskiego pochodzenia, chrześcijanką pozostającą poza Kościołem, człowiekiem lewicy „z ludzką twarzą”.
Z personalistycznego „różowego tramwaju” Tadeusz Mazowiecki wysiadł na przystanku Niepodległość… czy Władza? Trudno nie zauważyć, że po pierwszym i po drugim odzyskaniu niepodległości doszło u nas do analogicznej zdrady centrolewicowych ideałów. Niestety – taka jest prawda.
Jak wyglądałaby nasza sytuacja, gdyby po 1989 r. Wielkiej Przemiany dokonano w duchu „personalistycznym”? I czy aby tak wykreowany porządek nie zostałby przez nasze katolicko-egalitarystyczne społeczeństwo uznany za prawomocny?
Wiem doskonale, iż takie postawienie sprawy może szokować. Ale czyż wniosek ten nie wynika logicznie z naszych realiów kulturowych?
Tak czy owak sądzę, że młodym lewicowcom, rozpoczynającym debatę nad wizją przyszłości, nie zaszkodziłaby lektura Mouniera, Simone Weil i… Ewangelii. Zwłaszcza Kazania na Górze. To przepiękny tekst, tyle że przez wieki obrósł mitami i dogmatami, o których Prorokowi z Nazaretu raczej się nie śniło.
Przy okazji przypomnę, że w Ewangelii nie ma mowy o aborcji, in vitro, eutanazji czy związkach homoseksualnych.
I to by było na tyle.
27.01.2008 r.

Wydanie: 7/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy