Gest Kozakiewicza

Gest Kozakiewicza

Mieczysław F. Rakowski podpowiada młodym z SLD, jak powinni się zachować wobec Tomasza Nałęcza po jego wywiadzie w „GW”

Jarosław Kurski, zastępca redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej”, to publicysta nie z tych przeciętnych; jego twórczość odznacza się spokojnym spojrzeniem na rzeczywistość, nie ma w niej języka wrogości wobec adwersarzy. Na dodatek lubię go słuchać, bo jego głos budzi zaufanie. Aż tu nagle mój pozytywny obraz jego dziennikarstwa został przez niego naruszony, za sprawą wywiadu udzielonego „GW” (10-11.05.) przez Tomasza Nałęcza. Rekomendując czytelnikom myśli profesora Uniwersytetu Warszawskiego, red. Kurski stwierdził, że jeszcze nie czytał tak druzgocącej analizy „tej postkomunistycznej formacji, jaką przedstawił profesor, który zrzucił z SLD załgany lewicowy kostium i obnaża mechanizmy typowe dla anachronicznej oligarchicznej partii aparatu. Mechanizmy wypracowane i doskonalone przez bezideowych oportunistów, którzy zdolności utrzymywania się na powierzchni opanowali do perfekcji”. I wieszczy: „Jeśli ktokolwiek miał jeszcze wobec SLD jakieś złudzenia, niech się ich po lekturze rozmowy z Nałęczem raz na zawsze wyzbędzie”.
Nie zwróciłbym uwagi na inwokację Kurskiego ani na to, co miał do powiedzenia Nałęcz, gdyby nie fakt, że na łamach „Przeglądu” (11.05.) w bardzo obszernej rozmowie z red. red. Domańskim i Machalicą przedstawiłem swój punkt widzenia na obecny kryzys w SLD i jego przyczyny oraz kilka uwag dotyczących poszukiwań programowych. Wywody Nałęcza traktuję jako, zapewne niezamierzoną, polemikę ze mną i brutalną napaść na ludzi należących do SLD. Ja do Sojuszu nie należę, co nie oznacza, że los tej partii jest mi obojętny. Uwaga dla red. Kurskiego: o groźnych schorzeniach SLD napisałem w latach 90. i w obecnej dekadzie nie mniej niż sto komentarzy i artykułów w prasie centralnej i terenowej. Centralnej, z wyjątkiem „Gazety Wyborczej”, bo dla niektórych redaktorów jestem widocznie zarazą komunistyczną.
Co spowodowało zachwyt Kurskiego? Za kluczową opinię wygłoszoną przez Nałęcza uważam następujące zdanie profesora zacnej uczelni: „Nie ma takiego cuchnącego bajora, przez które aparat by nie przeszedł, aby dojść do konfliktu”. Nałęcz, przedstawiony przez redakcję „GW” jako profesor historii, specjalista dziejów polskiego ruchu robotniczego, zbudował sobie obraz Sojuszu opanowanego przez mityczny aparat. Nazwał go „aparatowym wampirem”, postulując dobicie go osinowym kołkiem, bo rodzi on „nowe dzieci, kształtuje postawy kolejnych pokoleń, czego żywym przykładem jest Napieralski”, co cytuje Kurski. Nałęcz akceptuje lansowaną przez prawicowych dziennikarzy tezę, którą bez końca młócą, że SLD opanowany jest przez aparat, to aparat ukształtował SLD i nadal jest władny wpływać na partię.
Czyżby Nałęcz nie rozumiał szczególnych cech aparatu partyjnego w partiach komunistycznych, szczególnego usytuowania go w państwie socjalistycznym, w którym władza spoczywała w rękach jednej partii? Profesor, a wraz z nim Kurski, tworzy mityczną strukturę. Gdyby istotnie taka istniała, to nie dopuściłaby do tej straszliwej porażki w wyborach 2005 r. Musiałaby tak postąpić, aby zachować zdobyte posady, przywileje itd. Nałęcz obraża dziesiątki tysięcy członków SLD urodzonych po 1981 r. lub kilka lat wcześniej, wstępujących do Sojuszu nie po to, by budować struktury aparatowe. Zachwycony „szczerością” Nałęcza, Kurski – chcąc nie chcąc – staje po stronie zgorzkniałego outsidera, który z niejednego partyjnego pieca chleb jadł. Sojusz z roku na rok odmładza swoją bazę członkowską i właśnie 30-latkowie biorą górę, są wybierani do władz, choć trzeba dodać, że młodość nie może być jedyną przepustką do wynoszenia się na podium. I jeśli nawet jeden czy drugi ma ciągoty autorytarne, to nie ma szans na ich urzeczywistnienie. Obojętnie jaka będzie partia lewicowa, żadna nie zbuduje potężnego aparatu, który byłby głównym narzędziem władzy; jeśli partia ją kiedyś zdobędzie.
Antykomuniści spod różnych sztandarów, od liberalnych polityków i dziennikarzy – klecących swój życiorys obfitujący w przykłady walki z komuną – do intelektualnie ubogich prawicowców, nie kryją nadziei, że SLD nareszcie zniknie ze sceny politycznej, a jego miejsce na wiele lat zajmą kanapy partyjne, które – pozbawione wpływu na masy – będą staczać się na pozycje sekciarskie.
Dla pokolenia 30-latków zasilających szeregi Sojuszu poważnym wyzwaniem jest życzenie Nałęcza i oklaskującego go Jarosława Kurskiego, by SLD sczezł. Politykom pokroju Nałęcza młodzi członkowie Sojuszu powinni pokazać gest Kozakiewicza (do czego ich usilnie namawiam) i udowodnić, że przedwczesne i próżne są ich nadzieje, że Sojusz sam złoży się do grobu, a egzekwie nad nieboszczykiem odprawią w radosnym nastroju antykomuniści.

 

Wydanie: 22/2008

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy