Papierosy idą z dymem

Papierosy idą z dymem

Europa walczy z paleniem – ostrymi karami albo odwołaniem się do ludzkich odruchów

Przykład skutecznej walki z paleniem papierosów to Irlandia, w której liczba palaczy zmniejsza się najszybciej w Europie. Przykład walki nieskutecznej – Węgry, które mimo wprowadzenia licznych zakazów i ograniczeń nie mogą się pochwalić sukcesami. Chyba że za taki uznać spore pieniądze zarobione przez ludzi Fideszu na wojnie wypowiedzianej nikotynie.

Narodowe sklepy tytoniowe

W 2012 r. rząd Viktora Orbána zaczął wprowadzać na Węgrzech jedno z najbardziej restrykcyjnych praw antynikotynowych w Europie. Palenia zakazano we wszystkich zamkniętych przestrzeniach, wliczając w to przejścia podziemne, a także biura, restauracje i puby. Po papierosa nie wolno sięgać także w pobliżu wejść do instytucji publicznych, na przystankach i placach zabaw. Przewidziano za to wysokie kary. Szczególnie dla przedsiębiorców, którzy pozwolą klientom palić. O ile sam klient zapłaci najwyżej 50 tys. forintów (ok. 700 zł) mandatu, o tyle właściciel hotelu, restauracji czy pubu może już zostać ukarany 2,5 mln forintów grzywny (35 tys. zł).

Ale to był ledwie początek. Kolejnym krokiem była całkowita zmiana regulacji dotyczących rynku tytoniowego i powołanie narodowych – na Węgrzech tak jak w Polsce od pewnego czasu „narodowe” musi być niemal wszystko – sklepów tytoniowych. Efekt jest taki, że obecnie u bratanków papierosy legalnie można kupić tylko w specjalnych nemzeti dohánybolt, które z zewnątrz wyglądają jak skrzyżowanie minikasyna z aresztem śledczym. A to za sprawą zakazu widocznej ekspozycji i narzuconej odgórnie stylistyki, w której powtarzają się nijaki kolor oraz kraty w oknach.
Sklepy działają na podstawie koncesji, które oficjalnie wprowadzono po to, by ograniczyć liczbę punktów sprzedaży papierosów. W rzeczywistości główny powód był inny, typowy dla dzisiejszych Węgier. „Z kilkoma wyjątkami 5,4 tys. koncesji zostało przyznanych przyjaciołom i członkom rodzin polityków Fideszu oraz znaczącym sympatykom partii”, donosił w 2013 r. Zsoltan Kovacs w „Budapest Beacon”. Niezależnie jednak od tego, kto skorzystał, faktem jest, że znacząco zmniejszono liczbę miejsc sprzedaży tytoniu. W 2011 r. papierosy można było na Węgrzech znaleźć w 40 tys. punktów. Dla nemzeti dohánybolt wydano ok. 6 tys. koncesji.

W miejscowościach do 2 tys. mieszkańców może być tylko jeden taki punkt, w wielu nie ma żadnego. Na wsi i w miasteczkach często bywają zamykane o godz. 15 i rzadko działają w weekendy. Nierzadko więc najbliższe miejsce, gdzie można legalnie kupić papierosy, jest oddalone nawet o kilkanaście kilometrów. Do tego trzeba w nim zapłacić o 40% więcej niż jeszcze trzy lata temu. Niedawno paczka kosztowała ok. 600 forintów, dziś – 1 tys. Efekty zmian i zakazów widać, ale są inne, niż oczekiwano.

Co za dużo…

Przede wszystkim rozkwitł czarny rynek. Wprowadzenie zakazów i stworzenie systemu koncesji, który w praktyce oznacza, że kupowanie papierosów w narodowym monopolu zrównało się z finansowym wspieraniem Fideszu, zachęciło do zaopatrywania się poza legalnymi źródłami. W 2015 r. informowano, że sprzedaż w koncesjonowanych sklepach spadła o 39%. Jednocześnie, jak donosiły media, czterokrotnie wzrosła ilość zarekwirowanego czarnorynkowego tytoniu. Wniosek wyciągnięto z tego taki, że przekorni bratankowie zamiast rzucać palenie, zaczęli kupować papierosy z przemytu. Sieć sprzedaży szybko się rozwinęła, a paczka pochodząca z Serbii lub Ukrainy kosztuje 500 forintów – połowę tego, co w legalnym obrocie.

Za sukces można uznać jedynie to, że w 2012 r. paliło 32% Węgrów, a dziś 30% (według Eurobarometru). Porażką jest natomiast pewien wzrost liczby ludzi palących dużo. I to, że pali coraz liczniejsza grupa węgierskiej młodzieży. A przypomnijmy, że chodzi o kraj, który jednocześnie wprowadził wiele zakazów, ograniczył dostęp do nikotyny i podniósł jej cenę. Tymczasem gdzie indziej jest dużo lepiej.

Strony: 1 2

Wydanie: 36/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy