Pisanie jest nałogiem

Pisanie jest nałogiem

Jest taka łódzka tradycja, o której Reymont pisał w „Ziemi obiecanej”: jeśli nie radzisz sobie z prowadzeniem biznesu, spal go, a ubezpieczalnia zapłaci

Katarzyna Bonda – najpopularniejsza autorka powieści kryminalnych w Polsce. Na podstawie jej „Lampionów” powstał serial „Żywioły Saszy”, który można oglądać w Playerze

Tytuł każdej książki z serii poświęconej Saszy Załuskiej zawiera odniesienie do żywiołu. Dlaczego?
– Ma to związek z chińską filozofią. Każdy żywioł nawiązywał nie tylko do zagadki i kryminalistycznych działań policjantów, ale też do przestrzeni zmysłowej. Chińczycy wierzą, że po przejściu traumy – a tak było w przypadku Saszy – trzeba przejść również przez cztery żywioły, aby się odrodzić. Pamiętam moment po napisaniu „Okularnika”, czyli drugiego tomu serii, kiedy pojechałam pociągiem na spotkanie autorskie do Łodzi. Wysiadłam na dworcu i zauważyłam spadające z nieba czarne płaty. Wyglądały jak śnieg z „Krainy Lodu”, tyle że były czarne.

Co to było?
– Zapytałam o to kierowcę taksówki, a on niewzruszony odpowiedział, że fabryka klejów i lakierów na Dąbrówce się zhajcowała i coś takiego pada od trzech dni. „Jak to się zhajcowała?!”. A taksówkarz: „Normalnie, cały czas się pali”. Dojechaliśmy do ulicy Tuwima. Stoi tam monumentalna, cudowna kamienica – wtedy była cała czarna po pożarze. Kierowca spojrzał na mnie i powiedział: „Jak panią te pożary tak interesują, to ja mam tutaj za rogiem rękaw strażacki, bo cały czas coś gaszą, cały czas coś się pali”. Myślę sobie: „Boże, co tu się w ogóle dzieje?”. Taksówkarz zaczął mi opowiadać, że jest to taka łódzka tradycja, o której już Reymont pisał w „Ziemi obiecanej”: jeżeli nie możesz poradzić sobie z prowadzeniem biznesu, spal go, a ubezpieczalnia zapłaci. To taki rodzaj lokalnego kolorytu.

I pani już pewnie wiedziała, że to świetny wątek do książki.
– Dojechałam do empiku na spotkanie autorskie, a były to czasy, kiedy przychodziły na nie tłumy. Poruszyłam temat opadów z mieszkańcami, zapytałam, co się w tej Łodzi dzieje. Mimo że na miejsce akcji serii zaplanowałam zupełnie inny region – chciałam osadzić ją na Podkarpaciu – i miała to być zupełnie inna historia, w tamtej chwili zdecydowałam się na zmianę. I stąd mamy trzeci tom serii „Cztery żywioły”, czyli „Lampiony”, ogień.

Zawsze pani tak reaguje na sygnały od rzeczywistości?
– Wychodzę z założenia, że kiedy osadza się fabułę blisko realnego świata, a ja swoją osadzam zawsze w istniejących miejscach, to warto szukać elementów łączących fikcję z tym prawdziwym światem. Nad książką pracowało mi się bardzo dobrze. Pożary, które wydarzają się w „Lampionach”, zagadka, którą rozwiązuje Sasza, podpalacz i masa innych ludzi, łącznie z deweloperami, którzy mają tam swoje interesy, są zahaczeni w łódzkiej rzeczywistości. Poza tym szczerze przyznaję, że zawsze chciałam coś podpalić, a taka książka mi na to pozwoliła.

Zhajcowała pani coś w Łodzi?
– Nigdy bym się nie odważyła, bo bałabym się, że mogę komuś zrobić krzywdę. Na szczęście pisarz dysponuje mocą fabuły i wyobraźni. A przy okazji może opowiedzieć szerszą historię.

Karty powieści stają się substytutem tych emocji i pragnień, na które nie do końca może sobie pani pozwolić w prawdziwym życiu?
– Jak najbardziej! Myślę, że sprawa wygląda tak samo u wszystkich pisarzy, nie tylko twórców powieści kryminalnych – w gruncie rzeczy historie zawsze biorą się z nadmiaru emocji i potrzeby ich przepracowania. Jest to oczywiście podświadomy proces, w związku z tym nie chodzi o to, że chciałabym teraz kupić kanister benzyny i dokonać eksplozji lub stworzyć koktajl Mołotowa. Ale w momencie, w którym zapisuję historię, następuje we mnie pewne oczyszczenie z emocji. Wielokrotnie sama nie zdawałam sobie z tego sprawy i dochodziłam do takiego wniosku po wielu latach, np. czytając fragmenty swoich powieści na spotkaniach autorskich. Uświadamiam sobie wówczas, na jakim etapie życia byłam podczas ich pisania i ile te książki o mnie mówią.

Czy w ten sposób nie obnaża się pani przed czytelnikami?
– To bardzo bezpieczne, bo nie mówię tego wprost, nie są to bezpośrednie historie o mnie, jedynie zasilam je swoimi emocjami. Dotyczy to nie tylko niskich odczuć, takich jak nienawiść, wściekłość, gniew, czyli wszystkich elementów związanych ze sprawcą. Emocje uwydatniają się przede wszystkim w głównym bohaterze, czyli w naszym wojowniku o dobro. Podążając za fabułą, sama mam okazję się wzmocnić. Przeżyć te przygody i wyjść z nich cało. Dlatego jest to tak oczyszczające i dlatego pisanie jest nałogiem. Kiedy napiszesz jedną książkę, piszesz kolejną, chcesz przeżyć to jeszcze raz. I za każdym razem wygrywasz, zło zostaje ujawnione, nawet jeśli sprawca nie dostaje kary, na którą zasłużył.

Czy kryminał nie polega właśnie na tym, żeby ujarzmić zło, pokonać je?
– Czasy takich kryminałów już minęły. U Agathy Christie mieliśmy jednego antybohatera, którego koniec końców aresztowano i tym samym eliminowano zło. W dzisiejszych czasach powieść kryminalna przypomina stopniowe spuszczanie powietrza. Balans zostaje jednak przywrócony, ponieważ samo ujawnienie zbrodni, ukazywanie niegodziwości i winy człowieka stanowi katharsis nie tylko dla czytelnika, ale i dla autora.

Czyli żeby oczyścić się z emocji, najlepiej chwycić za pióro?
– Trochę przed tym przestrzegam, bo trzeba mieć wielki dar, żeby móc pisać o sobie. Robiąc to, cały czas piszemy jedną i tę samą książkę. Natomiast gdy sami wymyślamy i stwarzamy na nowo fikcyjnych bohaterów, staje się to zabawą i gimnastyką umysłową. Zasilanie emocjami między wierszami jest dla nas paliwem, terapią. I jest to bezpieczne. Jeśli spojrzy pan na życiorysy większości pisarzy i innych ludzi opowiadających historie, zauważy pan, że biorą się one z kryzysów, które dany człowiek przeżył. Zawsze znajdzie pan element i moment, który skłonił kogoś do podjęcia decyzji, że właśnie o tym napisze. Żeby coś stworzyć, trzeba w samym sobie znaleźć odwagę. Dlatego ludzie często obnoszą się ze swoimi debiutami – mają świadomość, że jest to bardzo ekshibicjonistyczne przeżycie. Wiedzą, że wszyscy zaraz odkryją, co czuje autor. To tak jakby wyłożył pan wszystkie swoje emocje, myśli, serce i duszę na stół. Wtedy każdy może je obejrzeć, mało tego, każdy może je skrytykować. I ma do tego prawo.

Jak pani sobie radzi z tymi konfrontacjami i krytyką?
– To do tej pory jest trudne, z tego się nie wyrasta. Za każdym razem, kiedy piszę książkę, bliscy mi ludzie wiedzą, które z fabularnych elementów są tymi rzeczywistymi. Prawda przewija się między wierszami.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 15/2021, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Lawreszuk.eu

Wydanie: 15/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy