Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

W MSZ opowiada się anegdotę o Andrzeju Byrcie, do niedawna naszym ambasadorze w Niemczech. Otóż spodziewano się, że po powrocie z placówki zadzwoni do kolegów. Nic takiego nie miało miejsca, Byrt wrócił i… zniknął. Podobno wyjechał do jakiejś głuszy i leczy skołatane nerwy. To wszystko jest możliwe, bo ostatnie miesiące ambasadorowania miał fatalne. Po pierwsze, funkcjonował jako ambasador de facto odwołany. No i niecieszący się zaufaniem rządzącej ekipy. Po drugie, ta ekipa popełniała w polityce wobec Niemiec błąd za błędem, a on musiał świecić za to oczami. No i ciągle dostawał z Warszawy polecenia, by robił rzeczy, które uważał za złe. Czysta schizofrenia.
O tym, że w polityce partii rządzącej wobec Niemiec jest jakiś niezdrowy element, świadczy zresztą reakcja premiera na przemówienie niemieckiego prezydenta podczas zjazdu ziomkostw. Horst Kohler powiedział wprost, że Niemcy muszą brać pod uwagę wrażliwość Polski i Polaków. I że Niemcy nie byli wypędzeni, tylko wysiedleni. W sumie powiedział to, co chcielibyśmy usłyszeć. Na pewno stanowiło to dobry punkt do rozpoczęcia dyskusji.
Dobry, ale nie dla każdego. Bo nasz premier od razu wydał odgłos niezadowolenia i potępienia. Że niemiecki prezydent w ogóle poszedł na zjazd.
Tak oto polska dyplomacja powoli przestaje być dyplomacją, a zaczyna przypominać walenie w bęben. Takie walenie fajnie brzmi, zwłaszcza dla uszu słuchaczy mało wyrobionych, ale na dłuższą metę jest szkodliwe dla zdrowia. W Europie nikt nie rozumie, dlaczego ktoś nie chce rozmawiać i przedstawiać swego punktu widzenia. Niemców zaczynamy mieć powoli z głowy, co pociąga za sobą wymierne konsekwencje w innych obszarach. W stosunkach z Rosją, w stosunkach z Unią Europejską, no i w stosunkach z USA.
Coś w tym musi być, gdy szczytem marzeń polskiego premiera, który jedzie do USA, jest uściśnięcie ręki amerykańskiego prezydenta. Bush wcześniej chętnie rozmawiał z Millerem i Belką (nie wspominając o Kwaśniewskim), ale dla Kaczyńskiego czasu nie ma. Zastanówmy się więc, co się takiego stało w ciągu niespełna roku z pozycją międzynarodową Polski.
Zmieniła się na niekorzyść, to widać gołym okiem.
I proszę nie zwalać wszystkiego na niesprzyjającą koniunkturę międzynarodową czy też na nierozumiejący nas świat. Bo fakty mówią, że najwięcej w tym winy polskich decydentów. Dowodem na to niech będzie przypadek naszej ambasady przy Unii Europejskiej, która nie ma ambasadora (pisaliśmy już o tym). Zdrowy rozsądek podpowiada, że powinniśmy czym prędzej wysłać do Brukseli kompetentną osobę, wiedzącą, kto w co w Unii gra, i wiedzącą, w co gra Polska, no i z kim trzeba rozmawiać. Sęk w tym, że takiej osoby nowa ekipa po prostu nie ma. Więc ambasadą kieruje chargé d’affaires, dyplomata sprawny, ale jeszcze nie ten rozmiar kapelusza co jego poprzednicy. Prowizorka gryzie więc w oczy. Ale, jak się okazuje, nie wszystkich.

Wydanie: 37/2006

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy