Piknik na katamaranach

Piknik na katamaranach

Korespondencja z Rosji

W Rosji pachody są co najmniej tak popularne jak u nas grille

Od wczoraj Michaiła nie widziałem bez papierosa. Kiedy do mnie mówi, non stop trzyma go w ustach. – Teraz w Rosji wszystko się pozmieniało. Skończyła się moda na te wszystkie Turcje, Egipty, Antalye i ludzie znów chcą tajgi, ogniska i pograć na gitarach. Wręcza mi czarną wizytówkę z głową pirata. Podpisane: Splavy, pachody.
Denis jest nowym ruskim. Czasem opowie historię ze swoich wakacji na Kubie, ale z taktem, tak że nikogo nie razi. Mimo że ubrał się w białe ciuchy w lesie, jest swój. Zabrał żonę i trzech synów. Teraz woli rosyjskie spływy.
Wiktor i Wicia mają dziś święto – 130 lat fabryki, w której pracują, Dzień Metalurga. Wiktor razem z narzeczoną pracuje w hucie w mieście Czurowoj na południowym Uralu. Zabiera swoją Wicię, kolegę Fiodora z Nataszą i jadą na weekend na pachod. Pachody są w Rosji co najmniej tak popularne jak u nas grille. Pachod to piknik na wolnym powietrzu, najczęściej połączony ze spływem na katamaranach. Katamarany to jednostki pływające złożone z aluminiowego kręgosłupa opartego na dmuchanych pływakach i drewnianej podłogi na górze. Katamarany są w Rosji co najmniej tak popularne jak u nas żaglówki.

Słowo klucz

Wiktor: – Rozpalimy ognisko, dziewczyny zrobią zupę, wypijemy i wsio budiet normalno. Normalno – słowo klucz. Wielki słownik rosyjsko-polski podaje dosłowne i jedyne znaczenie – „normalnie”. Tymczasem wyraz ten jest jednym z najczęściej używanych w kontekście: w porządku, bez problemu, pięknie, pod kontrolą, OK. Zastanawiam się, czy to przypadek. Jakby najwyższą wartością dla mówiącego była normalność, żeby po prostu było normalnie, nie cudownie, pięknie, ale właśnie normalnie, jakby odchylenia od normy były tak częste, że zwykła normalność jest najbardziej pożądana. Że wystarczy.
Wiktor z przyjaciółmi rozbija namiot nad brzegiem rzeki, ubiera się w wojskowe ciuchy, przypina nóż i zakłada zimową czapkę (jest środek lata). – Wiem, co robię, jak cię tu kleszcz dopadnie, to nie ma żartów. Od sąsiedniego pachoda pożycza piłę elektryczną i ścina wielki świerk. – U was tak nie można? U nas można. Ogniska też u was nie można?!
Wiktor mówi, że ma szacunek dla umiejętności Finów w lesie.
– Pokażę ci, czego się od nich nauczyłem. Ustawia pionowo tęgi pień i siekierą robi w nim dwa prostopadłe nacięcia głębokie na około 30 cm. Wciska do środka korę brzozy i podpala. – Widzisz, co się dzieje? To wielka świeczka, naturalny piec, czysty ogień wydobywa się z wnętrza drzewa. Finowie zimą stawiają na tym wiadro lodu, topią i gotują w tym obiad. Teraz nauczę tego moich synów, a oni nauczą swoich.
Wyciągają z plecaków chleby, masło, kiełbasy, świeże cebule, pomidorki, ogórki, jajka, słodycze, kotły, sztućce. No i flaszki, bez flaszki pachod się nie odbędzie. Natasza: – A u was w Polsce też tak dziewczyny szykują jedzenie, a panowie się patrzą? Fiodor i Natasza wręczają solenizantom prezent – pachnące francuskie mydła. Całusy, uściski.
Rosjan rzeczywistość zmusiła do ciągłych improwizacji. Wszystko wystrugają, podłączą, pokombinują, tu potrzymaj, tam zatkaj i problem rozwiązany. Natasza wyjmuje małe radyjko. – Andriusza, mam do ciebie prośbę, podaj Nataszce ten kijek – woła do mnie Wiktor. Radio nie łapie fal? Natasza macha w powietrzu kablem od anteny, łapie fale na wysokości swojego brzucha, wbija w ziemię kijek, podwiązuje sznurkiem. – No, gotowe! – uśmiecha się od ucha do ucha.
Wiktor służył trzy lata w rosyjskiej flocie na Dalekim Wschodzie.
– Byłem w Chinach, Japonii, ale palić to się przez was nauczyłem.
– ?
– Pierwsze moje papierosy nazywały się Radomskie. Macie tam takie?

Kamandy

Najpopularniejszy odcinek rzeki Czusowa na południowym Uralu to wioska Ust Kojba – miasto Czusowoj. Ryby co chwilę wyskakują z wody, plątanina wędek, wokół wielka tajga, słońce, niebo, wrzaski. Katamaran obija się o katamaran. Na jednym z nich płyną Igor, Sasza, Tatiana i Oksana. Igor stracił pracę w rodzinnym Permie, oczywiście przez kryzys. – Z zawodu jestem prawnikiem, ale pracuję jako bankowiec, to znaczy teraz już nie pracuję. – W Rosji prawników i ekonomistów jest jak psów – tłumaczy żona. Uśmiechy, opowiadania, rybki, wódeczka, zakąski. Nie chcę pytać wprost, więc próbuję naokoło, chcąc zrozumieć: kryzys, on i ona nie pracują, wsiadają w samochód i jadą sobie na parę dni na spływ, pełny relaks.
– Nawet nie szukam pracy. Ale wiesz, nas jest tu tylko czwórka, ale łącznie płynie nas 40 osób, cała kamanda – mówi Igor. Odpowiedzi nie otrzymałem.
Prawdopodobnie jedno z pierwszych pytań, jakie usłyszysz, kiedy pojedziesz do Rosji, będzie brzmiało: a gdzie wasza grupa, ile was, duża wasza kamanda? Rosjanie uwielbiają robić wszystko w wielkich grupach, całymi ekipami, w zespole. Dla Rosjan wyjazd we dwójkę, w pojedynkę jest czymś co najmniej dziwnym, nawet niezrozumiałym. – Jak to, przecież jeździ się w kamandach. Czemu? Bo tak jest normalno. – Po prostu chwyciłem za telefon i mówię: słuchajcie, ludzie, robimy spływ i jakoś się tak 40 uzbierało. U nas takie życie – opowiada Sasza, kręcąc kołowrotkiem wędki. W komandach są też dzieci, w namiotach śpią jedno-, dwulatki.
Może ogrom przestrzeni, dzikie ostępy i surowa przyroda nauczyły Rosjan, że w kamandzie lepiej, raźniej, bezpieczniej. Rosjanie są też zwyczajnie do bólu towarzyscy, uwielbiają gaworzyć, śpiewać, kochają wypoczynek na łonie przyrody. I są wyjątkowo gościnni, gościnni bardzo szczerze i szczodrze.

Dyskoteka bez Jacksona

Dla Igora i przyjaciół spływ organizuje Michaił. Zanim dopłyną do miejsca noclegu, dogoni ich kolejny katamaran, który dopinają do reszty, i kolejny z kucharzem i beczkami pełnymi jedzenia. Rzeką płynie już wielka rosyjska biesiada. Miejsce noclegu: biała, kamienista plaża w środku tajgi pełnej niedźwiedzi, wilków i wieczornych mgieł. Michaił z pomocnikami w mgnieniu oka stawia wielkie namioty, kucharz improwizuje piec, na którym przyrządza świeży karczek. Pachod nie obędzie się też bez bani, czyli rosyjskiej sauny. Zanim Sierioża skończy karczki, chłopaki nagrzewają kamienie, klecą szałas, który przykrywają foliowymi płachtami. Do bani wchodzą wszyscy bez wyjątku, parzą się, chłostają brzózkami, krzyczą, śpiewają, po czym wyskakują i w biegu wskakują do zimnej rzeki. – Dawaj, pokażemy Polakowi, co to znaczy, jak Denis zaparzy banię!
Ile Rosjanie znają piosenek? To chyba jeden z najbardziej umuzykalnionych narodów świata. Ile my możemy zaśpiewać piosenek przy ognisku, całych, od początku do końca? 10, 20? Oni mogą całą noc. Scena w pociągu (zupełny brak zdziwienia pasażerów): kamandy wracają z pachodu. W jednym rogu odzywa się gitara, za chwilę druga w drugim z innej kamandy, za chwilę śpiewa i bije brawo cały wagon. Na pachodach robi się jeszcze inne rzeczy, np. łuska słonecznik na katamaranie, rozmawia (widziałem raz katamaran z 20 osobami), gra w karty – na kary – chłopcy pompki, dziewczyny tańczą lambadę (chłopcy ją śpiewają), jak jest dobra kamanda, to będzie i dyskoteka. Denis: – Michael Jackson? U nas w telewizji, ot, umarł człowiek, nic więcej. Ale mówili, że tam u was powodzie wielkie.
Michaił podłącza generator, zaczyna grać muzyka. Denis sprasza z sąsiednich obozów ludzi. Środek tajgi, mgły, noc – dyskoteka na pełnych obrotach. Michaił: – Na której rzece spływ? Za wasze pieniądze, palcem na mapie pokażesz i tam pojedziemy. Denis: – Słyszałeś? Obok w obozie są Tatarzy z Permu, dawaj ich zaprosimy. I wsio budiet normalno.

Wydanie: 34/2009

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy