Nobel nie dla Polaków

Nobel nie dla Polaków

Dlaczego nasi naukowcy nie mają szans na światowe laury

Druga połowa XX wieku okazała się dla nas wyjątkowo pomyślna w zdobywaniu Nagród Nobla. Miłosz, Wałęsa, Szymborska – z nich możemy być dumni. Jednak kiedy ogłaszani są nobliści w takich dziedzinach jak medycyna, fizyka, chemia oraz ekonomia, wiemy z góry, że tutaj przyjemnej niespodzianki nie będzie. W panteonie współczesnej nauki nie ma miejsca dla polskich uczonych. Dlaczego?
Przyczyn jest zapewne kilka. Po pierwsze, jesteśmy jednym z małych narodów i niezwykłych talentów jest u nas mniej niż np. w USA. Jesteśmy również ubodzy, więc na badania naukowe przeznaczamy o wiele mniej środków niż kraje przodujące gospodarczo i technologicznie. Ale mamy też sporo atutów.

Ambicja i fantazja
Prof. Mirosław Mossakowski, prezes Polskiej Akademii Nauk, stwierdza, że PAN niejednokrotnie opiniuje różne kandydatury rozważane przez Królewską Szwedzką Akademię Nauk. – Polscy naukowcy wcale nie znajdują się poza głównymi nurtami poszukiwań naukowych. Mózgi mamy tak samo doskonałe jak inni, ale poza talentami liczą się także warsztat i narzędzia badawcze. Polacy mają wielką zawziętość, potrzebę poznania. Przykładem jest prof. Aleksander Wolszczan, który pracuje w Uniwersytecie Stanowym w Pensylwanii, a ukończył studia i doktoryzował się na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jest to uczony na miarę Nobla i w pewnym momencie jego kandydatura się pojawi. A więc nieprawdą jest, że nasi badacze wysyłają w kosmos lampki naftowe; nasz wkład intelektualny jest znaczący.
Podobnego zdania o potencjalnych szansach polskich naukowców jest prof. Stanisław Speczik, geolog z Uniwersytetu Warszawskiego. – Z czterech lat pracy w znanych ośrodkach badawczych na Zachodzie wynika dla mnie jedna prawda. Nie jesteśmy w niczym gorsi od światowej czołówki. Przeciwnie, bywamy odważniejsi we wnioskowaniu, w tworzeniu nowych systemów, szybciej przełamujemy bariery, wymyślamy nowe rzeczy na przekór znanej wiedzy. Rzecz w tym, że o ostatecznym sukcesie decyduje często współpraca w bardzo dobrych zespołach uczonych i warunki, jakie do tego stwarza państwo. Nierzadko nie stać nas na wychwytywanie pomysłów godnych Nobla i przebicie się z nimi na świecie, a nawet na opiekę patentową. Granty Komitetu Badań Naukowych rozdzielane są zbyt biurokratycznie i np. na ten sam temat wsparcia ponownie się nie otrzyma, bo inni czekają w kolejce. Szwankuje ścieżka wychwytywania najlepszych, brak też wsparcia dla nauki z przedsiębiorstw przemysłowych. A tylko one mają środki na dokonanie znaczącego postępu w badaniach. Na Zachodzie to właśnie przemysł tworzy największe osiągnięcia naukowe.

Stracone szanse
Każdy naukowiec wymieni nazwiska kilku Polaków, którzy otarli się o Nobla. Ostatnio najczęściej pojawia się kandydatura prof. Wolszczana, odkrywcy nowych pulsarów w kosmosie, ale i w innych dziedzinach zdarzały się ważkie okrycia. Niektórzy pamiętają dorobek prof. Szymańskiego z Politechniki Warszawskiej, wynalazcy sztucznych diamentów kwarcowych. W ekonomii światowej nadal się cytuje prof. Michała Kaleckiego.
Co jakiś czas słyszy się o różnych dokonaniach bez dalszego ciągu, a potem pojawia się pytanie, dlaczego Nobla dostali inni. Tak było np. w 2000 roku, gdy nagrodę w dziedzinie chemii otrzymali trzej uczeni amerykańscy – R.F. Furchgott, L.J. Ignarro i F. Murad. Odkrycie roli tlenku azotu w fizjologii człowieka wzbudziło wtedy aplauz za granicą. W Polsce natomiast przypomniano sobie, że podobne badania, prowadzone we Wrocławiu prawie ćwierć wieku wcześniej, nie zostały dokończone z braku wyposażenia i pieniędzy.

Swojego nie poprzemy
Jednak nie tylko brak pieniędzy stanowi przeszkodę w dostaniu się na najwyższe podium. Nie docieramy z wiedzą o najważniejszych sukcesach do opinii światowej. To dlatego z takim ironicznym przyjęciem spotkał się wybitny seksuolog, prof. Kazimierz Imieliński, którego kandydaturę do Nobla podały nie polskie środowiska naukowe ale… rumuńskie i gruzińskie, bo on sam tylko takie poparcie zdołał sobie załatwić.
Prof. Zdzisław Sadowski, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, twierdzi np., że prof. Leszek Balcerowicz, choć przestawił gospodarkę PRL na wolnorynkowe tory, nie otrzyma zapewne wyróżnienia, gdyż osiągnięcia praktyczne nie mają tej wagi, co prace teoretyczne. Kiedy więc Komitet Nobla poprosił prof. Sadowskiego o kandydaturę, nasz uczony wymienił nazwisko… Johna Galbraitha. Gdyby szwedzki komitet zasięgnął opinii Leszka Balcerowicza, ten zapewne nie wytypowałby ani Sadowskiego, ani prof. Kołodki czy prof. Belki, bo takie u nas są obyczaje.
Można jedynie mieć nadzieję, że dystans technologiczny dzielący nas od krajów wysoko rozwiniętych zostanie z biegiem lat zniwelowany. Procesy globalizacyjne, które wywołują kontrowersje na rynku produktów i usług, mogą okazać się zbawcze dla nauki.


Nadal będziemy w ogonie

Stanisław Lem, pisarz
Nie mamy żadnych szans na Nobla w naukach ścisłych, bo poziom nauki krajowej jest zbyt niski. Częściowo można za to winić jej niedofinansowanie, a ta sytuacja skłania ludzi o jaśniejszych umysłach do emigracji. Teraz oglądam te polskie nazwiska w naukowych czasopismach amerykańskich i angielskich. W humanistyce jest lepiej, bo istnieje krakowska Akademia Umiejętności, ale w naukach ścisłych szans nie ma. Tym bardziej że nauka wyszła dziś z laboratoriów i stała się zajęciem industrialnym. A my nie mamy nawet laboratoriów i do tego sytuacja państwa jest ciężka, czekają nas dalsze cięcia wydatków. Nadal będziemy w ogonie, daleko od światowej czołówki. Najsmutniejsze jednak, że nie ma poważnych kandydatów z Polski. Prof. Wolszczan, którym się tak szczycimy, jest jednym z wielu. Takich astronomów z ciekawym dorobkiem jak on jest ok. 30 w świecie, podobne osiągnięcia mają Francuzi i Amerykanie. A u nas znany jest tylko jeden, Wolszczan, w istocie jeden z szeregowców nauki. Nie ma żadnej nadziei, że ktoś powtórzy sukces madame Marii Curie, która też po swój medal musiała najpierw wyjechać do Paryża.

Wydanie: 45/2001

Kategorie: Nauka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy