Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Teraz najmodniejsze są w MSZ opowieści nie o tym, kogo kierownictwo ministerstwa chce wysłać na placówkę za granicę, ale o tym, kogo chciałoby pozostawić tam jak najdłużej. Ma to jakiś sens, bo tylko część naszych dyplomatów zatrudniona jest na okres pobytu na placówce. Wielu z nich to pracownicy MSZ, więc po powrocie do kraju zameldują się przy al. Szucha. No i co dalej? Jakie stanowiska zostaną im zaproponowane? Po reorganizacji, którą przeprowadził w MSZ minister Cimoszewicz, liczba stanowisk dyrektorów departamentów zmalała trzykrotnie, a byłych ambasadorów przecież nie wypada umieszczać na byle jakich stanowiskach. Poza tym, układy w MSZ się zmieniły i z góry wiadomo, że nie każdy może pracować z każdym. Więc teraz paru mędrców łamie sobie głowę: co zrobić z ludźmi, którzy po powrocie zgłoszą się do pracy w centrali? Wyobraźmy sobie na przykład, że do kraju wraca ambasador w Londynie Stanisław Komorowski. Wcześniej był on dyrektorem sekretariatu ministra Geremka, był też dyrektorem Departamentu Europy. I co teraz z nim zrobić? Skierować do pracy z Andrzejem Czartoryskim? Do jednego gabinetu?
Te obawy przed powrotami powodują, że akceptowane są wnioski o przedłużenie pobytu. Jest taka fala. Doszło do tego, że taką zgodę załatwił sobie nawet Gabriel Beszłej, ambasador w Meksyku, były szef gabinetu Jerzego Buzka. Beszłej ma przed sobą jeszcze rok urzędowania, więc zabiegał o zgodę nie dla siebie, ale dla swego zastępcy. Był z tym nawet u Cimoszewicza. I mu się udało.
Decyzje o przedłużeniu pobytu niosą także ze sobą finansowe konsekwencje. Po prostu niektórzy więcej odłożą. To nie są co prawda PRL-owskie przebicia, ale będąc na placówce, można odłożyć; pensja ambasadora to 16-23 tys. zł miesięcznie, do tego rezydencja, telefon i samochód. No i spora swoboda w opisywaniu rachunków. Chociaż są wyjątki od reguły. W MSZ opowiada się chętnie o Krzysztofie Mroziewiczu, który niedawno wrócił z Indii. I podczas czterech lat ambasadorowania, jak sam mówi, odłożył… 400 dolarów. Skąd ten wynik? Mroziewicz prowadził w New Delhi wystawne życie, miejscowe media wymieniały polskiego ambasadora jako drugiego, zaraz po amerykańskim, jeśli chodzi o liczbę przyjęć, spotkań, życie towarzyskie. Polak potrafi.

PS Upały upałami, ale MSZ mogłoby postarać się o nowelizowanie swych stron internetowych. Naprawdę irytujące jest, gdy na jednej stornie czytamy, że ambasadorem w Brukseli jest Jan Piekarski, a stronę dalej ten sam Piekarski występuje jako dyrektor Departamentu Azji i Pacyfiku. Albo gdy czytamy, że ambasadorem w Moskwie jest Andrzej Załucki, a stronę dalej widnieje on jako podsekretarz stanu. Poważny człowiek złości się, gdy czyta, że ambasadorem RP przy Unii Europejskiej jest Iwo Byczewski, a przy NATO Andrzej Towpik, w Teheranie urzęduje Witold Waszczykowski, a w Kinszasie Tadeusz Kołodziej. Drodzy panowie, odpowiedzialni za strony internetowe, określenie „stan z 29 stycznia 2002” nie tylko was nie usprawiedliwia, ale – tak naprawdę – kompromituje.

Wydanie: 31/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy