Ofiara kamiennych serc

Ofiara kamiennych serc

Dlaczego zginęła Barbara Blida

Lubiłem Barbarę Blidę za to, co robiła dla Śląska, trudno mi więc o niej pisać bez emocji. Gdy 25 kwietnia 2007 r. dowiedziałem się o jej śmierci, wyciąłem z jakiejś gazety jej zamyślone piękne zdjęcie, oprawiłem w ramkę i powiesiłem w domu nad biurkiem. Odtąd towarzyszy mi stale. Dopowiem od razu, że ci, którzy wydali polecenie, aby – dla jakichś wątpliwych, jak się potem okazało, politycznych gier i celów – wyprowadzić ją o świcie z domu w rodzinnych Siemianowicach Śląskich, gdzie ją znano od urodzenia, sfilmować skutą kajdankami i tym widokiem epatować potem w telewizji społeczeństwo – wydali tym samym na nią wyrok śmierci. „Jest pani ofiarą kamiennych serc”, powiedział, trafiając w sedno, nad jej grobem Kazimierz Kutz. Ona, która służyła, jak mogła najlepiej, Polsce i umiłowanemu Śląskowi, twarda, mocna kobieta, zawdzięczająca wszystko, co zdobyła w życiu, sobie, nie wytrzymała najścia nasłanych na jej dom agentów, z zadaniem wywleczenia jej z rodzinnego gniazda, aby ją zhańbić, przekreślając całe jej dotychczasowe życie, godność i honor Ślązaczki. Posyłając po nią o świcie do rodzinnej twierdzy Blidów, domu świętego dla każdego Ślązaka, upokarzali także Ślązaków jako gorszych Polaków żyjących w jakiejś śląskiej sitwie. (…)

Trzy życiowe świętości Barbary Blidy

Jej życie opierało się na trzech głównych, ważnych dla niej zasadach, trzech świętościach, które zamykały się w słowach: praca, dom i Śląsk.

Trzeba powiedzieć, że Barbara Szwajnoch (po mężu Blida) była bardzo ambitna i dla niej praca – jak dla większości Ślązaków, a wśród nich jej dziadka i ojca – była świętością. Jej szkolnym kolegą w podstawówce, który potem zagrał na jej pogrzebie, był słynny lider zespołu SBB, Józef Skrzek. Jego młodszy brat, Jan „Kyks” Skrzek, komponował popularne na Śląsku bluesy. Jeden z tych bluesów, dobrze jej znany „Sztajger” (Sztygar), był szczególnie popularny, wyrażał bowiem to, co było dla niej wartościowe i bardzo ważne. W bluesie tym „Kyks” wyrzucał sobie, że już nie fedruje, bo bluesa gra i bluesa czuje, ale zaraz się rozgrzesza, bo sztygar przecież twierdził: „Byleś dobrze robił to / Jak uczyłeś mnie, pamiętasz / Wszystko jedno, o co szło / Jak coś robisz, to rzecz święta”. (…) W znaczeniu: rób to, co umiesz, ale najlepiej, jak umiesz. To była jedna z trzech zasad jej filozofii życiowej, wyniesionej z rodzinnego domu, przejęta od ojca. Przez jej pryzmat oceniała też innych.

Ojciec, który był dla niej zawsze autorytetem, powtarzał: „Ino mi wstydu nie przynieś”. Nie przynosiła go także wtedy, kiedy pojawili się pod jej drzwiami, o godz. 6 rano, wysłannicy tego, który uczynił z niej obiekt politycznego ataku.

Drugą dla Barbary Blidy świętością, aż do tragicznego dnia, będącego poniekąd tego potwierdzeniem, były rodzinny dom i rodzina. Gdy tylko mogła, urywała się z nieprzychylnej jej stolicy do domu rodzinnego w Siemianowicach-Michałkowicach. Dom był dla niej szczególnym miejscem, czuła się w nim zawsze pewnie i bezpiecznie. Wynikało to z jej śląskiej mentalności. (…) Ten dom z klinkierowej brązowej cegły stanowił ich gniazdo, w którym – jak mówili – mieszkali w kupie. Dom, miejsce urodzenia Basi, wybudował za swoje pieniądze jej dziadek, Jan Gdowik, na placu, który wniosła w wianie jego żona Katarzyna. (…) Do tego domu ciągle się Barbarze śpieszyło. W drodze ze stolicy do tego domu dwa razy została napadnięta. W 1998 r. skradli jej służbowego mercedesa i pobili, a pięć lat później ostrzelali terenową toyotę, którą prowadziła, i zostawili na drodze w kapciach. Po tych przygodach pojawił się u niej pistolet. Wielu tego nie rozumie i twierdzi, że przecież mogła się bronić w sądzie. Mogła, ale po takim sponiewieraniu, jakie jej przyszykowano, nie była w stanie tego sobie wyobrazić.

Trzecią jej życiową pasją był Śląsk. Kazimierz Kutz kiedyś powiedział, że Śląsk jest jego religią. To samo mogła powiedzieć Barbara Blida. Ona nie tylko była polską Ślązaczką, lecz nade wszystko fanatyczną miłośniczką Śląska, tu zawsze najlepiej się czuła, tu ją ceniono, a nawet kochano. (…)

Urodziła się tuż przed północą 3 grudnia 1949 r., na tym samym łóżku co jej starsza o osiem lat siostra Katarzyna, w tym samym domu w Siemianowicach Śląskich przy ulicy Oświęcimskiej 8. Kilkanaście minut później zaczynała się Barbórka, ulubione święto braci górniczej, ogłaszane o świcie pobudką z przemarszem orkiestry górniczej. Zdecydowano więc, że powinna zostać Barbarą. (…) Urodziła się w czasach, kiedy jedli chleb z cebulą pieczony na blasze i wodzionkę. Kiedy miała roczek, zrobił się jej na buzi liszaj. Lekarz radził dawać jej krowie mleko, na które nie było ich stać, kupili więc kozę. Od dzieciństwa była bardzo zadziorna i gryzła, kiedy chciała postawić na swoim. Nawet jak się pokłóciła z ojcem i się do niego nie odzywała, to po kilku dniach mówiła: „Tato, przepraszam za to, co się stało, ale ja mam rację”. (…)

Polityka w domu

Polityka w ich domu była stale obecna, bo też czasy były wielce znamienne. Na przykład dziadek Gdowik zaczął zjeżdżać do kopalni „Michał”, mając 14 lat. Fedrował w niej kiedyś m.in. z Janem Mitręgą, po wojnie ministrem górnictwa, a nawet wicepremierem. W 1945 r. razem z innymi górnikami pilnował, aby uciekający Niemcy nie zalali kopalni. Po latach, kiedy Jan Mitręga, już jako minister górnictwa i wicepremier, wręczał odznaczenia górnikom, rozpoznał dawnego kolegę z kopalni, pytając go: „Pieter, to wy jeszcze robicie?”. Bo też jej dziadek przepracował na dole aż 55 lat. Przed wojną jeździł jako PPS-owiec na demonstracje pierwszomajowe do Katowic, co denerwowało babcię, zwolenniczkę Korfantego. Wracał z nich pokrwawiony, bo socjaliści tłukli się z komunistami. Ale w III powstaniu śląskim mu się nie spodobało. Wycofał się po dwóch dniach, przynosząc do domu karabin. Za to jego kuzyni walczyli w powstaniach i pracowali przy plebiscycie, bo u Gdowików, a potem Szwajnochów – jak wyzna siostra Katarzyna Korzekwa – każdy buntował się po swojemu. Dziadek Gdowik zmarł pod koniec lat 50. Przy kolejnym remoncie domu odkryto jego tajemnicę – miał szafę z podwójną ścianą, w której trzymał kartki z kolonii od wnuków oraz przedwojenne sztandary PPS.

Basia z powodu ojca andersowca nie została przyjęta do ZMS, ale w 1973 r., mimo że chodziła do kościoła i nie miała czasu ani zbytniej ochoty na zebrania, przyjęto ją do partii, podobnie jak jej męża Henryka. Spodobał jej się Gierek. W 1973 r. w Siemianowicach za czasów gierkowskiej „drugiej Polski” powstał ogromny zakład budowy osiedli górniczych, który m.in. oddawał rocznie 10 tys. mieszkań z wielkiej płyty i pracowało w nim 11 tys. budowlańców. W nim właśnie, po ukończeniu w 1976 r. studiów, od 1977 r. znalazła Basia pole zawodowego wyżycia. W Fabudzie młoda inżynier zajmowała się kanalizacją i lubiła chodzić w gumiakach po budowie, w glinie. Z czasem awansowała na szefa działu wykańczania mieszkań i podlegało jej 1500 pracowników. Potrafiła sobie z nimi poradzić, bo – jak twierdzono – miała do ludzi podejście, a gdy trzeba było, to umiała kogo trzeba po męsku złajać. Każdy oddawany przez Fabud blok mieszkalny to było 10 pięter i 10 klatek schodowych bez czynnych wind. Ona musiała wszędzie wejść i wszystko sprawdzić. Kiedy do Fabudu w drugiej połowie lat 70. przyjechali naukowcy badać kwalifikacje załogi według jakichś angielskich testów, Basia znalazła się w pierwszej piątce najlepszych. W jej kwestionariuszu napisano: „Chłop w spódnicy”.

Nie dawała sobie dmuchać w kaszę, bez skrupułów rzucała tzw. mięsem. (…) Był w niej bowiem jakiś szalony kontrast, z jednej strony uroda i nienaganna kobieca elegancja, z drugiej – ta męskość, która wyrażała się także w sposobie witania. Ileż to razy widywałem osoby zdziwione jej mocnym uściskiem dłoni przy powitaniu i zdecydowanym sprzeciwem przy próbie całowania jej w rękę. (…)

Niepokorna posłanka

Do Sejmu PRL X kadencji kandydowała z Chorzowa, a potem z Katowic. W wyborach 1991 r. uzyskała 80 tys. głosów. Senator Jerzy Markowski powie, że dla niego „zawsze była to dziołcha, której się udało. Gwiazdą ogólnopolskiej polityki stała się niemal bez przygotowania i wniosła do niej ważne i zapomniane wartości: honor i słowność”. W partii (SdRP, potem SLD) uchodziła za nieprzewidywalną, bo wyolbrzymiała problemy Śląska. Według niej w centrali traktowano zawsze Ślązaków jako tych, których należy użyć i którym nie należy wierzyć. Dlatego też Basi – jak twierdzi Jerzy Markowski – która miała potencjał, żeby zostać reżyserem, wyznaczano rolę narzędzia.

Od początku pracy w Sejmie pokazała, że ma charakter i potrafi swojego zdania bronić niezależnie od ceny, jaką przyjdzie za to zapłacić. Jako posłanka X, a potem I, II, III i IV kadencji Sejmu należała do wcale nie tak licznego grona posłów, którzy niezwykle poważnie i serio traktowali obowiązki z tego wynikające. Przede wszystkim obowiązek służenia innym. Zawsze też 4 grudnia, w Barbórkę, święto patronki górników, przychodziła do Sejmu ubrana w czarny górniczy mundur, bo to nie był tylko dzień jej imienin, lecz bliskie sercu święto górniczej braci, do której jako „górniczy dyrektor” należała, i święto jej dziadka górnika. Józef Skrzek powiedział kiedyś, że „była naszą współczesną Barbórką”.

W Sejmie blisko jej było do politycznych reformatorów. Wyraźnie więc w podzielonym klubie parlamentarnym lewicy sympatyzowała z Włodzimierzem Cimoszewiczem. Zawsze jednak najbliższy był jej Śląsk. Także w Sejmie „jechała” głęboko w niej zakorzenioną gwarą śląską. Grzegorzowi Kołodce wykrzyczała kiedyś: „Nie będziecie mi tu nudli wieszać”. Co musiano mu przetłumaczyć, że Basia nie da się naiwnie okłamywać. Kiedyś z sejmowej trybuny wypaliła do ministra finansów: „Pan pierdoły opowiada!”. Najwięcej kłopotu było, kiedy na zebraniu klubu spytała referenta jakiejś ustawy, co to za fitulityngyszeft proponuje (drobny, byle jaki interes). Kiedy poseł Tadeusz Biliński, przewodniczący sejmowej Komisji Budownictwa, próbował ją pocieszyć po jakiejś niesprawiedliwej napaści na nią jednego z kolegów, i to z jej klubu poselskiego: „Basiu, ty i tak masz męski charakter”. „Niestety – odpaliła – nie można tego powiedzieć o wielu z was, mężczyznach!”. (…)

Minister

Została ministrem wtedy, gdy w budownictwie panował zastój. Z gierkowskiej wielkiej płyty zaczęto przechodzić na inne rozwiązania. Prywatne firmy nie miały jeszcze mocy produkcyjnych, a ludzie, masowo tracący pracę w zamykanych i prywatyzowanych zakładach, nie mieli pieniędzy na mieszkania, bo raty kredytów wciąż rosły. Do tego ciągle jeszcze obowiązywały stare stosunki własności. Barbara Blida znalazła się jako minister w trudnej sytuacji, zabierając się za porządkowanie tej ważnej dla gospodarki narodowej działki.

W 1994 r. przedstawiła ustawę o czynszach, przewidującą m.in. eksmisję na bruk. Tłumaczyła, że jest ona oparta na dobrych polskich tradycjach, które nie tolerują lokatorów bezkarnie niepłacących czynszu, nawet jeśli ich na to stać, i do tego jeszcze niszczących mieszkania. Podniósł się jednak ogromny krzyk, mimo że ustawa dla tych, których rzeczywiście nie było stać na płacenie czynszu, przewidywała dodatki mieszkaniowe. Blida została poddana totalnej krytyce. (…)

W 1997 r. przyszło jej się zmierzyć z trudnym problemem, kiedy to w wyniku powodzi stulecia setki ludzi straciły domy. Robiła wówczas wszystko, by poszkodowanym ponownie zapewnić dach nad głową. W ciągu kilku miesięcy ponad 1,5 tys. ludzi wprowadziło się do nowych mieszkań. Nadzorowała oddawanie budowanych mieszkań, odwiedzała w nich ludzi i po przejściu przez próg, jak to Ślązaczka, ku zdumieniu gospodarzy, ściągała buty i chodziła na bosaka. Po kolejnych wyborach, kiedy pojawiło się jakże żywotne u nas zniesławianie poprzedników, znaleziono jakiś dom dla powodzian, w którym nowi właściciele zakleili kratki wentylacyjne i doprowadzili do jego zawilgocenia. Rozpętano wówczas przeciw niej kampanię kłamstw. Bardzo ją to bolało, nie pierwszy i nie ostatni raz. (…)

Na jej imieninach w domu zawsze obowiązkowe było śpiewanie śląskich piosenek, ci, którzy ich nie znali, otrzymywali odpowiednie śpiewniki, bo nigdy nie zapomniała, skąd jej ród. Była obsesyjnie lojalna wobec Śląska. Tym przekonała do siebie nawet lidera miejscowej „Solidarności” Marka Kempskiego, który gdy został wojewodą śląskim, organizował spotkania parlamentarzystów, aby omawiać sprawy godne podjęcia i przeforsowania w stolicy. Twierdził, że byłaby świetnym marszałkiem województwa, imponowała mu tym, że dobro Śląska przedkładała nad pozycję w partii. Szczerze mówiąc, zazdrościliśmy jej SLD.

Po nieudanym starcie w 2005 r. w wyborach do Senatu (zabrakło jej zaledwie 3 tys. głosów) nie ukrywała rozżalenia do ówczesnych władz lewicy, które wykorzystały ten fakt do odsunięcia jej na boczny tor. Wyliczyła ustawy dotyczące budownictwa, których nie udało się jej przeforsować, bo je blokowano. To było draństwo – uważa Markowski – w ten sposób potraktować jedynego budowlańca w klubie. Od 2001 r. Barbara Blida wróciła do zawodu i prezesowała firmie budowlanej J.W. Construction, zarabiając ponad 40 tys. miesięcznie i posiadając służbowy samochód, terenową toyotę. Wycofując się z życia publicznego, w ostatnim wywiadzie powiedziała, że wolałaby, żeby wszyscy o niej zapomnieli. Tak się jednak nie stało.

Blida i „mafia węglowa”

Niewielu dziś pamięta rolę, jaką odegrała w sporze o górnictwo, kiedy chciano likwidować kolejne kopalnie, i wewnątrz klubu parlamentarnego, i na ulicach Warszawy wrzało. Posłowie ze Śląska postanowili razem z opozycją, mimo gróźb Leszka Millera, że stracą miejsca na listach w kolejnych wyborach, głosować przeciw tym likwidacyjnym pomysłom. Miller obraził się na nich i nie przyjechał na Barbórkę na Górny Śląsk, 4 grudnia 2003 r. poleciał na Dolny Śląsk. Wracając, spadł ze śmigłowcem na ziemię. Swoją ostatnią kadencję Barbara Blida skończyła w 2004 r. jako poseł niezrzeszony. W proteście przeciwko antyśląskiej, jej zdaniem, polityce rządu Jerzego Hausnera wystąpiła z klubu, wcześniej rezygnując ze wszystkich funkcji. (…)

Barbarę Kmiecik, nazywaną „śląską Alexis”, poznała, kiedy jej firma była podwykonawcą tynków na budowanych przez Fabud domach. Zamieszkała po sąsiedzku w Siemianowicach w wyremontowanym domu po volksdeutschu Wojtyczce, który gnębił dziadka Basi Blidy. Zaczęła wpadać na herbatę i na urodziny. Powodem tych wizyt były chyba pojawiające się kłopoty w ograniczeniu handlu węglem, jakie wprowadził Jerzy Markowski. Wyrafinowana „śląska Alexis” przylgnęła do swej imienniczki Blidy, która wiele znaczyła na politycznej scenie regionu. Mimo ostrzeżeń siostry Katarzyny, która od początku uważała ją za fałszywą.(…)

W lipcu 2005 r. prokuratura odkryła, że Kmiecik mogła wyłudzić 800 tys. zł z Funduszu Ochrony Środowiska. Trafiła do tzw. aresztu wydobywczego. Siedziała prawie rok, a oficerowie ABW, podlegający już nowej władzy, która wszędzie i we wszystkim węszyła układy, korupcję, mafię, spiski, starali się z niej wydobyć, w zamian za uwolnienie, zeznania obciążające działaczy lewicy. Aby jeszcze bardziej ją do tego skłonić, posadzono też w areszcie jej córkę. Wtedy przestraszona „Alexis” zgodziła się mówić. Opowiadała wiele o swojej dotychczasowej przyjaciółce Blidzie, o spotkaniach rodzinnych, o kosztownych ponoć prezentach, jakie jej dawała, wspólnych wyjazdach na narty oraz o przekazaniu jej 80 tys. zł na łapówkę dla prezesa jednej ze spółek węglowych, który miał jej za to umorzyć długi.

O tym oskarżeniu Barbara Blida dowiedziała się z prasy. Dopiero wówczas przejrzała na oczy i odkryła, z kim miała do czynienia. Wtedy ostatecznie z nią zerwała. Ale to oskarżenie o pośrednictwo w przekazaniu łapówki stało się motywem dalszych działań prokuratorów, zdalnie sterowanych przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę. Przygotowywał on uderzenie w „mafię węglową”, którą uosabiał z lewicą, a kluczową oskarżoną w tej walce chciał uczynić popularną na Śląsku Barbarę Blidę.

Osaczona

Barbara Blida czuła, że atmosfera wokół niej gęstnieje. Była przekonana, że jest podsłuchiwana i obserwowana. Uprzedzała nawet siostrę, aby uważała na to, co mówi w mieszkaniu. W okolicach ich domu często wystawał, a nawet jeździł za nią jakiś samochód.

Z telewizji miała w pamięci obraz polskiego kardiologa, wyprowadzanego w kajdankach ze szpitala MSW w Warszawie, z oskarżeniem o branie łapówek od pacjentów i komentarzem ministra Ziobry, który natychmiast wydał na niego wyrok, mówiąc, że „Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”.

Widziała w telewizji, jak w październiku 2006 r. policja wyprowadza w kajdankach podejrzaną o korupcję koleżankę partyjną Aleksandrę Jakubowską, i jak w lutym 2007 r. policja zatrzymała wiceprezydent Katowic podejrzaną o przekroczenie uprawnień, która dwie pierwsze noce spędziła w zimnej celi, bez skarpetek i środków higienicznych.

W przededniu zaplanowanego w centrali – co potem się wydało – zatrzymania Barbary Blidy TVP Puls późnym wieczorem poświęciła program „Misja specjalna” „mafii węglowej” na Górnym Śląsku. W filmie znalazły się insynuacje dotyczące Barbary Blidy.

W języku wojskowym – jak napisał Kazimierz Kutz – takie działanie nazywa się „przygotowaniem artyleryjskim”, po którym ABW wkracza o godz. 6 rano jednocześnie pod 13 adresów. Z tego zbioru tylko Barbara Blida to powszechnie znane nazwisko. Funkcjonariusze nie mają nakazu aresztowania. Mieszkanie ma być zrewidowane, a Barbara Blida przewieziona na przesłuchanie do prokuratury, gdzie ma zostać skonfrontowana z oczekującą tam już wolną Barbarą Kmiecik i szefem Rudzkiej Spółki Węglowej, któremu Blida rzekomo miała w jej imieniu wręczyć wspomnianą łapówkę w wysokości 80 tys. zł.(…)

Śmierć przybyła o świcie

Niegdyś o godz. 6 rano jej dziadek i ojciec rozpoczynali pracę, dziadek w kopalni, ojciec w Azotach Chorzów. Przed godz. 6 rano 25 kwietnia 2007 r. z katowickiej delegatury ABW wyjechało kilka nieoznakowanych samochodów. Agenci mieli rozbić śląską „mafię węglową”. Barbara Blida otwierała listę 13 osób, które planowano zatrzymać. Ona była najważniejsza. Akcja rozpoczęła się źle, a skończyła tragicznie. Oficerowie ABW zgubili drogę do domu Blidy, wskazał im ją dopiero telefonicznie kierowca czekającej już tam operator z kamerą. Film z wyprowadzenia Blidy miała po południu otrzymać telewizja jako hit telewizyjnych wiadomości, z udziałem przybyłego do Katowic ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry.

O godz. 6 rano, gdy zastukali do drzwi domu Blidów, otworzył je mąż Henryk, w szlafroku, na bosaka. Za nim zeszła z piętra, również w szlafroku i boso, Barbara. Spokojnie przeczytała podany jej nakaz przymusowego doprowadzenia do prokuratury i przeprowadzenia rewizji w domu. Zadzwoniła do adwokatki i poinformowała ją o zaistniałej sytuacji, a potem poprosiła oficera ABW o możliwość skorzystania z łazienki, aby umyć zęby i ubrać się. Towarzyszyła jej agentka ABW. Chwilę później usłyszano strzał. Mąż pobiegł do łazienki, zobaczył leżącą w rogu żonę i myślał, że zemdlała. Kiedy jednak złapał za szlafrok, zauważył krew na klatce piersiowej, a także jej sześciostrzałowy rewolwer Astra 680, zazwyczaj przechowywany w sejfie na pierwszym piętrze. Policja o nim wiedziała, bo co roku przyjeżdżała kontrolować, czy był używany. Funkcjonariusz ABW, który wbiegł za nim do łazienki, kazał mu odłożyć pistolet do zlewu, zadzwonił po pogotowie i zaczął reanimować leżącą we krwi Barbarę. Jak potem zeznawał, Blida gasła w oczach, ale jeszcze oddychała. Nie pamiętał, czy była przytomna i czy miała otwarte oczy. Krzyczał do niej: „Pani Basiu, niech pani nie umiera!”. Przyjechało pogotowie, potem jeszcze jedno, i przejęło jej reanimację. Porucznik z ABW, prowadzący operację zatrzymania, spytał agentkę, co się stało w łazience, ta przyznała, że się odwróciła, gdy Blida usiadła na sedesie. Strzału nie słyszała, myślała, że coś jej upadło. Mąż Barbary twierdzi, że gdy wpadł do łazienki, agentka siedziała na fotelu przed jego żoną. (…)

Jak później ustalono, podczas tej operacji były w domu Blidów i w jego otoczeniu aż 34 osoby. Pojawił się tu także, już o godz. 7.30, przybyły widać wcześniej ze stolicy, chyba do nadzorowania akcji zatrzymań „mafii węglowej” na Śląsku, wiceszef ABW Grzegorz Ocieczek. Ślady tragedii zostały przez ten tłum funkcjonariuszy ABW i policjantów zadeptane i – jak się okazało – zmyte, zamazane i zniszczone.

Polskie Radio o godz. 7.30 podało komunikat o śmierci Barbary Blidy. Policjanci ślady zdarzenia zaczęli zabezpieczać od godz. 10.50. Trwało też, pod nieobecność domowników, przeszukiwanie mieszkania.

Kiedy po kilku dniach zadzwoniono z prosektorium, w którym dokonywano sekcji zwłok, z prośbą o przywiezienie ubrania Basi, Kasia zdecydowała, że sama ubierze siostrę do trumny. Gdy dostarczono jej worek z ciałem siostry, wylało się z niego dużo wody, jakby po śmierci została jeszcze utopiona. Miała pocięte ręce, głowę, a nawet plecy.

Jej pogrzeb 30 kwietnia 2007 r. w rodzinnych Siemianowicach-Michałkowicach zgromadził ponad 2 tys. tych, którzy ją znali i kochali, i nie uwierzyli rozsiewanym pogłoskom, że miała jednak coś na sumieniu, skoro targnęła się na życie. (…)


Wywodzący się ze Śląska Jan Cofałka – czując potrzebę przybliżania rodakom regionu, z którego wyrasta – dodaje do tomów o współziomkach kolejny, już szósty, tym razem o nieprzeciętnych kobietach – pisze prof. Michał Lis. Zasług Jana Cofałki na tym polu nie sposób przecenić. Oceniając poprzednie tomy, podnosili je m.in. Wiesław Myśliwski i Kazimierz Kutz, profesorowie Jan Miodek, Stanisław S. Nicieja i Lech M. Nijakowski. Ukazane przez Jana Cofałkę sylwetki kobiet nieprzeciętnych ujawniają, że osiągając sukcesy na wybranych polach, można swoim życiem przełamywać stereotypy dotyczące płci. Odbywa się to niestety nieraz dużym kosztem.

Jan Cofałka Ślązaczki. Od Kopciuszka śląskiego do miliarderki z Ustronia, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2019


Fot. Jacek Kucharczyk/Forum

Wydanie: 40/2019

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy