Sztukmistrz na Targówku

Sztukmistrz na Targówku

Warszawska Rampa to miejsce ciekawych spektakli muzycznych. Teraz dołącza do nich nowy recital Edyty Geppert

Edyta Geppert już na dobre rozwiodła się z Buffo. Przed pół rokiem zaczęła współpracę z Teatrem Rampa i teraz to już scena na Targówku stanie się miejscem premier jej recitali. Najbliższy już 23 kwietnia. Niepowtarzalna artystka wystąpi z towarzyszeniem zespołu Kroke, a gościnnie będzie jej towarzyszył Krzysztof Herdzin. W twierdzeniu, że publiczność nie zawiedzie, nie ma żadnego ryzyka. Wystarczy odwiedzić kasę teatru, by przekonać się, jak szybko znikają bilety, nie tylko na recitale. Na początku marca nie było już miejsc na wszystkie przedstawienia najnowszej premiery Rampy „Sztukmistrza z Lublina”.
A jeszcze kilka lat temu nie było tak różowo. W styczniu 1999 r. teatr w pewnym sensie uruchomiono na nowo. Stale grano wtedy dwa tytuły i spektakl grupy Rafała Kmity. Teatr miał złą prasę i brakowało widzów. – A ja chciałem kierować teatrem, do którego będą przychodzić ludzie – podkreśla dyrektor Rampy, Witold Olejarz. I zaczął wprowadzać chęci w życie. Z 7-8 przedstawień w repertuarze, co jest normą w innych teatrach, zrobiło się do dziś trzydzieści kilka tytułów. Liczba widzów z 16-17 tys. urosła do 55-58 tys. Frekwencja stale utrzymuje się na poziomie około 95 procent. – Według ubiegłorocznego „Raportu o stanie teatru”, odbijając się z czterdziestej którejś dotacji, lądujemy na dziesiątym miejscu frekwencyjnym w kraju – podkreśla dyrektor. Większość spektakli zarabia na siebie. Wyjątki to wielkie produkcje: „Jeździec Burzy”, „Król Maciuś” i „Siódme, mniej kradnij”, wymagające takich nakładów, że nawet przy stuprocentowej widowni przynoszą straty.
Także w sensie artystycznym Rampa odżyła. – Nie da się tak zrobić, żeby przedstawienie było marne, a publiczności mimo wszystko się podobało – twierdzi Witold Olejarz. Jakkolwiek można by z tym polemizować, bo historia zna takie przypadki, to ostatnio za dyrekcji artystycznej Jana Prochyry, na Targówku rzeczywiście dzieje się sporo ciekawego. Ostatni hit to wyjątkowo udany powrót na scenę „Sztukmistrza z Lublina”, widowiska muzycznego opartego na powieści Isaaka Singera, w adaptacji Michała Komara i Jana Szurmieja, z muzyką Zygmunta Koniecznego i piosenkami Agnieszki Osieckiej. Pierwszą wersję spektaklu 18 lat temu we Wrocławiu okrzyknięto wydarzeniem. To niezwykle widowiskowe przedstawienie, a piosenki, które teraz kojarzymy z repertuarem Magdy Umer czy Anny Szałapak, w wykonaniu artystów Rampy zyskują świeże, czasem niezwykłe brzmienie. Z kolei „Wielka woda” była skazana na sukces, bo to inscenizacja opowiadająca o twórczym życiu Agnieszki Osieckiej poprzez jej piosenki. To swego rodzaju hołd dla poetki, wzruszający i niesztampowy.
Ciekawostką jest sztuka włoskiego noblisty Dario Fo „Siódme, mniej kradnij”. I choć zwariowana akcja, pełna humoru, przeważnie niezbyt wysokich lotów nie wszystkich zachwyci, to porusza temat aktualny – wielkie afery. A dopisane do niej piosenki z muzyką Jana Jarczyka pozostają w uszach po przedstawieniu.
W dość eklektycznym repertuarze dominuje jednak muzyka. To zawsze był swego rodzaju znak rozpoznawczy Rampy. Ale powodzeniem cieszą się też inne spektakle, zwłaszcza komedie: „Oskar i Ruth” Vilqista i „Skala”, tekst napisany przez Bogusława Shaeffera specjalnie dla teatru i grającego w nim Marka Frąckowiaka. Aktor przy każdej okazji powtarza, że Rampa to „dobre miejsce”. Podobnie sądzą zapewne także muzycy-kabareciarze z Grupy MoCarta. Lubiany, oryginalny kabaret muzyczny występuje w różnych miejscach, ale Rampa pozostaje jego stałą przystanią.
W dzień powszedni nawet rano nietrudno natknąć się w teatrze na gromadę dzieciarni, która żywo reaguje na propozycje specjalnie dla nich, jak „Doktor Dolittle” czy „Ania z Zielonego Wzgórza.” I to nie koniec eklektyzmu w działaniach placówki. Są koncerty okolicznościowe, wystawy w foyer – efekt współpracy z trzema grupami plastyków, teatralne występy młodzieży, a nawet comiesięczne dyskusje polityków. Oparcie w Rampie mają wszelkiego rodzaju grupy twórcze, które nie mają gdzie zaprezentować przygotowanego spektaklu. Wszystko dlatego, że zdaniem dyrekcji, teatr oddalony od centrum, jedyna placówka w kilkusettysięcznej dzielnicy, po prostu nie może pozwolić sobie na elitarność. A że pod pewnym względem przypomina dom kultury? To raczej zasługa. – Każdy, kto tutaj przyjdzie, ma prawo wypowiedzieć swój sąd na temat teatru – twierdzi dyrektor Olejarz. – Teraz na przykład zebrała się grupa, która przekonuje nas, że powinniśmy wystawić operetkę, bo nie ma na nią miejsca w Warszawie. Kto wie, może?

 

Wydanie: 20/2004

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy